Życie ze złomu

Jedni zbierają, żeby sobie dorobić, dla innych jest
to po prostu źródło utrzymania. Mowa o zbieraczach złomu, którzy zwłaszcza
w ostatnich latach stali się bardzo
aktywni. Z jednej strony ich działalność jest pożyteczna, bo "wyczyścili" niejedno
dzikie wysypisko, ale z drugiej na złomiarzy skarżą się drogowcy, policjanci,
energetycy, kolejarze, bo bezmyślne działania zbieraczy złomu doprowadziły
już do niejednej tragedii i śmierci człowieka. Dlatego tak potrzebne jest ucywilizowanie
działalności złomiarzy i punktów skupu metali.
Ile osób zajmuje się tą działalnością? Trudno ocenić. O ile punkty skupu złomu
są normalnie zarejestrowanymi firmami, o tyle nikt nie prowadzi tak naprawdę
rejestru zbierających złom. Można jednak ostrożnie szacować ich liczbę na kilkaset
tysięcy osób.

Bo nie ma pracy
Eksplozja zainteresowania ludzi złomem nastąpiła w latach 90. i ma głównie
związek z bezrobociem. Wcześniej ludziom zwyczajnie nie opłacało się zbierać
złomu, ale gdy zostawali bez pracy, każdy grosz był potrzebny. W dodatku
pojawiło się wiele przedsiębiorstw skupujących różne metale, gdyż wytworzył
się rynek ich wtórnego obrotu. Nie tylko miedź czy inne drogie i rzadkie
metale, ale nawet zwykła blacha zaczęła być w cenie.
Pan Zbigniew ma prawie 60 lat i zbiera złom niemal już od dziesięciu lat. –
Jestem samotny. Gdy straciłem robotę, a potem i zasiłek, z czegoś trzeba było
żyć. Teraz to nawet już pracy nie szukam, bo się do tego przyzwyczaiłem – mówi.
Żartuje, że razem z dwoma kolegami otworzył firmę, choć nie jest nigdzie zarejestrowana.
Kiedyś przetrząsali osiedlowe śmietniki, bo tam zawsze ktoś coś wyrzucił: a
to zużyte żelazko, a to jakieś niepotrzebne garnki, kawałki blach, części samochodowe,
niepotrzebne narzędzia. Potem jednak, gdy konkurencja zaczęła dawać o sobie
znać, zaczęli przetrząsać budowy, tereny wokół osiedli domków jednorodzinnych,
a nawet lasy. – Czasami znajdowaliśmy nawet porzucone wraki samochodów, więc
wymontowywaliśmy, co się tylko dało, i na skup. Jak samochód miał dużo metalowych
części, jednorazowo można było zarobić kilkaset złotych – opowiada zbieracz.
Najlepsze czasy dla złomiarzy były w ostatnich kilku latach, gdy ceny metali
na giełdach światowych rosły jak oszalałe. W ślad za tym w górę pięły się ceny
blach i innych wyrobów hutniczych, bo rosła też ich sprzedaż. Tym samym huty
potrzebowały coraz więcej złomu i sporo za niego płaciły. Nawet za zwykłe żelazo
można było dostać znacznie powyżej złotówki za kilogram.
– To były złote czasy – twierdzi Marek, 45-letni pomocnik pana Zbyszka. – Miesięcznie
wyciągałem więcej niż mój brat miał pensji w zakładzie. – Teraz już tak dobrze
nie płacą, a i złomu jest coraz mniej, bo ludzie już go nie wyrzucają, tylko
zbierają, a jak mają dużą ilość, to sami sprzedają. Wcześniej chodziliśmy po
domkach i braliśmy wszystko, co było wyrzucane dla nas za ogrodzenie – dodaje.
Nasi rozmówcy przekonują, że trudnią się tymi "usługami", bo nie
mają innej pracy. – Kiedyś pracowałem w firmie budowlanej, ale zbankrutowała.
Imałem się różnych zajęć, wreszcie trafiłem do złomiarzy – relacjonuje inny
ze zbieraczy. – I nie narzekam. Nie są to wielkie pieniądze, ale zawsze jakiś
grosz wpadnie do kieszeni. Lepiej robić coś takiego niż kraść.
Właściciele punktów skupu złomu dzielą swoich dostawców na kilka kategorii.
– Jedni to "detaliści", przynoszą jednorazowo raptem po kilka kilogramów
złomu. Inni zajmują się tym naprawdę zawodowo, przyjeżdżają raz czy dwa razy
tygodniowo, ale ze sporym ładunkiem. Mają nawet własny transport – opowiada
właściciel punktu skupu z okolic Warszawy, prosząc o niepodawanie nazwiska.
– Kiedyś, żeby mieć towar, musiałem sam go szukać. Teraz wszystko mi dostarczają
zbieracze.

To już jest przestępstwo
Zwykłe zbieranie złomu pewnie by nikomu nie przeszkadzało, ale coraz częściej
jest to działalność przestępcza, która spowodowała już śmierć i kalectwo
wielu ludzi. Zbieracze zaczęli np. kraść włazy do studzienek kanalizacyjnych.
W dziury wpadają samochody i ludzie. Były też przypadki, że ginęły z tego
powodu małe dzieci. Ofiarami są też sami złomiarze, którzy np. stracili życie
w gruzowiskach starych budynków gospodarczych, gdzie wyciągali żelazne belki.
Gangi kradnące złom dają się we znaki głównie na Śląsku. Ma to związek z faktem,
że jest to najbardziej uprzemysłowiony region w kraju. Tutaj upadło wiele przedsiębiorstw,
więc i towaru do "zagospodarowania" jest wiele. Przez Śląsk przebiegają
ważne szlaki kolejowe; kopalnie, huty i inne firmy mają bocznice kolejowe,
z których kradnie się szyny i inne elementy infrastruktury kolejowej. Krzyżują
się tu linie energetyczne, działa wiele elektrowni, więc złodzieje sięgają
po części ze słupów wysokiego napięcia.
– Tym procederem nie zajmują się drobni zbieracze, bo trzeba mieć specjalistyczny
sprzęt – opowiadają policjanci. – Trzeba mieć palniki do cięcia szyn, słupów,
podnośniki, sprzęt do załadunku, ciężarówki do przewożenia skradzionych rzeczy.
Zresztą działa tu cały przestępczy łańcuszek, bo przecież ktoś musi ten towar
odbierać i legalizować, dlatego z gangami współpracują punkty skupu złomu.
Jeden ze znajomych funkcjonariuszy policji z Gdańska opowiadał mi historię
śledztwa dotyczącego kradzieży m.in. metalowych elementów ze słupów energetycznych.
– Podejrzewaliśmy, że towar trafił do jednego z punktów skupu. Policjanci pojechali
tam, ale nic nie znaleźli, bo musieliby przekopać kilkanaście ton złomu. Zresztą
prawdopodobnie został on gdzieś ukryty i w stosownym momencie będzie przetransportowany
do huty – opowiada funkcjonariusz. – Łatwiej jest złapać drobnego złodziejaszka,
który ukradnie jeden właz, niż gang kradnący szyny kolejowe, słupy energetyczne
lub fragmenty nieczynnych hal produkcyjnych.
Niektóre relacje są wręcz nieprawdopodobne. Oto przestępcy podszywają się pod
legalne firmy demontujące nieczynne torowiska i błyskawicznie je "czyszczą".
Za jednym zamachem ich łupem może paść złom o wartości kilkuset tysięcy złotych.
To i tak pół biedy, bo były przypadki, że w nocy ktoś odciął kawał używanego
toru i groziło to niewyobrażalnymi skutkami, gdyby wjechał tam jakiś pociąg.
W kilkunastu miejscach w Polsce dochodziło ponadto do powiązanych awarii linii
energetycznych, gdy waliły się osłabione słupy podtrzymujące linie przesyłowe.
– Słup wysokiego napięcia to potężna konstrukcja. Ale wystarczy odkręcić kilka
żelaznych belek i niestabilny słup wali się jak domek z kart. Pomijam straty
materialne, bo przecież każdą linię można odbudować, ale przecież przez jakiś
czas na ziemi leżą przewody pod wysokim napięciem i ich dotknięcie grozi śmiercią
– mówi Tadeusz Czapski, pracownik firmy budującej i remontującej linie energetyczne.
– Do tego dochodzi sprawa pozbawienia prądu ludzi i firmy. Jakie to spowodowało
straty? Nikt nie jest w stanie policzyć.
Złodzieje dają się we znaki nie tylko firmom, elektrowniom i PKP, ale także
zwykłym ludziom. Janusz Straszewski remontował dom pod Warszawą, który odziedziczył
po babci.
– Pierwsze, co zrobiłem, to stary drewniany płot wymieniłem na solidne metalowe
ogrodzenie. Niestety, trzy dni później nie było już bramy, furtki i ani jednego
z 23 przęseł. Wszystko ukradli w nocy złodzieje i musieli mieć naprawdę dobry
sprzęt – relacjonuje Straszewski. – A ja straciłem kilkanaście tysięcy złotych
i założyłem zwykłą siatkę. Może jej nikt nie ukradnie.
Bardzo często zdarza się też, że ludziom sprzed domów giną bramy, furtki, metalowe
pojemniki na śmieci i wiele innych rzeczy. Cóż z tego, że za kradzież grozi
więzienie i grzywna, tak samo jak za skup zrabowanego złomu, skoro przypadków
złapania przestępców jest niewiele. Policja jest bezradna. Teoretycznie firma
skupująca złom powinna prowadzić rejestr dostawców, wyszczególniać, jaki rodzaj
złomu kupiła, ile i od kogo. Chodzi o to, aby szybko znaleźć osobę, która ukradła
np. telefoniczne przewody miedziane, włazy do studzienek, szyny itp. Tylko
że nie wszystkich się wpisuje albo nie ujawnia się, co rzeczywiście zostało
dostarczone do punktu.

Niczego nie uszanują
Nie ma w zasadzie miejsca, którego nie obrobiliby złodzieje złomu. Nie cofają
się nawet przed okradaniem kościołów i cmentarzy. Wiedzą o tym doskonale
księża budujący lub remontujący świątynie. Bardzo często proszą wiernych
o zorganizowanie nocnych dyżurów, aby pilnować blachy miedzianej kupionej
na pokrycie dachu. Zdarza się zresztą, że przestępcy zrywają blachę, która
już leży na kościele!
Prawdziwą plagą są też złodzieje złomu na cmentarzach. Trudno zliczyć żelazne
krzyże i elementy nagrobków, które padły ich łupem. Nie ma chyba miasta, gdzie
do takich przypadków by nie dochodziło. Rybnik, Zabrze, Katowice, Warszawa,
Wrocław, Kraków, Gdańsk – listę można ciągnąć niemal w nieskończoność. Złodzieje
nie zważają nie tylko na spokój zmarłych, nie tylko bezczeszczą mogiły, ale
niszczą także nieodwracalnie wielkie dobra kultury. Stare groby, mające po
sto i więcej lat były wykonywane często z żeliwa i przedstawiały postaci świętych
patronów zmarłych, aniołów, sporo było na nich elementów roślinnych. Tymczasem
teraz te cenne rzeźby, które przetrwały dwie wojny światowe, padają pod ciosami
złodziei. Tak stało się choćby ze słynnym "Aniołem ciszy", który
został zrabowany z cmentarza w Radomiu. Zabytkowa rzeźba była wykonana z żeliwa
i została najpewniej pocięta, sprzedana na złom i przetopiona w hucie. Bezpowrotnie
straciliśmy wartościowe dzieło sztuki. Rzeźba została odtworzona dzięki ofiarności
mieszkańców miasta, ale to jednak nie jest już oryginał, tylko wierna kopia.

Co robić?
Czy możliwe jest ukrócenie przestępczego procederu, jakim stało się teraz zbieranie
złomu? Na pewno tak, choć do końca tego zjawiska się nie wyeliminuje. Konieczne
są przede wszystkim częstsze i bardziej szczegółowe kontrole punktów skupu.
Bo dopóki jest odbiorca złomu, dopóty będzie on kradziony. Różne firmy i
instytucje starają się też utrudniać życie złodziejom. Zamiast tradycyjnych
włazów żeliwnych, w studzienkach kanalizacyjnych montuje się nowe pokrywy,
które znacznie ciężej jest wyrwać. Wzrosła też aktywność służb chroniących
kolej, w wielu obiektach montowane są systemy telewizji przemysłowej, odstraszające
intruzów. Ale walka z gangami nie będzie łatwa, bo zajmują się one bardzo
zyskowną działalnością.
– Najgorzej, że wszystko nam zabierają, nie ma już nawet aluminiowych puszek
w śmietnikach. I robią nam złą opinię, bo teraz każdy zbieracz jest uważany
za złodzieja – żalą się drobni złomiarze. – Po prostu psują nam biznes.

Maciej
Winnicki

drukuj