Tanie ubranie – przyjemne i pożyteczne?
Nowe sklepy z używaną odzieżą pojawiają się jak grzyby po deszczu. Nie tylko
gdzieś na uboczu, ale coraz częściej zdobywają centra miast. W mniejszych miejscowościach
ich liczba jest prawie taka sama jak sklepów z nową odzieżą. Ciuchlandy nie
tylko zdobywają nowe przestrzenie, ale przełamują bariery społeczne, obyczajowe
i psychologiczne.
Do niedawna ciuchlandy kojarzyły się głównie z małymi, brzydko pachnącymi
sklepikami. Dziś też można takie spotkać: w kioskach, budkach, starych ruderach,
halach, ale są także sklepy wielkopowierzchniowe, nowocześnie urządzone i wyposażone.
W dniu nowej dostawy
Już pół godziny przed otwarciem nowego sklepu z używaną odzieżą w Radzyniu
Podlaskim pod drzwiami gromadzi się spory tłum, który trwa w nerwowym oczekiwaniu.
Trzeba przyjść wcześniej, bo ważna jest pozycja wyjściowa. Kilka minut przed
dziewiątą klienci napierają na drzwi, a z chwilą ich otwarcia zaczynają prawdziwy
szturm: najpierw ścigają się do koszyków, a następnie ci, co już je zdążyli
chwycić, pędzą między wieszaki z ubraniami, kosze z zabawkami, butami. Tam
zaczyna się pospieszne, nawet nieco nerwowe przeszukiwanie…
Ci bardziej doświadczeni, sprytniejsi, a nawet – silniejsi, szybko wypełniają
towarem koszyki po brzegi, gromadzą naręcza "zdobyczy". Pozostali
szukają dłużej: przesuwają wieszak po wieszaku, przerzucają sterty ubrań w
koszach.
– Do czego to doszło, do czego doprowadzili Naród, żeby się w te łachy ubierał
– kiwa głową starsza pani, siedząca na parapecie i patrząca na koszyk z górą
ubrań, który przyniosła jej do pilnowania synowa. – Mam pięcioro dzieci, a
zarobki wiadomo jakie – tłumaczy pani Agnieszka. – Ubrania po trojgu starszych
oddałam krewnym. Gdy po kilkunastu latach urodziło się jeszcze dwoje: Kuba
i Sylwia, nic już nie pozostało z dawnych rzeczy. Zresztą – i moda już nie
ta. Na nowe ubrania nie byłoby mnie stać. A dzięki tym sklepom można się zaopatrzyć
niewielkim kosztem: ubranka dziecięce kupuję po kilka złotych, często po 1-2
zł. Mąż często krytykował mnie za te zakupy, ale gdy sam kiedyś wstąpił do
ciuchlandu i kupił sobie spodnie używane za 3 zł, a nowe, firmowe za 12 zł
(normalnie musiałby zapłacić za nie ok. 50 zł), przestał narzekać. Chociaż
jest krawcem, czasem coś ciekawego tu "upoluje".
– Przychodzę do ciuchlandów, bo tu można znaleźć fantastyczne ubrania – tłumaczy
pani Monika, która podchodzi do lady z naręczem kolorowych bluzeczek, spod
których zwisa też kilka par dżinsowych spodni. Za wszystko płaci pięćdziesiąt
złotych. – Za te pieniądze kupiłabym jedną porządną bluzkę, a niech pani spojrzy,
ile tego nawybierałam – prezentuje z nieukrywaną dumą i entuzjazmem swoje zdobycze.
– Można wybierać w kolorach, fasonach, rozmiarach. Poza tym lubię rzeczy oryginalne,
takie, których nie zobaczę na nikim innym. Gdy ma się trochę czasu i szczęścia,
można skomponować bardzo ciekawe, niepowtarzalne ubiory.
Szmateks, czyli second hand?
Gdy powstawały sklepy z używaną odzieżą, ich klientami były przede wszystkim
osoby, które nie mogły sobie pozwolić na zakupy w sklepach z nową konfekcją.
Stąd i ironiczno-pogardliwe nazwy: szmateksy, lumpeksy, ciuchlandy, ciucheksy,
szmaciaki. Ubieranie się w starą, używaną odzież nie było przyjęte w naszej
obyczajowości, oznaczało degradację społeczną. Teraz ta bariera społeczna,
obyczajowa czy psychologiczna już nie istnieje – przynajmniej nie jest tak
silna. Szczególnie w większych miastach, gdzie ludzie się nie znają. Poza
tym nastała swoista moda na ubieranie się w odzież "z drugiej ręki".
Odwiedzanie ciuchlandów jest obecnie – szczególnie wśród młodzieży – trendy,
na topie. Znalazło to odbicie także w języku, gdzie szmateksy awansowały
na second hand (SH). Być może do przełamania bariery wstydu i zaistnienia
mody na ubiory "z drugiej ręki" przyczyniły się deklaracje osób
publicznych, że odwiedzają lumpeksy.
Obecnie przychodzą tu wszyscy: starsi i młodzi, ubodzy i bogaci. Jednych w
dalszym ciągu zmusza do tego niedostatek i niska cena ubrań, innych kuszą modne,
niepowtarzalne ciuchy, czasami nieużywane, markowe, którymi chcą zaszpanować
wśród rówieśników. – Zdarza się, że pod sklep podjeżdżają klienci mercedesami.
Na pewno nie przywodzi ich tu bieda czy niedostatek, ale raczej snobizm – mówi
pan Tomasz, właściciel trzech dużych ciuchlandów w niewielkich miejscowościach
wschodniej Polski. – Myślę, że wiele osób popadło już w nałóg odwiedzania lumpeksów
– stwierdza pani Agnieszka. – Można w tych sklepach zaobserwować ludzi, którzy
tu dają upust instynktowi łowcy. Przypomina mi to lata 80., gdy na miasto wyruszało
się z nadzieją, że coś się uda "upolować": słodycze, cytrusy, szampon,
pastę do zębów. Satysfakcja, jakiej wówczas doznawaliśmy, jest podobna do tej,
jaką się czuje, gdy uda się "złowić" atrakcyjny ciuszek za grosze
– dodaje.
Rady dla nowicjuszy
Niektórzy są stałymi klientami ciuchlandów, bywają w nich regularnie, do perfekcji
opanowali technikę poszukiwań. Odwiedzają sklepy w dni nowych dostaw, kiedy
najłatwiej można trafić na coś ciekawego, niepowtarzalnego. Opracowali nawet
swoiste rady dla nowicjuszy. – Do ciuchlandu trzeba przychodzić bez zbędnych
rzeczy – toreb, ciężkich reklamówek, bo to wszystko przeszkadza w poszukiwaniach.
Najlepiej mieć wolne ręce – dzieli się swymi doświadczeniami pani Monika.
– W różnych ciuchlandach panuje różna temperatura, warto o tym pamiętać,
by np. zbytnio się nie zgrzać, do ciuchlandu wchodzi się zazwyczaj nie na
pięć minut, ale na znacznie dłużej. Żeby upolować coś ciekawego, nie wystarczy
rzut oka na sklep, ale trzeba przesuwać wieszak po wieszaku albo przekładać
ciuch po ciuchu. Na to trzeba zarezerwować sporo czasu.
I to jest zasadnicza wada kupowania w lumpeksach. Nie zawsze da się upatrzyć
coś potrzebnego, poszukiwanego, pożądanego w odpowiednim rozmiarze i kolorze.
Trzeba sklepy odwiedzać regularnie, w dni dostaw, najlepiej w godzinie otwarcia,
czasem trzeba w nich spędzić sporo czasu, przeglądając niemal każdy "eksponat".
Niekiedy mimo to nie uda się kupić nic ciekawego i wychodzi się ze sklepu z
pustymi rękami. Nie wszyscy mogą sobie pozwolić na buszowanie w sklepie tuż
po otwarciu w dniach dostaw, bo pracują; nie każdy, mając konkretne zapotrzebowanie,
może sobie pozwolić na chodzenie od sklepu do sklepu.
Jeśli natomiast komuś zależy na niskiej cenie, to lepiej, żeby przyszedł do
ciuchlandu w dniu, kiedy nie ma dostawy, wówczas ceny są obniżane o 50-70 procent.
Zdarzają się lumpeksy, w których królują tzw. grzebaki, gdzie klienci mają
do przerzucania sterty niesortowanej odzieży o niezbyt przyjemnym zapachu.
Przyciąga ich tu jednak cena – często na zakup jakiejś części garderoby wystarczy
złotówka. Jednak konkurencja robi swoje. – Trzeba zadbać o klientów: zaproponować
im towar atrakcyjny, umiejętnie wyeksponowany – tłumaczy pani Agnieszka. Jej
ulubiony ciuchland nie jest największy w mieście ani najtańszy, ale ubrania
są czyste, bo dodatkowo wyprane i wyprasowane przez właścicielkę, posortowane
według rodzajów i rozmiarów, tak że nie trzeba przerzucać całego towaru, by
dotrzeć do interesującej rzeczy.
To jednak sprawia, że ceny idą w górę. Czasem różnice między używanymi i nieużywanymi
rzeczami stają się stosunkowo niewielkie.
W świecie konkurencji
Podwyższać cen nie muszą właściciele sieci czy sklepów o dużych powierzchniach,
mający możliwość częstej zmiany towaru, sprowadzający ubrania bezpośrednio
z zagranicy. Tej konkurencji nie wytrzymują właściciele małych sklepików.
– Zawsze dbaliśmy o to, by sprzedawane w naszym sklepie rzeczy były atrakcyjne.
Dlatego sporą część odzieży, po przesortowaniu, przeznaczaliśmy jako odpady
na "czyściwo". To podwyższało koszty i zmuszało nas do podnoszenia
cen. Mimo to mieliśmy sporo klientów. Gdy jednak w centrum miasta pojawił
się dyskont, którego właściciel sprowadza towar bezpośrednio z zagranicy,
ma kilka sklepów i może sobie pozwalać na częste wymiany towaru i niskie
ceny, ruch się zmniejszył o tyle, że postanowiliśmy zmienić asortyment i
wycofaliśmy się z odzieży używanej. Teraz sprzedajemy odzież nową – mówi
właścicielka sklepu odzieżowego w centrum Radzynia.
Na pytanie, czy czuje się obecnie zagrożona konkurencją ciuchlandów, odpowiada,
że nie. – Zauważyłam, że klienci wyraźnie się podzielili na tych, których stać
jest na kupno nowej odzieży, i tych, których sytuacja ekonomiczna zmusza do
kupowania używanych ubrań. Jeśli chodzi o poszukiwaczy ciekawostek, to stanowią
oni stosunkowo niewielką grupę. Potwierdza to sprzedająca w pawilonie handlowym
pani Wanda: – Kilkanaście dni po otwarciu nowego, dużego ciuchlandu, klientów
od nas jakby wymiotło. Po kilku tygodniach wszystko zaczęło się powoli zmieniać,
a przed świętami było już normalnie – opowiada. – Są sytuacje, kiedy ludzie
ubierają się w wyraźnie używaną odzież, ale są i takie, kiedy chcą się ubrać
porządnie, przyzwoicie.
Skąd się bierze tanie ubranie?
"Odzież zachodnia", "Tania odzież zachodnia", "Odzież
używana" –
głoszą szyldy sklepów. Skąd się bierze odzież, która się w nich znajduje? Głównym
źródłem jej pozyskiwania (oprócz towarów wycofywanych ze sklepów, o czym już
była mowa) są kontenerowe zbiórki odbywające się pod szyldem organizacji charytatywnych.
Część tak pozyskanej odzieży jest przekazywana bezpośrednio potrzebującym,
resztą zajmują się wyspecjalizowane firmy, które odprowadzają część zysków
do współpracujących z nimi organizacji charytatywnych. Firmy te zajmują się
sortowaniem, dezynfekcją i dezynsekcją odzieży albo ją jedynie pakują w worki
lub belki, jako tzw. niesort, a następnie sprzedają hurtowo w paczkach 10-20-kilogramowych.
Cena odzieży sortowanej w hurtowni, która bezpośrednio nadaje się do sprzedaży,
waha się w przeliczeniu od 1 do 3 euro, a więc ok. 4-12 zł za kilogram. "Niesort" jest
tańszy i płaci się za niego połowę tej sumy – od ok. 2 do 6 zł za kilogram.
Po naszym wejściu do UE przewóz odzieży czystej i zdezynfekowanej nie podlega
żadnej kontroli granicznej. Firmy prowadzące hurtownie odzieży używanej i sprowadzające
odzież z zagranicy nie muszą posiadać żadnych zezwoleń i koncesji. W przypadku
hurtowników sprowadzających odzież niesortowaną, która jest traktowana jako
odpad, a nie jako towar, sytuacja wygląda inaczej: na przywóz takiej odzieży
wymagane jest zezwolenie Głównego Inspektora Ochrony Środowiska, ponadto taki
odpad trzeba zagospodarować: hurtownik sam może sortować towar na nadającą
się do sprzedaży odzież oraz na odpady używane jako tzw. czyściwo.
I Polak potrafi
Nie tylko zresztą "zachodnia" odzież jest sprzedawana w lumpeksach.
Na swoich stronach internetowych firma Wtórpol ze Skarżyska Kamiennej informuje,
że rocznie do 16 tysięcy pojemników na odzież używaną ustawionych na terenie
całej Polski zbiera 20 milionów kilogramów używanej odzieży – tyko w samej
stolicy ponad milion kilogramów. Przedsiębiorstwo zatrudnia ponad 670 osób,
z czego prawie 560 to osoby niepełnosprawne. Firma eksportuje odzież i "czyściwo" do
Rosji, Indii, różnych krajów Afryki. Część odzieży jest nieodpłatnie wydawana
potrzebującym poprzez punkty PCK w całej Polsce.
Średnio co miesiąc Wtórpol wpłaca na konto PCK i innych instytucji charytatywnych
kwotę ok. 168 tys. zł. – Świadomość, że w wyniku współpracy z nami PCK i inne
organizacje charytatywne mogą zwiększyć zakres pomocy biednym i potrzebującym,
daje nam dużą satysfakcję i przeświadczenie o słuszności wspólnego przedsięwzięcia
– mówi Leszek Wojteczek, właściciel Wtórpolu.
Anna Wasak
