Laboratorium wiary – uczynki miłosierdzia – Strapionych pocieszać (3)
Chociaż "strapienie" brzmi tak bardzo staroświecko
i niemodnie, chociaż wydaje się nie pasować do współczesności i chętnie nazywane
jest "problemem", "nierozwiązaną
kwestią", "przejściowymi trudnościami" czy "kryzysem",
to jednak istnieje i ma się dobrze. Życie nikogo z nas nie jest wolne od utrapień.
Są w nim chwile i miejsca, w których udręka jest "u siebie", a my
szukamy sposobów wyzwolenia się z niej. Czasami na próżno. Potrzebujemy pocieszenia.
Stąd też Kościół uczy, że uczynkiem miłosierdzia jest "pocieszanie strapionych".
Strapienia mogą być straszne i sprawić, że stracimy sprzed oczu sens życia.
Cierpienie fizyczne lub duchowe, niedostatek, słabość, poczucie osamotnienia
mogą szczelnie
opatulić rzeczywistość szarością i beznadzieją. Co robimy, gdy widzimy kogoś
strapionego? Zazwyczaj płochliwie odwracamy wzrok, starając się nie zauważać
jego utrapień (lęk przed zaangażowaniem się, wejściem w czyjeś życie). Czasami
jesteśmy zażenowani strapieniami innych, przychodzą bowiem nie w porę i psują
nam nasz świetny humor. Najczęściej jednak chcielibyśmy coś dla tych ludzi
zrobić. I wtedy staramy się coś pocieszającego powiedzieć. Często w stylu: "Będzie
lepiej", "Nie martw się", "Odwagi!".
Niektórzy próbują odwrócić uwagę strapionej osoby od źródła utrapienia, chcąc,
aby o nim zapomniała. Podsuwają rozrywki – jakby środki znieczulające i pozwalające
zapomnieć…, bywa, że ofiarowują skutecznie działające lekarstwo. Ale ono
nie zawsze skutkuje. Strapienie nie przemija, człowiek cierpi, jak cierpiał.
Nieraz
słowa pocieszenia brzmią nieautentycznie, nienaturalnie. (Zwróćmy uwagę zwłaszcza
na takie momenty jak pogrzeb – czasami słowa kondolencji mogą ranić swoją sztampowością, "wyświechtaniem",
konwencjonalnością. Ranią, gdy przyjmujący je czuje, że nie stoi za nimi ludzkie
serce). Wydają się sloganem, gotową formułką, pomagającą nam zachować spokój
ducha i zadowolenie z siebie, że przecież chcieliśmy coś powiedzieć, zrobić,
pomóc. Mamy pocieszać strapionych oraz godzić się na to, aby inni pocieszali
nas w naszych strapieniach.
Jak wygląda chrześcijańskie pocieszenie? Przede wszystkim nie opiera się ono
na kunszcie słowa, ale na bliskości. Myślę, że warto przywołać tu jako przykład
najpierw sytuację Ogrójca oraz obecność Maryi na drodze krzyżowej Jezusa. Chrystus
w Ogrójcu, tak bardzo ludzki w swoim lęku przed cierpieniem duchowym i fizycznym,
pozwolił, aby Go pocieszał Anioł. Ewangelia mówi tylko tyle. Nie zapisano słów,
które Anioł skierował do Jezusa w tej godzinie duchowej agonii. Na szczęście.
Na drodze krzyżowej Chrystus przyjął pociechę, którą dała Mu obecność Matki.
Ona była obecna – chociaż milczała. Nie tłumaczyła Jezusowi: "Nie martw
się, będzie lepiej". Nie obiecywała łatwego rozwiązania sytuacji. Ale
czyż Jej obecność nie była dla Jezusa źródłem pocieszenia i umocnienia? Czyż
oczekiwał
On od Matki czegoś więcej niż współ-czucia? Nie słowa są ważne, ale przekonanie
osoby pocieszanej, że nie jest nam obojętne to, co przeżywa. Odczucie bliskości.
Nawet najbardziej literackie wyrazy współczucia pozostaną bez znaczenia, jeśli
zabraknie w nich bliskości. Będąc razem w trudnej sytuacji i milcząc, można
więcej dać, aniżeli deklamując bezduszne, zgrabne formułki pocieszenia.
Nie bójmy się zatem być razem ze strapionymi. Pozwólmy im wypowiedzieć swój
lęk przed cierpieniem, gorycz, bunt… Trzeba nieraz, aby strapiony, przerażony
niepewną
sytuacją człowiek wykrzyczał to, co nosi w sobie. I wtedy przychodzi ulga.
Odrodzenie. Pokonanie kolejnej przeszkody. Siła pociechy leży nie w słowach,
ale w bliskości,
nieobojętności. Być miłosiernym – pocieszać strapionych – to znaczy powiedzieć
komuś: "Nie jesteś mi obojętny". To już bardzo dużo. Czasami wystarczy,
aby odbudować nadzieję i umocnić chęć dźwigania krzyża aż do końca.
ks. Zbigniew
Sobolewski
Laboratorium wiary – uczynki miłosierdzia – Wątpiącym dobrze radzić (2)
