Męka przebudowy Polski

Jeszcze nie tak dawno wydawało się, że zajaśniało nam wreszcie jakieś światło
na Polskę pośród zwodniczych i kosmopolitycznych halogenów i że podejmiemy
owocnie dzieło oczyszczenia naszego Domu, odrodzenia go, pozbycia się szkodników,
oszustów, no i zwykłych głupców, a nawet że dokonamy gruntownej przebudowy
Domu, który jest przecież tak zdewastowany przez ciężkie czasy i przez wielu
złych ludzi. Tymczasem znowu uderzyliśmy, jak o skałę, o zeskorupiałe pozostałości
bolszewickie, liberalistyczne, ateistyczne, no i w ogóle egoistyczne.
Społeczeństwo polskie toczy nadal jakaś ciężka choroba, jakby trąd czy rak,
z którego nie sposób się wyleczyć. W drobniejszych sprawach życie jakoś się
toczy, bo żyć się musi, ale w sprawach podstawowych i ogólnych wystąpiło znowu
dawne zło w całej swej brzydocie: walki, zawiści, wyzysk, zakłamanie, przestępstwa,
ciemnota i silna wzajemna nienawiść indywidualna i grupowa, no i w konsekwencji
nie może się podnieść kultura społeczna, polityczna i duchowa. Wydaje się nadchodzić
nowy okres walki o być albo nie być Polski. I od tego problemu uciec się nie
da.

Metafora Domu
Polskę można przyrównać do wielkiego domu – ludnego, pluralistycznego, tętniącego
życiem, ale i pełnego wewnętrznych problemów, zwłaszcza związanych z ostateczną
tożsamością i ze znalezieniem sobie odpowiedniego miejsca pośród innych domów.
Wielu mieszkańcom Domu jakby ktoś amputował samoświadomość społeczną, polityczną
i patriotyczną. Zrobił to chyba ateizm państwowy. Dom polski, który przez
tyle lat był kwaterą obcych wojsk, bandziorów i posługujących im Polaków
o osobowościach służalczych, bez ambicji domowych i patriotycznych, został
wreszcie odzyskany dla prawowitych mieszkańców, ale nie całkowicie i nie
dla wszystkich. Otrzymaliśmy go jakiś poczerniały, zdewastowany, zabrudzony.
Zostały w nim rozgrabione główne meble i sprzęty, pourywane windy, powyrywane
liczne drzwi i okna, rozkradzione różne przewody, błyszczące klamki, ozdobne
kafle, nawet zdarte parkiety, a po piwnicach, korytarzach i strychach harcują
sobie szczury. Zaistniała zatem konieczność oczyszczenia, uporządkowania,
opatrzenia, a wreszcie i pewnego przebudowania Domu na nowe czasy.
O tych sprawach musi decydować przede wszystkim społeczność Domu. Jednak połowa
mieszkańców, zobojętniała lub wściekła na to wszystko, nie włącza się w całość
spraw, tylko bawi się swoimi szmatkami lub pichci sobie po kątach swoje potrawy.
Druga połowa chce się zająć wszystkimi problemami, ale jest również bardzo
podzielona na grupy, które mają najrozmaitsze poglądy i pomysły. Wybrano więc
do sprawy swoich przedstawicieli. I tutaj, niestety, znowu powtórzyła się cała "brzydota
spustoszenia" – jak się wyrażał prorok Daniel.
Jedni zgłosili od razu projekt wydzierżawienia Domu Żydom, zwłaszcza amerykańskim
– dadzą wysoką stawkę, odrestaurują wszystko, no i nie musimy Domu całkowicie
opuszczać.
Drudzy delegaci, bardziej liczni i czujący się ludźmi radośnie od wszystkiego
wolnymi, proponują po prostu cały Dom sprzedać "oligarchom strategicznym" –
jesteśmy za ubodzy i za głupi, żeby mieć tak staroszlachecki pałac, tamci zaś
dobrze zapłacą, a my albo będziemy ich lokajami, albo zamieszkamy gdzieś w
piwnicach lub na strychu, albo może wybudują nam gdzieś obok parobczańskie
czworaki, albo wreszcie rozjedziemy się po całym świecie, żebyśmy sobie przewietrzyli
nasze głowy i wyzbyli się zaściankowości, staromodnego patriotyzmu i czysto "rytualnej" religijności.
W każdym razie po co polskim nieudacznikom społecznym, politycznym i kulturowym
pałac i salony?
Trzecia grupa reprezentantów, deklamująca głośno miłość do klasy robotniczej,
tłumaczy się, że to nie oni bynajmniej zdewastowali Dom, tylko ich poprzednicy,
od których się odżegnują. Oni są już dobrzy, szlachetni i w ogóle najmądrzejsi,
choć przywództwo bardzo odmłodzili. Jeśli oni otrzymają władzę nad Domem, to
lud będzie się pławił w dobrobycie, wszystko się odrodzi i cały Dom się rozśpiewa
brukselską "Odą do radości", byle tylko mieszkańcy zapomnieli o tradycji
polskiej, dawniejszej, o religii, o moralności ewangelicznej, no i jeśli wyrzuci
się kaplicę.
Z kolei inne silne patriotyczne przedstawicielstwo mówi: zakasujemy rękawy,
robimy porządek, wyrzucamy złodziei, sami bronimy się przed oligarchami i złym
sąsiedztwem. Tylko dajcie nam więcej władzy! Jednak nie chcą im dać tej władzy,
bo ci ludzie nie stosują oszukańczych manier Wersalu.
Z kolei mniej liczni reprezentanci tradycji polskich i rodowych, nie bacząc
na wytrzymałość architektury całego Domu, chcą jakiejś kondygnacji tylko dla
siebie, dla swych idei, skądinąd wzniosłych. Jednak idą sztorcem przeciwko
wszystkim. Są przy tym "silni i młodzi". Przypominają Jontka z opowiadania
góralskiego. Szedł sobie Jontek z kimś drugim wieczorem i natknęli się na karczmę,
w której wrzała zabawa. Jontek mówi: "Stój tu i licz, a ja ich powyrzucam
na zbity pysk". Wszedł do środka… i rzeczywiście coś "łobodnęło".
Kompan liczy: "Roz". A z tamtego tobołka wydobywa się głos: "Nie
lic, bo to jo!".
Niektórzy, najmniej liczni, mówią: Róbcie sobie z Domem, co chcecie, byleście
tylko zostawili nam ogród i pólka przy Domu, no i dajcie nam kilka stanowisk,
takich jak ogrodnik, stróż, członkostwo w radzie Domu.
I wreszcie najliczniejsza grupa reprezentantów chce skupić siły wszystkich
grup i podjąć zadanie całościowo i zasadniczo. Uporządkujmy całość, odnówmy
wszystkie segmenty, umocnijmy fundamenty, zabezpieczmy części przed dalszymi
kradzieżami, dokonajmy przebudowy, przepędźmy pasożytów i szmuglarzy, skorzystajmy
z pomocy i współpracy: sąsiadów i instytucji ogólnych, jednakże bez wyrzekania
się polskości. I na froncie Domu napiszemy: "Rzeczpospolita Polska",
nowa i zarazem odziedziczona po Ojcach i Dziadach.
Każda z tych grup reprezentantów mieszkańców Domu szuka dla siebie pomocy i
siły. Wszystkie chciałyby poparcia ze strony owej połowy mieszkańców, która
nie wystawiła swoich delegatów. Chcą, żeby ta połowa przemówiła, a ona milczy
– albo ze zniechęcenia, albo z braku wiedzy, albo ze zwykłego egoizmu społecznego.
Nadzieja niektórych grup bardziej szlachetnych kieruje się ku Kościołowi i
moralności społecznej. Ale i tu jest problem. Owszem, przed Domem stoi również
proboszcz z wikariuszami i kościelnym. Ale oni albo milczą, albo mają zakneblowane
usta. Żadnej grupy i żadnego projektu ratunkowego nie popierają, bo im zakazano,
podobno w imię Ewangelii społecznej. Mówić wolno tylko niektórym hierarchom.
Prości księża byliby, rzekomo, "jednostronni". W dawnych wiekach
księża gasili waśnie polityczne i działali na rzecz zgody politycznej, ale
wówczas nie było "demokracji". Dziś, gdy poprą jednych, to stracą
dla religii wszystkich pozostałych. Nie chodzi o prawdę, nawet ewangeliczną,
chodzi o to, by Ewangelia nikomu się "nie naraziła". Należy więc
na równi popierać bandziorów politycznych i świętych albo duchowny musi milczeć
w imieniu Kościoła, gdy owe bandziory rujnują Dom, kradną, a nawet zabijają.
Tak było za czasów hitleryzmu w Kościele niemieckim, protestanckim i katolickim.
W konsekwencji proboszcz może dostać po głowie od swoich przełożonych nawet
wtedy, gdy poprze delegatów dobrych i moralnych albo gdy zgani delegatów złych
i niemoralnych. Sytuacja ta płynie z braku wiedzy teologicznej o problematyce
społeczno-politycznej.
Inna rzecz, że wielu świeckich i niedouczonych duchownych uważa, że gdy ktoś
wierzy, zwłaszcza polityk, to robi łaskę duchowieństwu, Kościołowi i Panu Bogu.
Po prostu Pan Bóg powinien mu być niezmiernie wdzięczny za to, że ten ktoś
Go afirmuje, uznaje, i powinien tego człowieka nagradzać dobrym losem za życia
i po śmierci, choćby był najcięższym przestępcą. W każdym razie wara Panu Bogu
od wtrącania się w politykę i w sprawy partyjne. Proboszcz zaś – mówią – powinien
zajmować się gwiazdami, Drogą Mleczną, Różańcem, a nigdy sprawami społeczno-politycznymi,
choćby groziła śmierć jego owieczkom, np. ze strony partii bolszewickiej. Również
duchownym nie wolno bronić Polski i polskości. Dziś wszyscy kapelani powstań
i ruchu oporu, zwłaszcza przywódcy oddziałów powstańczych, jak to było w Powstaniu
Styczniowym, byliby – oczywiście niesłusznie – ekskomunikowani. Godne natomiast
i słuszne ma być zianie potworną nienawiścią do Polski i do Narodu Polskiego
ze strony niektórych dziennikarzy występujących w programach medialnych. U
nas też zdarzyło się tak, że media katolickie, jedyne obiektywne i dostępne
dla głosu polskiego, zostały mocno upomniane za to, że udostępniły swe studia
rządowi polskiemu, który broni Kościoła w Polsce. W każdym razie zamieszanie
robi się totalne i brak nam wielkich i mądrych osobowości. Jeśli pojawiły się
w PiS i w niektórych mniejszych ugrupowaniach, to są gwałtownie zwalczane przez
jakichś buntowników, zazdrośników i osobowości patologiczne.
Czasami ma się podejrzenie, że politycy głoszący się katolikami są na jakichś
usługach masonerii.

Różne zamachy na IV Rzeczpospolitą
I tak IV Rzeczpospolita, czyli Polska, znalazła się w ogromnym zagrożeniu,
choć zmaganie się z trudnościami hartuje ją bardzo, zasila nowymi energiami
i napawa staropolską dumą bohaterstwa. Boli nas szczególnie brak zgody w
istotnych sprawach, brak poczucia tożsamości polskiej i rozdarcie na dwa
zwalczające się obozy: na zwolenników solidarnej przebudowy kraju, której
przewodzi PiS, wspierane w Sejmie głównie przez Samoobronę i niezrzeszonych,
oraz na obóz przeciwników pełnej przebudowy, której przewodzi dziwnie zgorzkniała
i rozeźlona Platforma Obywatelska, wspierana w stycznych i partykularnych
punktach przez SLD, a także od czasu do czasu przez PSL i LPR. W sytuacji
takiego rozbicia trudno jest Polskę przebudowywać. Poza tym po przystąpieniu
do przebudowy przez PiS okazuje się, że przeciwnicy chcą odbudowywać Polskę
na fundamencie liberalizmu, postkomunizmu, globalizmu, bezpaństwowości lub
na luźnych kamieniach, czyli interesach indywidualnych. Za co się nie zabrać,
wszystko się wali. Walą się ściany: gospodarka, polityka wewnętrzna i zagraniczna,
sądownictwo, szkolnictwo, służba zdrowia, bankowość, duch społeczno-narodowy.
Nie można naszego Domu związać w jedną całość, szwankuje sama komunikacja
międzyludzka. Media, zamiast komunikować, raczej kłamią, oszukują i celowo
burzą. Na rozgrodzone gospodarstwo polskie zakradają się obce siły, wrogie
naszym wysiłkom. Okazuje się, że wiele pomieszczeń jest dziwnie zablokowanych
lub bez żadnego zysku sprzedanych. Zerwały się liczne więzi duchowe, społeczne
i moralne. Nastaje na nas fala antyreligijna i antymoralna.
Przeraża wprost wzbierająca "brzydota spustoszenia" moralnego, prawnego
i humanistycznego. Oto jeden z licznych przykładów. Około 200 osób tzw. inteligencji,
wiedzionej siłą patologicznego bezwładu, zaatakowało wszystkie idee restauracji
Domu polskiego. Jakże zniszczonego materialnie i duchowo. Osoby te atakują
nasze próby odrodzenia jako "brak umiaru i ostrożności w dokonywaniu zmian
ustrojowych i zmian w przepisach prawa". Zarzucają nam ci ludzie, że reforma
mediów niesłużących polskim interesom będzie upolitycznieniem tychże mediów,
a dotąd były one rzekomo "apolityczne", choć służyły przecie SLD
i liberałom. Dają poznać, że Rzecznik Praw Obywatelskich nie może być patriotą
polskim, lecz musi być apolityczny (czytaj: lewicowo-liberalny). Że sądy dotąd
były zawsze obiektywne, najsprawiedliwsze w świecie i nie mogą być kontrolowane,
nawet pod względem ekonomicznym. Że Rada Polityki Pieniężnej ma być nadal absolutnie
niezależna od rządu i od służenia interesom polskim. Żeby stanowisko ministra
sprawiedliwości oddzielić od prokuratora generalnego, bo tylko wtedy sprawiedliwość
będzie apolityczna, jak to było – rzekomo – kiedyś dawniej. Że obecni urzędnicy
w służbie cywilnej powinni być powoływani w drodze konkursu, a autorzy "Oświadczenia" milczą
o tym, że poprzedni premierzy – Miller i Belka – mianowali owych urzędników
masowo bez konkursu i tylko ze swoich partii, no i nie można tych urzędników
poddać konkursowi. Że trzeba strzec wolności zgromadzeń i zrzeszeń oraz prawa
do krytyki rządu i władzy, czyli chcą pełnej swobody demonstracji homoseksualnych,
marszów równości, swobody Przystanku Woodstock, antynarodowych, ale nie w obronie
życia, rodziny lub przeciwko rozkradaniu mienia polskiego. Istotnie, autorzy "Oświadczenia" kończą
myślami, jakoby dokładne przestrzeganie prawa społecznego w klasycznym wydaniu,
dyscyplina moralna i odrzucanie "małżeństw" homoseksualnych "mogły
w przyszłości zagrozić demokracji, praworządności, a nawet niepodległości Polski".
I to ostatnie jest szczytem absurdu. W jaki sposób przyjmowanie przez nas etyki,
a odrzucanie niemoralności europejskiej może "zagrozić niepodległości
Polski" – czyżby Bruksela miała nas podbić za to siłą militarną?
U nas ludzie nie zdają sobie sprawy, że pod wpływem liberalistycznego i antyreligijnego
liberalizmu części inteligencji żyjemy już w świecie nihilizmu. Oto np. 23
marca 2006 r. Trybunał Konstytucyjny odrzucił zapis w ustawie KRRiT o "działalności
w zakresie ochrony etyki dziennikarskiej", argumentując, że "ochrona
etyki dziennikarskiej narusza wolność słowa i prawo do informacji" ("GW",
23 marca 2006). Jest to potworny świat amoralny. Wynika z tego, że dziennikarz
może oszukiwać w życiowych sprawach, może np. mówić fałszywie, że zabiłeś człowieka,
ponieważ "ma wolność słowa i prawo do informacji społecznej".
Głośna jest od pewnego czasu sprawa fuzji, czyli złączenia dwóch banków w Polsce,
posiadanych większościowo przez obcych: Włochów – PKO SA, i Niemców – BPH.
Fuzja ta byłaby bardzo szkodliwa dla bankowości polskiej, gdyż stworzyłaby
pełny monopol bankowy w kraju, w którym i tak ok. 75 procent banków jest w
obcych rękach, bardziej wspomagających zagranicę niż Polskę. Otóż mimo szkodliwości
takiej fuzji dla nas poparli ją bezwzględnie: Leszek Balcerowicz i bardzo wielu
innych profesorów i posłów eurofilów, Centralny Bank Europejski i inne instytucje
zachodnie. Powiało wrażeniem, że mamy już kompletną niewolę finansową. W odpowiedzi
nasze władze zaatakowały zwolenników fuzji jako zdrajców interesu polskiego.
Paradoksalnie jednak owi zwolennicy fuzji mają rację z punktu formalno-prawnego,
bo po ich stronie jest prawo UE. Traktat Ustanawiający Wspólnotę Europejską
(TWE pp. 56-60) określa pełną swobodę przepływu kapitału między państwami członkowskimi
i zakazuje jakiegokolwiek ograniczenia tegoż przepływu. Taka zresztą jest jedna
z głównych idei UE, która ustanawia wyższość interesu unijnego nad państwowym,
a tym bardziej państwo polskie nie ma tu nic do gadania, gdyż są to banki prywatne,
a do własności prywatnej państwo ma prawa ogromnie ograniczone. Wprawdzie rząd
polski zawarł umowę z włoskim UniCredito, że nie będzie dalszej ekspansji tegoż
banku w Polsce, ale to było w roku 1999, czyli przed akcesją Polski do UE.
Po akcesji obowiązują nas wszystkich prawa unijne; na niewiele zda się tłumaczenie,
że była to umowa społeczno-prawna.
Całe szczęście dla nas, że prawo bankowe w zakresie państwo – Unia nie jest
dosyć sprecyzowane i inne kraje też nie bardzo go przestrzegają. Natomiast
trzeba powiedzieć, że główną winę za ten stan rzeczy u nas ponosi rząd SLD
– UP i PSL, który w Kopenhadze przyjął wszystkie te prawa unijne bez zastrzeżeń,
zresztą chyba je znali tylko specjaliści negocjatorzy, a nie rząd. U nas nikt
prawie nie dostrzega, że UE to jest ideologia podobna do marksizmu, a nie jakaś
naturalna rzeczywistość. Mają zatem raczej rację Samoobrona, LPR i część PiS
z panem prezydentem na czele, którzy chcą Europy ojczyzn, wzmiankując raz po
raz o konieczności renegocjacji traktatu akcesyjnego. Dziś coraz lepiej widzimy,
że giganty zachodnie, a zwłaszcza liberałowie międzynarodowi, chcą czynić z
Polski swoją kolonię, próbują nas ubezwłasnowolnić, a przede wszystkim rozerwać
ścisły związek Kościoła katolickiego z Narodem. W tym kontekście rozumiemy,
dlaczego chce się koniecznie pokłócić Episkopat z Radiem Maryja i TV Trwam,
zwłaszcza od czasu, kiedy na tych mediach oparł się rząd patriotyczny.
Ciągle też nie możemy sobie wytłumaczyć, skąd się wzięła taka częsta liberalistyczna
i antypatriotyczna mentalność tak wielu przedstawicieli naszej inteligencji,
nawet wybitnych profesorów. Przecież profesorowie to nie 17-latkowie, którzy
złapali tego bakcyla po Okrągłym Stole, musieli oni być tak kształtowani i
przygotowywani dużo wcześniej. Jeszcze za PRL. Kto to organizował? Może odłam
reformistyczny PZPR? I tak w połowie marca 2006 r. 66 profesorów uniwersyteckich
specjalności ekonomicznych, głównie z Gdańska, Szczecina i trochę z Warszawy,
na kanwie sporu o fuzję banku PKO SA i BHP opowiedziało się bardzo stanowczo
za nadrzędnością interesu europejskiego nad polskim i prawa unijnego nad polskim,
choćby i konstytucyjnym. Przecież należy wątpić, czy wszyscy oni znają prawo
unijne. Kto ich tak wyszkolił? Liberałowie zachodni? Wszyscy też piszą, że
nie mogą być kontrolowane u nas ani banki, ani ich prywatyzacja, ani inne instytucje
finansowe, bo to rzekomo zniszczyłoby rynek finansowy, zniweczyłoby wiarygodność
finansową Polski w UE i zagroziłoby bezpieczeństwu ekonomicznemu kraju (za "GW",
18-19 marca 2006). Co czy kogo oni chcą kryć, walcząc z rządem polskim? A może
oni po prostu nie czytali tekstu, który podpisali? Zapewne ktoś nieodpowiedzialny
zdobył ich głosy telefonicznie.

Czy nie da się budować Polski wspólnie?
Odbudowie Domu polskiego przeszkadza jakaś idiotyczna nienawiść do władzy i
rodzimego rządu. Jeszcze w XV wieku nasz genialny historyk polski Jan Długosz
pisał, że Polacy to ludzie, którzy nienawidzą swoich rządców, a uwielbiają
obcych. Coś podobnego jest i dziś: niemal tęsknimy za rządcami niemieckimi,
brukselskimi, amerykańskimi, a nienawidzimy swoich. Rząd obecny, który nie
jest kosmopolityczny ani obcy, gwałtownie i bezustannie atakują pozostałe
partie. Polacy wydają się czasami – przepraszam za porównanie – jak kawalerowie
na zabawie, którzy sobie podpili. Do wszystkich mają pretensje i szukają
zwady: "Dam ci w mordę!". Tak i rząd PiS – według krytyków – winien
jest wszystkich niepowodzeń i nieszczęść: że pojawiła się ptasia grypa, że
nie wybudował autostrad w ciągu trzech miesięcy, że nie zlikwidował bezrobocia,
które trwa od 17 lat, że są biedni i głodni ludzie, że opóźnia się wiosna…
W życiu społeczno-politycznym są dwa główne poziomy i wymiary: głębinowy i
powierzchniowy. W powierzchniowym mogą zachodzić – i faktycznie nieustannie
zachodzą – liczne i dokuczliwe różnice, spory i sprzeczki. Ale nie świadczą
one jeszcze o jakimś rozbiciu głębinowym. Kiedyś jechałem autem z trzema braćmi.
Jeden z nich prowadził, ale wszyscy mieli prawo jazdy. Jakże ci dwaj pozostali
się denerwowali – oni by prowadzili auto ciągle inaczej. Ale przecież wszyscy
trzej po bratersku się miłują. Albo weźmy przypadek, gdy mąż i żona mają prawo
jazdy i jedno z nich prowadzi auto. Kłótniom nie ma końca, a przecież oni się
miłują. Otóż tak może być i w rządzeniu krajem: zły minister, wredny urzędnik,
nieudany pomysł, nieudolne działanie, "wpadunek" z jakąś uchwałą
itd. Ale istotny jest poziom głębinowy: dobro wszystkich jako cel, realizowanie
najwyższych wartości, troska o człowieka, tworzenie dobrobytu, troska o osobę
ludzką, moralność, ofiarność dla innych, bezpieczeństwo, racja stanu, suwerenność,
ideały wychowawcze, kultura, rozwój techniki, religia… W każdym razie nie
może jedna partia tak walczyć z inną partią, żeby to wszystko narażać na zatracenie.
Toteż wszystkie partie i ugrupowania polskie mogą i muszą budować nasz Dom
wspólnie w wymiarze głębinowym: wierzący i niewierzący, liberałowie i rygoryści,
kosmopolici i patrioci, uczeni i nieuczeni, mądrzy szczególnie i mądrzy nieszczególnie,
politycy i wszyscy inni pracownicy. W tym wspólnym dziele nie można się wyzywać
od chorych psychicznie, idiotów, oszustów, złodziei, zdrajców, "farbowanych
katolików" itd. Wybrani przez jeden i ten sam Naród przedstawiciele muszą
mieć w głębi coś istotnie wspólnego, bo inaczej zniszczą Polskę. Tutaj najgroźniejszy
jest atak na zasady moralne, religię, prawo, wyższe wartości, na podmiotowość
państwową i narodową. Ale u nas można tych zagrożeń uniknąć. Widzimy, co się
działo – i dzieje – w społeczeństwach, które odrzucają wyższe wartości: w hitleryzmie,
w bolszewizmie, w terroryzmie, w nihilizmie. Zresztą, dziwne rzeczy się dzieją
nawet dziś w państwach o wysokiej kiedyś kulturze chrześcijańskiej: demonstracje
za niemoralnością, bunty i rozruchy młodzieżowe: we Francji, Anglii, Hiszpanii.
Młodzież nihilistyczna może szybko zabić życie społeczne i kulturowe w każdym
państwie. Na przykład w Hiszpanii pojawiło się jakieś szaleństwo gromadzenia
się wielotysięcznych grup młodzieży na placach wielkich miast, picie wspólnie
na umór i łajdaczenie się, i antykultura. Właśnie za takie i podobne zjawiska
winny się brać partie polityczne, a nie tylko schlebiać idiotycznie takiej
młodzieży, żeby zyskiwać ich głosy wyborcze.
W większości partii politycznych zanikło jakieś poczucie godności, honoru,
posłannictwa. Dużo by tu mówić. Nasze poróżnienia i walki międzypartyjne przeniosły
się szeroko na przykład na dyplomatyczne placówki zagraniczne. Zamiast reprezentować
nasz wspaniały kraj, naszą historię, kulturę, często szkalują wszystko, co
polskie, opluwają, wyśmiewają i ciągle kogoś zwalczają. Jest to po prostu wielkie
chamstwo, brak wychowania, jakaś ślepa zawziętość na "innych", no
i kompletny brak obiektywizmu. Nie tak bywało w dawnej Polsce. Kiedy w końcu
XVI wieku trzech żaków krakowskich katolickich napadło na zbór kalwiński i
zraniło śmiertelnie pastora, to wojewoda katolik kazał dla przykładu ściąć
im głowy publicznie na rynku. Już nie trzeba mówić, jak by się zachował dziś
wojewoda czy sędzia z tej samej partii, co przestępcy. Wyszliby na ofiary lub
na obrońców prawa. Społeczeństwa, zamiast się doskonalić, to jakoś nikczemnieją.
A media jakże często robią z wielkiego oszusta autorytet, a z publicznego grzesznika
bohatera.
Wracając do problemu głównego: w Polsce powinna nastąpić ogólna zgoda, odpowiedzialność
i współpraca w naprawianiu czy przebudowywaniu naszego Domu. Z partią, która
wygrała najbardziej i utworzyła rząd, powinny współpracować nie tylko Samoobrona,
LPR i PSL, lecz także PO i SLD, i inne. Wiemy, że przywódcy wszystkich tych
partii mówią, iż w zrozumiałych dla nich sprawach będą rząd popierać w parlamencie,
ale cały problem w tym, że tego nie czynią faktycznie. Dziś samą propagandę,
choćby fałszywą w całości, uważa się za dźwignię polityki. Tymczasem mamy faktycznie
tyle do zrobienia w kraju. Odrzucić brutalne kłótnie w rzeczach podstawowych.
Atak na jakiegoś złodzieja z jakiejkolwiek partii nie jest atakiem na całą
partię, tak jak i krytyka postępowania jakiegoś katolika nie jest atakiem na
cały Kościół. A mamy tyle ciężkich problemów: bezrobocie, brak środków do życia
dla wielu, brak mieszkań, wielka demoralizacja, także robotników, ucisk oligarchów,
ochrona przed wielkimi wyzyskiwaczami i oszustami, także zagranicznymi, niesprawiedliwość
wołająca o pomstę do nieba, brak wyższych uczuć u wielu, brak komunikacji międzyludzkiej,
walka na śmierć i życie, przestępczość pospolita, brak bezpieczeństwa, brak
wzajemnej życzliwości i miłości itd. Niech PO nie myśli, że gdyby obaliła rządy
PiS, to przyniosłaby społeczeństwu wolność i dobrobyt, oto wprowadzając ustrój
liberalistyczny, na pewno pogłębi degradację życia ludzkiego i przyniesie nam
krwawy neokapitalizm i całkowitą pustkę duchową. Wnuki PO-wców już by nie znały
języka polskiego ani duchowej kultury polskiej. Z Zachodu idzie miażdżący walec
na Polskę. Może zwyczajni obywatele są tam i lepsi od nas, ale ich politycy
i ideologia są dla nas zabójczy. Oligarchowie świata zachodniego ścielą sobie
u nas "nowoczesną" kolonię. Polityka europejska i światowa wymaga
koniecznie chrystianizacji i ewangelizacji.
Iterum censeo: w polityce powierzchniowej mogą się teraz wszyscy kłócić i spierać
z PiS, ale w polityce głębinowej powinni go ścierpieć, a nawet wesprzeć, bo
to dla Polski, która nie jest własnością żadnej partii. Wszyscy jesteśmy jedną
rodziną. W takiej sytuacji żadna partia nie zamyka sobie drogi do władzy, a
może raczej otwiera na dziś i na przyszłość: fortuna variabilis – los jest
zmienny.

ks. prof. Czesław S. Bartnik

drukuj