Polska reformatorem europejskiego rolnictwa
Rolnictwo odgrywa w Polsce zbyt ważną rolę, żeby wystawić je na pastwę takiego
losu, jaki spotkał rolnictwo innych zachodnioeuropejskich krajów. Tak zwana
Wspólna Polityka Rolna Unii Europejskiej, która w przyszłym roku będzie świętować
50-lecie, w całej Europie uważana jest dzisiaj za najbardziej błędną decyzję
czasów powojennych.
Unijna polityka agrarna w minionym półwieczu podjęła za pomocą techniki i chemii
beznadziejną próbę zamienienia dawnych gospodarstw rolnych w fabryki. Bruksela
zmusza europejskich rolników do coraz większej racjonalizacji i specjalizacji,
do ciągłego powiększania zakładów, koncentracji produkcji w coraz to mniejszej
liczbie gospodarstw, nadmiernego zużycia środków zwiększających produkcję (nawozy
sztuczne i środki ochrony roślin).
Wszyscy stracili
Następstwa tej polityki są wyjątkowo zgubne. Na przykład obecnie w Europie
co dwie minuty zamykają się na zawsze bramy jakiegoś gospodarstwa rolnego.
Od wprowadzenia reformy agrarnej zlikwidowano miliony miejsc pracy, w samym
byłym RFN przeszło 3 miliony. Intensywna gospodarka rolna obciąża wody gruntowe
i gleby, dziesiątkuje gatunki zwierząt i roślin oraz niszczy krajobraz. Masowa
hodowla zwierząt łamie zasady ochrony zwierząt, szczególnie w hodowli cieląt,
trzody chlewnej i kur w klatkach oraz w transportach zwierząt do rzeźni.
Wysokosubwencjonowany eksport rujnuje rynki w krajach trzecich i szkodzi
tamtejszemu rolnictwu, zwłaszcza w Afryce i na Bliskim Wschodzie. Koszty
Wspólnej Polityki Rolnej wzrosły w szybkim tempie, obciążając bezbronnych
podatników. I tak w ciągu 20 lat budżet rolnictwa wzrósł np. dziesięciokrotnie
– z 7,6 mld DM (3,8 mld euro) do 76 mld DM (38 mld euro) w latach 1973-1993).
Tylko 25 proc. budżetu agrarnego płynie do rolnictwa, lwia część przeznaczana
jest na składowanie, eksport, przemysłową obróbkę i niszczenie. 80 proc.
tego wsparcia i dopłat wyrównawczych przekazywane jest do 20 proc. gospodarstw,
przede wszystkim dużych zakładów, natomiast małe i średnie gospodarstwa rolne
są zaniedbane i zagrożone w swojej egzystencji.
Zarobki rolników w "starych" krajach Unii wciąż są niższe niż w przemyśle.
Różnica wynosi 35-40 procent. Jeszcze wyraźniejsze są różnice zarobków w samym
rolnictwie. W dawnym RFN różnica między małymi i dużymi gospodarstwami rolnymi
jest 10-12-krotna.
Unijne mechanizmy rynkowe systematycznie zachęcały do nadprodukcji. I tak w
latach 1970-1990 Francja i Holandia podwoiły swoją produkcję zbożową, a produkcję
mleka podniosły o 50 procent. Przez dziesięciolecia "stare" kraje
unijne szermowały argumentem, że tylko znaczące zwiększenie unijnej produkcji
rolnej może zagwarantować ludności dostęp do taniej żywności. Dawno przestał
on już działać, co pokazuje bilans zysków i strat.
Rzekomym zyskom z wysokozindustrializowanego rolnictwa można przeciwstawić
miliardowe straty spowodowane wysokim zużyciem nawozów mineralnych i pestycydów,
zatruwaniem wód gruntowych i niszczeniem gleb. Szczególnie rosną koszty ponoszone
na opiekę zdrowotną, spowodowane wzrostem zachorowań uzależnionych od wyżywienia
(np. uczulenia wywołane stosowaniem dodatków chemicznych). Szacowane sumy sięgają
dwucyfrowych kwot liczonych w miliardach euro.
Przodujące miejsce w bilansie strat unijnego rolnictwa zajmują koszty niesłychanego
zapotrzebowania energetycznego, nie tyle na samą produkcję rolniczą, co na
wytwarzanie nawozów mineralnych i pestycydów, dalszą obróbkę i transport pół-
lub gotowych produktów, potrójnie opakowanych i pięciokrotnie wysterylizowanych.
W dawnym RFN rząd samo uzdatnianie wody pitnej uprzednio zatrutej przez rolnictwo
związkami azotu i pestycydami szacował na prawie 2 mld euro rocznie! Według
innych obliczeń, w dawnym RFN wszelka żywność i używki są transportowane średnio
284 km, zanim dotrą do klienta.
Korupcja i oszustwa
Wprowadzona w 1992 r. tzw. reforma rolna miała wreszcie spowodować diametralną
poprawę sytuacji. Jej celem było ograniczenie miliardowych wydatków na zakup
i przechowywanie oraz subwencji na eksport nadwyżek produkcyjnych. Po pięciu
latach specjaliści zgodnie określili tę reformę jako nieudaną.
Nie tylko nie zatrzymała ona permanentnego trendu do industrializacji rolnictwa,
ale wręcz go przyspieszyła. Wskutek postępującej monopolizacji to przemysł
spożywczy, a nie rolnicy, decyduje o palecie produktów i dyktuje ceny.
Reforma rolna doprowadziła już wcześniej rozbuchaną biurokrację kontrolną do
monstrualnych rozmiarów, łącznie z satelitarną obserwacją rolnictwa. Uzależnienie
rolników od biurokratów rolnych stało się totalne, upokarzając gospodarzy.
Rolnicy dostają wynagrodzenie nie za pracę własnych rąk, ale jako przydział
z gigantycznej machiny subwencji, na której funkcjonowanie nie mają żadnego
wpływu.
Tej rozlewającej się wszędzie biurokracji towarzyszy coraz szybciej kręcąca
się karuzela korupcji i oszustwa. Były unijny komisarz agrarny, Holender Sicco
Mansholt, już w roku 1993 szacował, że rocznie 9 mld DM (4,5 mld euro) z unijnej
kasy "wsiąka w ciemne interesy". Dzisiaj, 13 lat później, ocenia
się, że suma ta w międzyczasie się podwoiła.
Ostatnio zachodnioeuropejscy politycy agrarni muszą zacząć liczyć się z nową
siłą – z klientem. Mieszkańcy UE mają już dość ciągłych skandali żywnościowych,
rośnie obawa przed setkami szkodliwych składników chemicznych dodawanych do
żywności. Z roku na rok rośnie nieufność wobec ubogich w odżywcze składniki,
ale kolorowo opakowanych produktów zalegających regały sklepowe. Coraz więcej
ludzi jest świadomych, że np. mikstury sprzedawane w sklepach po 20 centów,
nafaszerowane środkami smakowymi i zapachowymi, sztucznie farbowane i zagęszczone,
oprócz nazwy nie mają już nic więcej wspólnego z prawdziwymi jogurtami.
Wobec rosnącej koncentracji przemysłu spożywczego i handlu artykułami spożywczymi
– np. w RFN 10 wielkich sieci handlowych przejęło ponad 80 proc. obrotów tej
branży – zachodnioeuropejski klient obawia się z nie bez racji, że już wkrótce
będzie mógł wybierać tylko wśród niskiej jakości produktów.
Zmian nie będzie
W 2003 r. Bruksela, chcąc uspokoić klientów, zapowiedziała zmiany w polityce
agrarnej, przedstawiane jako wielka reforma (ustawy z Luksemburga). Wysokość
dopłat bezpośrednich dla gospodarstw rolnych miała być w przyszłości uniezależniona
od ilości produkowanych tam towarów. Jednocześnie dopłaty te miały zależeć
od stosowania minimalnych standardów w zakresie ochrony klienta, środowiska
i zwierząt.
Zmiany okazały się papierkową mrzonką. W dalszym ciągu duże zakłady miały dostawać
więcej niż małe, a 15 dawnych krajów członkowskich UE więcej niż 10 nowych.
Najważniejsze, że Bruksela pozostawiła decyzję o wprowadzeniu "reformy" poszczególnym
krajom członkowskim. W ten sposób można więc owe kraje uczynić odpowiedzialnymi
za rychłe niepowodzenie reformy. Ponadto pod koniec roku 2005 w Hongkongu Bruksela
podpisała umowę z WTO (Światowa Organizacja Handlu) o wolnym handlu żywnością.
Bez zahamowań może się teraz rozwijać globalny "handel z cenami rynków
światowych", jak w Unii i WTO jest zwykle nazywany dumping jakości i cen.
Tak zwana Luksemburska Unijna Reforma Agrarna dowiodła ponownie, iż kto spróbuje
wcielić w życie znośną socjalnie i przyjazną środowisku naturalnemu politykę
rolną, spotka się z oporem silnych grup interesu, jakimi są importerzy i handlarze
pasz, firmy eksportowe, koncerny chemiczne produkujące nawozy, środki ochrony
roślin i medykamenty dla weterynarii, wąsko z nimi powiązany przemysł techniki
genetycznej, wielkie związki rolników, które nie chcą żadnych zmian w systemie,
ponieważ są pod wpływem obszarników, przede wszystkim jednak giganci przemysłu
spożywczego i handlu, krótko mówiąc – cały międzynarodowy agrobiznes.
Do zmiany tej polityki rolnej brakuje Brukseli sił oraz – ze względu na jej
ścisłe powiązania z agrobiznesem – również chęci. Tu może pomóc tylko taki
kraj, w którym hamujący wszelkie reformy międzynarodowy wielki biznes rolniczy
nie panoszy się jeszcze tak silnie, jak w "starych" krajach Unii.
Tym krajem jest Polska, gdzie 30 proc. ludności wciąż jeszcze utrzymuje się
bezpośrednio z produkcji i dystrybucji żywności. Wspierane przez unijną politykę
rolną powiązania między obszarnikami, przemysłem i handlem spożywczym, przemysłem
chemicznym i importerami pasz nie są tu jeszcze tak silne, jak w krajach zachodnich.
12 zasad
Narzędzia do wprowadzenia nowej, przyszłościowej polityki rolnej leżą już w
szufladzie gotowe do pracy. Brakuje tylko decyzji, by ich użyć i w ten sposób
stworzyć ramy dla przyszłej polityki rolnej – słusznej gospodarczo, socjalnie
i ekologicznie.
Oto 12 zasad, jakie należy wprowadzić:
1. Utrzymanie miejsc pracy w rolnictwie i struktur socjalnych na obszarach
wiejskich. Aby przeciwstawić się dalszemu likwidowaniu miejsc pracy w rolnictwie,
należy zahamować zmiany strukturalne i wprowadzić nowy katalog subwencji uwzględniający
aspekty socjalne i ekologiczne.
2. Całościowa uprawa ziemi zgodnie z zasadami ochrony środowiska, spełniająca
następujące kryteria:
– wytwarzanie zdrowej, naturalnej żywności o wysokiej jakości;
– drastyczne zmniejszenie zużycia nawozów mineralnych i środków ochrony roślin;
– ograniczenie użycia azotu do maksymalnie 100 kg/ha (włącznie z nawozem organicznym);
– uprawa różnorodnych płodozmianów w celu poprawy jakości gruntów; rezygnacja
z wielkoobszarowych monokultur;
– stosowna do potrzeb zwierząt hodowla, szczególnie cieląt i trzody chlewnej;
zakaz hodowli kur w klatkach i męczących transportów rzeźniczych;
– zakaz stosowania hormonów wzrostu i wydajności;
– zakaz wprowadzania genetycznie modyfikowanych roślin i zwierząt; zapewnienie
możliwości korzystania z nasion własnej produkcji.
3. Połączenie produkcji roślinnej i zwierzęcej w jednym gospodarstwie mieszanym
w celu zamknięcia układu krążenia produktów.
4. Związanie hodowli bydła z użytkowanym terenem, przy czym ilość trzymanego
bydła nie może przekraczać 1,5 sztuki/ha.
5. Ograniczenie importu pasz, które umożliwiają masową hodowlę zwierząt; zwiększenie
ich cen przez pobieranie opłat za import na granicy oraz poprzez podatki.
6. Wprowadzenie podatku azotowego oraz opłat za korzystanie ze środków ochrony
roślin i innych środków szkodliwych dla środowiska. Zmniejszenie zużycia obcej
energii poprzez rozbudowę możliwości własnego wytwarzania energii (biogaz,
biomasa, alternatywne wytwarzanie energii).
7. Konsekwentne uniezależnianie dopłat wyrównawczych od wysokości produkcji
i wielkości uprawianych obszarów, powiązanie pomocy z ekologicznymi formami
gospodarki i odpowiedniej do potrzeb zwierząt hodowli, dodatkowe dotowanie
przechodzenia na gospodarkę ekstensywną, w większym stopniu niż przewiduje
to reforma agrarna UE z 2003 roku.
8. Odpowiednie wynagrodzenia w rolnictwie.
9. Regionalizacja polityki rolnej. Tutaj w przyszłości powinien leżeć środek
ciężkości. Głównymi celami mają być:
– możliwie wysoki poziom samozaop atrzenia w regionach, skrócenie drogi transportu,
– daleko idąca samowystarczalność przy zaopatrzeniu w podstawowe artykuły spożywcze,
– popieranie bezpośredniej sprzedaży i obróbki wyprodukowanej żywności na miejscu
(regionalne rzeźnie, mleczarnie, sprzedaż owoców i warzyw),
– utrzymanie i rozbudowa regionalnej infrastruktury,
– decentralizacja struktur decydujących, tzn. w przyszłości każdy region musi
samodzielnie kształtować własną strukturę rolną według swoich potrzeb.
10. Utrzymanie i ochrona krajobrazu.
11. Zapewnienie zaopatrzenia również w czasach kryzysowych.
12. Ochrona zewnętrzna przed tanim importem małowartościowej żywności.
Gdyby Polska konsekwentnie i bezkompromisowo podjęła się przeprowadzenia wyżej
wymienionych 12 reform, doprowadziłaby w UE do prawdziwie kopernikowskich zmian
w dziedzinie polityki agrarnej. Mieszkańcy "starej" Unii przyjęliby
taki krok nie tylko ze zrozumieniem, ale i z radością. Polska ma szansę stać
się liderem ruchu, którego znaczenie może sięgnąć daleko poza granice Europy.
Carl Beddermann
