11 marca – dwa lata później
"Czy terroryści osiągnęli swoje cele?" To jedno z
53 – "zbyt wielu pytań bez odpowiedzi" – jak tytułuje swoją opublikowaną
ostatnio
książkę Jaime Ignacio
del Burgo. Autor był jednym z przedstawicieli opozycyjnej Partii Ludowej w
parlamentarnej speckomisji śledczej w sprawie zamachów 11 marca 2004 r. w Madrycie.
Czy terroryści osiągnęli swe cele? Czy chodziło o zmianę polityki Hiszpanii
w jakimś obszarze, a może w kilku dziedzinach? Odpowiedź twierdząca musi wzbudzić
niepokój wśród obywateli wszystkich krajów demokratycznych.
Przekonanie o ukrywaniu prawdy na temat "pociągów śmierci"
jest u Hiszpanów powszechne. Pytają nie tylko parlamentarzyści. Publicysta
Luis del Pino od
kilku miesięcy zamieszcza w internecie kolejne odcinki cyklu "Tajemnice 11-M",
które czytałoby się jak powieść szpiegowsko-kryminalną, gdyby nie chodziło
o prawdziwe zamachy.
Pytają przede wszystkim ofiary. "Chcemy znać prawdę" – to tytuł ulotki, którą
wciąż rozprowadza Stowarzyszenie Ofiar Terroryzmu (AVT):- Czemu mogliśmy
oglądać podobizny sprawców zamachów w Londynie, a nikt nie pokazał ani jednego
zdjęcia
tych, którzy 11 marca wysadzili w powietrze pociągi? Nie działały kamery
na żadnej stacji? Chcemy wiedzieć, jak to możliwe, że przy takiej liczbie
informatorów
(służb bezpieczeństwa) pojawiających się w śledztwie, nikt nie uzyskał żadnej
wiadomości o tym, co jest przygotowywane?
Niewyjaśnione związki funkcjonariuszy z terrorystami są głębsze:- Jak mogą
nam spokojnie mówić, że telefony, które detonowały bomby, zostały aktywowane
w sklepie należącym do policjanta? Jak mogą mówić, że funkcjonariusz guardia
civil jest zamieszany w zaopatrywanie terrorystów w materiały wybuchowe,a
różni agenci Krajowej Agencji Wywiadu mieli kontakt z uczestnikami spisku?
Pytania te, nawet bez odpowiedzi, wiele mówią.
Renault z Alcalá
Bezpośrednio po największych zamachach terrorystycznych w historii Europy,
a więc między 11 a 14 marca 2004 r. zrobiono wiele, by przekonać opinię publiczną,
również międzynarodową, iż są one kolejnym aktem wojny między Al-Kaidą a
Stanami Zjednoczonymi i ich sojusznikami. Wydarzenia te miały miejsce około
rok po ataku USA na Irak, w czasie gdy Hiszpania utrzymywała swój kontyngent
wojskowy w tym kraju.
Trzy godziny po zamachach na posterunek policji w Alcalá de Henares – mieście,
z którego wyruszały "pociągi śmierci", zadzwonił obywatel, który poinformował,
że w pobliżu jego miejsca pracy stoi "wzbudzająca podejrzenia" furgonetka Renault
Kangoo, nr rej 0576-BRX. Stwierdzono, że 28 lutego w Tetuán zgłoszono kradzież
tego pojazdu. Policjanci przybyli na miejsce nie zauważyli na pojeździe śladów
włamania, a wewnątrz – śladów materiałów wybuchowych.
Kilka godzin później kolejne oględziny przynoszą informację, że w samochodzie
znajduje się jednak torba z zapalnikami i niewielką ilością materiału wybuchowego.
W tym dniu – 11 marca – media nie zwracają uwagi na wiele charakterystycznych
wątpliwości: pozostawienie na furgonetce autentycznych tablic rejestracyjnych,
brak na niej śladów włamania (później właściciel Kangoo twierdził, że skradziono
mu komplet kluczyków 8 miesięcy (!) wcześniej niż samo auto), czy kwestia materiału
wybuchowego, którego obecność stwierdzono po kilku godzinach. Nota bene spośród
dwóch policjantów, którzy byli obecni przy pierwszych oględzinach, przed komisję
Kortezów wezwano akurat tego, i tylko tego, który pozostał na zewnątrz, nie
zaś tego, który ze szkolonym psem wsiadł do samochodu.
11 marca opinia publiczna wie jednak, że w furgonetce z Alcalá znaleziono materiał
wybuchowy i nagranie z cytatem z Koranu. Oczywista, zbyt oczywista sugestia
mająca przekonać opinię publiczną, że – jak ironizuje Del Pino – "sam Bin Laden"
rozkazał swym bojownikom wsiąść do auta.
To, rzecz jasna, musiało zaszkodzić ówczesnym władzom.
Ślad baskijski
Już w pierwszych godzinach po zamachach minister spraw wewnętrznych Angel Acebes
oświadczył, że prawdopodobnym sprawcą zamachów jest ETA. Służby śledcze wskazywały
na analogię z próbą zamachu sprzed dwu i pół miesiąca. Dokładnie w Wigilię
Bożego Narodzenia 2003 r. etarras podłożyli bombę w pociągu intercity z Irún
do Madrytu. Ładunek, nastawiony na detonację po przyjeździe na stołeczny
dworzec Chamartín (największy w kraju i w samo wigilijne popołudnie pełen
podróżnych), został wykryty w czasie podróży. Pociąg zatrzymano w Burgos,
a podróżnych ewakuowano.
Przypominano również, że 29 lutego 2004 r. w samochodzie jadącym do Madrytu
etarras wieźli ponad pół tony ładunków wybuchowych. Zatrzymani terroryści przyznali
się, że w te same Święta Bożego Narodzenia próbowali – za pomocą bomb ukrytych
w plecakach – dokonać zamachów w kurorcie narciarskim Baqueira-Beret.
Te i wiele innych poszlak przemawiało za obraniem ETA jako głównej hipotezy
śledztwa. Jednak w świetle doniesień medialnych o furgonetce z Alcalá (i cytacie
z Koranu), czy aresztowania dwa dni później pięciu podejrzanych – w tym trzech
Marokańczyków, a także ciągłego przypominania, że ETA "nigdy" nie dokonywała
zamachów w takiej skali i przeciw zupełnie przypadkowym osobom – szef socjalistów
i dzisiejszy premier José Luis Rodriguez Zapatero miał medialną "podkładkę"
pod wygłaszanie oskarżeń, takich jak na antenie Cadena SER: "rząd [José Maríi
Aznara] kłamie i kłamał od początku". Przez trzy dni starano się przekonać
społeczeństwo, że zamachy są dziełem Al-Kaidy, a więc odwetem za udział w okupacji
Iraku, co oznacza, że to – w domyśle – premier Aznar swoją proamerykańską polityką
doprowadził do tragedii.
Interesujące, że już nazajutrz po zamachach w trakcie demonstracji solidarności
z ofiarami, w wielu miejscach "spontanicznie" pojawiały się identyczne transparenty
ze słowem "culPPables", gdzie pochylone, podwójne "P" wskazywało na Partię
Ludową (Partido Popular). Zresztą pod lokalami tej partii również pojawiły
się "spontaniczne" manifestacje.
Czy rzeczywiście za zamachami w Madrycie mogła stać
Al-Kaida?
Przeczy temu przede wszystkim udział w spisku nie-muzułmanów. Radykalni islamiści
– jak pokazuje praktyka – nie planują ataków na spółkę z "niewiernymi", gdyż
ci ostatni nie podzielają motywacji dżihadystów, i przez to są, ich zdaniem,
niewiarygodni. Jeszcze większe ryzyko pojawia się przy współpracy z przedstawicielami
organizacji typowo kryminalnych – a to również miało miejsce 11 marca.
Zamiast tego Al-Kaida posługuje się drużynami, w skład których wchodzą fanatycy
przekonani, że dokonanie zamachu na "niewiernych" jest przepustką do raju.
Dlatego tragedie m.in. w Nowym Jorku, Londynie czy Casablance były dziełem
zamachowców samobójców, których jednak w Madrycie nie było.
Wydaje się również, że Al-Kaida nie jest środowiskiem szczególnie zainteresowanym
zachodnią demokracją. Radykalni islamiści niewielką wagę przywiązują do różnic
między PSOE a PP, czy np. między PiS a SLD. Wszystkie te partie to dla dżihadystów
reprezentacja zgniłego liberalizmu, który trzeba zniszczyć. Zaiste trudno uwierzyć,
że zamachy przeprowadzone na trzy dni przed wyborami nie miały na celu zmiany
ich wyników – cel taki zresztą osiągnięto. A to oznacza, że zamachowcy przywiązywali
wagę do tego, kto będzie rządzić Hiszpanią przez kolejne 4 lata. Widzieliśmy
przed chwilą, w jaki sposób do tego celu używano "śladu islamskiego".
Ślady prowadzą na północ…
Czy środowiskiem zainteresowanym taką zmianą byli baskijscy separatyści? Po
8 latach władzy ludowców ETA znajdowała się w bardzo trudnym położeniu. Istniało
wielkie ryzyko, że podczas kolejnej kadencji Aznara – co do której w świetle
sondaży aż do 10 marca nie było wątpliwości – etarras przestaną odgrywać
w Kraju Basków jakiekolwiek znaczenie. Ta niekorzystna sytuacja była, zdaniem
zwolenników "tropu baskijskiego", powodem, dla którego etarras zdecydowali
się na atak o niespotykanej sile rażenia.
Na półmetku kadencji socjalistów możemy stwierdzić, że Zapatero udało się wydobyć
ETA z politycznego niebytu i przywrócić jej znaczenie, marnując w ten sposób
owoce antyterrorystycznej polityki Aznara. 25 lutego br. dziesiątki tysięcy
osób manifestowało w Madrycie swój sprzeciw wobec negocjacji rządu z ETA, wskazując,
że z terrorystami się nie negocjuje, ale skazuje na długoletnie wyroki. To
tylko jeden z wielu przykładów sprzeciwu wobec "przyjaznej terrorystom" polityki
obecnych władz.
Wzrost znaczenia ETA w efekcie zamachów 11 marca jest oczywiście co najwyżej
poszlaką, nie zaś niepodważalnym dowodem na udział separatystów. Pewności –
co do owego udziału lub ewentualnie jego braku – mieć nie możemy. Zadbali o
to socjaliści, uniemożliwiając rzetelne śledztwo., Stwierdzić można jedynie,
że istnieje znikome prawdopodobieństwo, aby etarras nie wiedzieli o przygotowaniach
do zamachu. Wiemy już o próbie wigilijnych zamachów na Chamartín i Baqueira-Beret
oraz o zatrzymaniu transportu materiałów wybuchowych do Madrytu . Cytowany
Luis del Pino uważa, że uczestnicy tych akcji celowo zostali "wystawieni",
by Angel Acebes jako oczywistą przyjął hipotezę o odpowiedzialności ETA za
ataki. Swego ministra poparł premier Aznar i inni ludowcy – a wtedy pokazano
społeczeństwu furgonetkę z nagraniem sur Koranu…
Inne poszlaki? Jeden z członków ETA powiedział kilka tygodni przed zamachami
wiele mówiące zdanie: "Jeszcze zobaczą Hiszpanie, na co nas stać." W przeddzień
tragedii etarras wzywali Basków do bojkotu RENFE (hiszpańskich kolei państwowych,
do których należą również madryckie pociągi podmiejskie). Rada, by "na wszelki
wypadek" nie korzystać z usług przewoźnika? Udowodniono liczne związki między
ETA a sprawcami zamachów. Wiadomo, że niektórzy z nich czuli się bardzo bezpiecznie
w środowisku przestępczym Kraju Basków, co, zdaniem osób znających tamtejsze
realia, wskazuje na protekcję ze strony etarras.
… i do sąsiadów z południa
Obok związków z ETA charakterystyczna dla sprawy zamachów w Madrycie jest liczna
reprezentacja w spisku osób pochodzenia marokańskiego. Ten fakt uwiarygodnił
zresztą wersję o śladzie islamskim.
Otóż w kwietniu ubiegłego roku władze w Rabacie przesłały prowadzącemu śledztwo
w sprawie zamachów sędziemu Del Olmo informację, że nie są w stanie odnaleźć
jednego z poszukiwanych, Mohammeda Haddada. Świadkowie potwierdzili jego udział
w zamachach, a zdaniem śledczych, Haddad jest jedną z postaci kluczowych. Musi
się rzeczywiście dobrze ukrywać, skoro władze Maroka, kraju, gdzie każdy obywatel
jest, lub w razie potrzeby może być, dyskretnie, ale skutecznie inwigilowany,
nie mogą go znaleźć przez wiele miesięcy. Haddada odnalazł – po kilku dniach
pobytu w Maroku – reporter dziennika "El Mundo". Okazało się, że poszukiwany
Marokańczyk codziennie, po modlitwie w meczecie Dżamaa Lekbir w medynie (starej
dzielnicy) w Tetuán, idzie na obiad, a następnie gra ze znajomymi w domino
w kawiarni przy ulicy Fendak Nedżar. Zwyczajów swych nie zmienia. W Tetuán,
położonym 40 km od hiszpańskiej Ceuty, służby bezpieczeństwa mają szczególnie
wiele powodów do obecności. Z jednej strony przemytnicy narkotyków, z drugiej
– pałac króla Mohameda VI.
Czy władze Maroka były szczere wobec sędziego Del Olmo? Czy Haddad wie niebezpiecznie
dużo, czy jest zbyt cennym agentem, czy może obie te rzeczy naraz?
A jaki cel mógł mieć Rabat w zmianie władzy w Hiszpanii? Oba kraje mają wiele
sprzecznych interesów. Dwa najważniejsze to Sahara Zachodnia i enklawy hiszpańskie
w Afryce: Ceuta i Melilla. Sahara Zachodnia była aż do 1975 r. posiadłością
Madrytu. Po opuszczeniu tego terytorium przez Hiszpanów powinno ono uzyskać
niepodległość. Jednak pospieszna "dekolonizacja" na fali ówczesnej mody sprawiła,
że zanim zdążyły się ukonstytuować władze saharyjskie o mandacie demokratycznym,
kraj został zajęty przez wojska marokańskie. Saharyjczycy od ponad trzydziestu
lat walczą o wolność i zdaniem wielu mieszkańców Półwyspu Iberyjskiego, Madryt
ma moralny obowiązek pomocy – nie militarnej, ale dyplomatycznej – uciśnionemu
narodowi. Inni dodają, że przez obronę Saharyjczyków wiedzie droga do zapewnienia
bezpieczeństwa Ceuty i Melilli, które dla Hiszpanów są integralną częścią ich
kraju. Maroko w trakcie kadencji Zapatero zdążyło już udzielić koncesji na
użytkowanie pól naftowych na wodach Melilli. Rok później określono enklawy
mianem "miast okupowanych". Ani jeden, ani drugi akt nie spotkał się z protestem
ze strony Madrytu.
Inne skutki 11 marca
Oczywiście poza zagadnieniami dotyczącymi ETA i stosunków z Marokiem, zmiana
w pałacu La Moncloa przyniosła określone skutki w wielu innych obszarach
polityki wewnętrznej i zagranicznej – gdzie nie wydaje się, by istniały jakieś
związki z zamachami. Opozycja wskazuje na zagrożenie integralności terytorialnej
Hiszpanii nie tylko w Północnej Afryce i Kraju Basków, ale także w Katalonii.
Nowy statut tej Wspólnoty Autonomicznej w praktyce tworzy nowe odrębne państwo.
Region ma mieć osobną reprezentację w Brukseli, a tutejszy język – zostać
jednym z oficjalnych języków Unii Europejskiej. W samej Barcelonie i okolicach
kataloński zyskuje pozycję dominującą przy jednoczesnym ograniczaniu zasięgu
języka hiszpańskiego (kastylijskiego). Ignoruje się wolę ogromnej rzeszy
Katalończyków, którzy uważają się za Hiszpanów.
Wszyscy pamiętamy próby ograniczenia nauki religii w szkołach, a także, niestety
skuteczne, objęcie definicją małżeństwa związków homoseksualnych, wraz z przyznaniem
prawa do adopcji dzieci. Mniej za granicą mówiło się o bolesnym dla Hiszpanów
rozdrapywaniu zabliźnionych już ran z okresu transformacji po śmierci gen.
Franco. Gdy władze zaczęły – po kryjomu, nocą – usuwać pomniki Caudillo lub
inne pamiątki po tamtym okresie, ożyły dawne podziały między krytykami lat
1939-75, a tymi, którzy w czasach dyktatury widzą więcej pozytywów niż negatywów.
Na arenie międzynarodowej Zapatero zerwał z dawną przyjazną wobec Waszyngtonu
polityką. Objawiło się to nie tylko wycofaniem kontyngentu z Iraku, ale także
zbliżeniem z wrogimi wobec USA reżimami Fidela Castro i Hugo Chaveza. Na arenie
europejskiej zaś zbliżeniem z Chirakiem, Schröderem (a nawet Putinem), co w
odniesieniu do Unii Europejskiej przyniosło skutek w postaci porzucenia nicejskiego
systemu głosowania (po 27 głosów dla Hiszpanii i Polski i tylko o 2 więcej
dla wszystkich większych krajów), który był przecież osiągnięciem Aznara. W
Hiszpanii wskazuje się, że "pozostawiając Polskę samą" w sprawie Nicei, Zapatero
nawet nie próbował uzyskać czegoś dla samej Hiszpanii. Zrezygnował za darmo.Polska
odczuła więc również jakiś pośredni efekt zamachów z 11 marca.
Bardziej niepokojące jest, że ci, którzy, jak się wydaje (dzięki zabiegom władz
dojść do prawdy jest bardzo trudno, a być jej pewnym – niemożliwe; co również
wiele mówi), mogli przyczynić się do zamachów, rzeczywiście na nich korzystają.
Wpływanie na wyniki demokratycznych wyborów drogą zamachów terrorystycznych
to przerażająca perspektywa.
Krzysztof Jasiński
