„Sercem Polak” – opowieść o życiu Chopina (6) Delfina i „szara godzina”

Na balu paryskim jedna z czołowych plotkarek francuskiej arystokracji,
przykładając lorgnon do krzywego nosa, zapytała, patrząc na wirujące w walcu
pary: – A któż to jest ten mały rudy? I usłyszała w odpowiedzi: – Ach, to nowa
plotka o Delfinie Potockiej…

"Jest to dziwna istota (…), której duszę żywą i silną, i prawdziwie wszystkimi
dary, którymi Bóg Polki obdarzył, do najwyższego stopnia obrzuconą, przepsuł
Paryż i Londyn (…). Nieznośna to kapryśnica (…), podobna znarowionemu
dziecku, źle wychowanej dziewczynce lub Don Juanowi w spódnicy, który
wszystkiego doznał i teraz krzyczy: Dajcie mi księżyc, chcę skosztować, czy z
księżyca dobry marcypan, bo na ziemi już nic nie ma! (…). Czy poznasz z tych
rysów panią Delfinę Potocką?" – pytał złośliwie przyjaciela Zygmunt Krasiński w
dniu Nowego Roku 1839. Ten Don Juan w spódnicy stał się największą życiową
miłością autora "Nie-Boskiej komedii". Będzie pisał do Delfiny: "Jam Twój i z
Tobą na wieki (…). Ty albo zginąć! Twoje słowa, Twój śpiew, Twoje rysy, Twoje
szlachetne uniesienie duszy – o przybądź, przybądź, Ty Beattrice moja. Dałaś mi
szczęście. O gdybym mógł dać Ci nieśmiertelność!".
Dał jej nieśmiertelność. Pani Delfina Potocka żyje jako adresatka tysięcy listów
Zygmunta Krasińskiego, z których część się szczęśliwie zachowała. A jakie są
losy korespondencji z "tym małym rudym" – Fryderykiem Chopinem? W liście
Fryderyka z 18 listopada 1831 roku znajdujemy zwięzłą informację: "Wczoraj byłem
na obiedzie u pani Potockiej, owej ładnej żony Mieczysława".
Była zjawiskowo piękna, co potwierdzają dziesiątki jej wizerunków. Smukła
blondynka o subtelnych rysach i ciemnych oczach, wiodła za sobą cały orszak
wielbicieli jak jeden z owych szali, którymi lubiła się otulać – podobno, by
ukryć jedyną rzecz niedoskonałą w swojej urodzie – brzydkie dłonie. Wydana jako
osiemnastolatka za Mieczysława Potockiego, syna zhańbionego w oczach rodaków
współtwórcy targowicy – zdrady Narodu, nieszczęśliwa w mariażu z brutalem i
okrutnikiem, uzyskawszy unieważnienie małżeństwa, do grona swych
nieplatonicznych wielbicieli wpisywała hrabiów, książąt i artystów.
Eugeniusz Delacroix, wspaniały malarz, należał do wielbicieli platonicznych. Gdy
cały wielki paryski świat zbierał się u łoża ciężko chorego Chopina w roku 1849,
zapisał w "Dzienniku": "Widziałem wczoraj wieczorem u Chopina czarującą panią
Potocką. Słyszałem ją dwa razy, nie spotkałem jeszcze nic doskonalszego". I w
kilka dni potem: "Widziałem znów panią Potocką u Chopina. Ten sam efekt
cudowny". Jeśli był taki, gdy miała lat 42, jakiż być musiał, gdy miała 24. A to
był wiek Delfiny, gdy dwudziestojednoletni Chopin zaczął bywać w jej paryskim
salonie. Franciszek Liszt pisał o Delfinie z zachwytem: "Uroda, nieopisany
wdzięk i dowcip sprawiły, że stała się najbardziej podziwianą królową salonów".
Obok tych walorów miała jeszcze jeden wielki atrybut – tak ważny dla
romantycznej damy – wielki talent śpiewaczy. O pożegnalnych ariach Delfiny dla
Chopina, gdy umierał, krążyć będą legendy. Ich wzajemny stosunek frapował wielu
biografów przez lat wiele. Ferdynand Hoesick w swej wielotomowej pracy o
Chopinie stwierdzał, że "Chopin bardzo był zakochany, tego się pozwala domyślać
wymowne w swym poetyckim nastroju Preludium A-dur, które brzmi jak wyznanie
miłosne". To preludium Chopin dedykował Delfinie Potockiej. Ale nie tylko.
Ofiarował jej także dwa inne swe utwory: walca Des-dur op. 64 nr 1, a także…
Koncert f-moll – ten sam, którego świetliste Larghetto – jak sam mówił –
"stanęło" tak niedawno "na pamiątkę" Konstancji Gładkowskiej.
I mamy w korespondencji Chopina bardzo niezwykłe wyznanie. W roku 1847 napisał
do rodziców: "Pani Delfina Potocka, którą wiecie, jak kocham, miała być u mnie".
Te słowa Chopin podkreślił sam. I jest to jedyny wypadek, gdy używa określenia
"kocham" pod adresem kobiety! Ofiarował jej także wstrząsającą pieśń, jedyną,
jaką napisał do słów Zygmunta Krasińskiego:

Z gór, gdzie dźwigali ciężkich krzyżów brzemię,
Widzieli z dala obiecaną ziemię.
Widzieli światło niebieskich
promieni,
Ku którym w dole ciągnęło
ich plemię…
A sami do tych nie wejdą
przestrzeni,
Do godów życia nigdy nie zasiędą
I może nawet zapomniani będą.

"Bóg Cię strzeż, kochany panie Chopin"

W roku 1945, tuż po wojnie, zgłosiła się do Jarosława Iwaszkiewicza biednie
odziana kobieta, przedstawiła się jako ziemianka z Wileńszczyzny spokrewniona z
rodziną Komarów (Delfina była de domo Komarówna) i zakomunikowała wieść
rewelacyjną: jest oto w posiadaniu całego ogromnego bloku listów Chopina do
Delfiny Potockiej. I tak rozpoczęła się wielka międzynarodowa afera
sensacyjno-kryminalno-farsowo-tragiczna, która zaangażowała najpoważniejsze
autorytety chopinowskie w Europie i Stanach Zjednoczonych. Odbywały się sesje,
obradowały komisje i sporządzano ekspertyzy grafologiczne kilku fotokopii, które
udało się zdobyć. Nieszczęsna pani Paulina bowiem, mimo deklaracji, nigdy nie
zademonstrowała oryginałów, opowiadając fantazyjne wersje ich losów. Jedne miały
być skradzione, inne wywiezione do Francji. Oryginałów nie było. Ekspertyza
przeprowadzona w Pracowni Kryminalistyki Instytutu Prawa Karnego Uniwersytetu
Warszawskiego stwierdzała, że rękopisy, których fotokopie przedstawiono, są
pisane przez Chopina. Zakład Kryminalistyki Komendy Głównej Milicji
Obywatelskiej oświadczył, że fotokopie są spreparowanym fotomontażem z
autentycznych listów Chopina. Kazimierz Wierzyński w swej biografii Chopina
tłumaczonej na kilkanaście języków cytuje listy do Delfiny jako autentyczne.
Dociekliwy naukowiec dr Jerzy Smoter opublikował swą najrzetelniej
udokumentowaną pracę doktorską, całkowicie negując prawdziwość listów. A nad
całą sprawą unosi się smutny cień przedziwnej kobiety. Samotnej, zbiedzonej,
znerwicowanej i wpędzonej w samobójczą śmierć przez tragiczny splot osobistych
udręczeń. Cień Pauliny Czernickiej – przypuszczalnej autorki niezwykłego
apokryfu. W roku 1990 Maria Gordon Smith i George R. Marek wydali w USA
biografię Chopina, w której relacjonują ocenę profesora Ordwaya Hiltona –
rzeczoznawcy Amerykańskiego Stowarzyszenia Badaczy Kwestionowanych Dokumentów.
No i mamy tutaj nie lada rewelację – mianowicie profesor niektóre z tekstów
uznał za autentyczne. Oto jeden z nich, niezwykle ważny. Pisze Chopin:
"Mickiewicza widuję – onegdaj był u mnie. Zmienił się bardzo. Tak sponurzał, że
go ani piosenkami naszymi, ani Filonem jak dawniej rozruszać nie mogę. Wiem, po
co przychodzi i zaraz grać siadam, każąc wszystkich od drzwi odprawić, że to
niby mam lekcje… Ostatnio bardzo długo mu grałem, bojąc się na niego oglądnąć,
a słyszałem, że płacze. Jak wychodził, sam pomogłem mu się ubrać. Mickiewicz za
głowę mię ścisnął najczulej, a w czoło mocno pocałował, pierwsze tego wieczora
wymówiwszy słowa: ‚Bóg Ci zapłać, przeniosłeś mię…’ – nie dokończył, bo łzy go
za gardło ścisnęły. I tak pasując się z tym płaczem, wyszedł".
Trudno się oprzeć pokusie, by nie zacytować dwóch innych listów, mimo że ich
autentyzm został zakwestionowany. A przecież są tak bardzo zbliżone do
stylistyki Chopina: "Kiedy do piekła trafię – pisze Fryderyk – to może uda mi
się jakiegoś diabła namówić, żeby wziął tęgi fidybus i na świat poszedłszy,
wszystkie po mnie pamiątki popalił. Nie chcę, żeby w muzeum kto moje stare
portki admirował. To, co mam najlepszego – dzieła moje – to daję, a wszystko
insze nikogo interesować nie powinno".
Szczęśliwie żaden diabeł wielu pamiątek po Chopinie nie popalił, poza oczywiście
diabłami moskiewskimi, którzy podczas Powstania Styczniowego wyrzucili z
mieszkania jego siostry Izabeli na Krakowskim Przedmieściu fortepian należący do
jej brata. Jak pamiętamy, stało się to inspiracją genialnego wiersza Cypriana
Kamila Norwida "Fortepian Chopina". A w zespole rzekomych listów do Delfiny mamy
także Norwida! Oto, co pisze o nim Chopin w liście, który także chcielibyśmy,
iżby był autentyczny: "Norwid był u mnie, kocham go i bardzo szanuję, to jeden z
prawdziwych artystów i mój człowiek. Grałem mu i gadaliśmy długo. Między innymi
dowodził mi gorąco, że tak jak człowiek to i naród nigdy się nie zmienia –
zawsze ma te same wady i zalety. Niemcy – Krzyżacy – tak samo chytrzy, podli i
okrutni byli, jak i Niemcy dzisiaj. Moskale dzicy i krwiożerczy wobec podbitego
narodu, płaszczą się pod knutem cara. A i my swoich wad nie tracimy –
warcholstwo, brak zgody, prywata, co nas w niewolę strąciły, jeżeli się cudem
dźwigniemy, gotowe strącić znowu. Słuchałem go jak ponurego proroka… Pociechy
szukałem w naszym polskim ‚lepiej kiedyś będzie’… Potem ‚Jeszcze Polska’
zagrałem i popłakaliśmy się obaj".
I mamy jeden jedyny zachowany list pani Potockiej do Chopina. Pisany dość
chropawą polszczyzną (Krasiński wielokrotnie błagał Delfinę, by pisała po
polsku, a nie po francusku), jest pełen melancholii, przemijania i pożegnania:
"Kochany Panie Chopin! Zostać nie mogę w niewiedzy o Twoim zdrowiu. Jak Ci jest
na siłach, piersiach, dusznościach (…). Przykro mi czuć, żeś tak osamotniony w
chorobie i smutku (…). Jakoś i mnie nie poszczęściło się na świecie. Bóg Cię
strzeż, kochany panie Chopin".

"Strasznie, ale to strasznie kocham!"

"Twoja siostra tyle była grzeczna, że mi swoją kompozycję przysłała. Ucieszyło
mnie to niewymownie i zaraz tego samego wieczoru improwizowałem w jednym z
tutejszych salonów na ładniuchny temat owej Maryni (…), z którą się to w (…)
domu za dawnych czasów po pokojach goniło… A dziś! Pozwalam sobie przesłać
mojej cenionej koleżance pannie Marii walca, który niedawno wydałem (…). Ukłoń
się bardzo elegancko i z uszanowaniem, zadziw się i powiedz po cichu: Mój Boże!
Jak to urosło!" – pisał Fryderyk Chopin 18 lipca 1834 roku do Feliksa
Wodzińskiego, wysyłając list do Genewy. Kim była ta "ładniuchna" Marynia? Maria
Anna Józefa i w dodatku Nepomucena Wodzińska miała wówczas lat piętnaście.
Urodziła się w zamożnej rodzinie szlachty na Kujawach, była córką pani Teresy i
Wincentego Wodzińskich, a wnuczką Włoszki z pochodzenia Kassyldy Orsetti, po
której podobno odziedziczyła temperament i upór. Trzej bracia panny Maryni byli
pensjonariuszami w domostwie Justyny i Mikołaja Chopinów. Obie rodziny łączyła
znajomość, wszakże dość daleka od więzów przyjaźni. Należy bowiem pamiętać, że
pan Wincenty Wodziński miał prawo do hrabiowskiego tytułu i rad się odwoływał do
swoich praprzodków, którzy pono przybyli do Polski ze świtą królowej Bony…
Panna Maria odznaczała się talentami charakterystycznymi dla panienek tamtych
czasów – próbowała komponować i jeden ze swych utworów odważyła się właśnie
posłać za pośrednictwem brata Chopinowi. Malowała i śpiewała…
I stała się wielką miłością Juliusza Słowackiego, adresatką i bohaterką jednego
z najwspanialszych poematów miłości, jakim są strofy "W Szwajcarii"…

Pójdziemy razem na śniegu korony!
Pójdziemy razem nad sosnowe bory…
Pójdziemy razem, gdzie
trzód jęczą dzwony,
Gdzie się w tęczowe ubiera kolory
Jungfrau i słońce złote ma pod sobą.
O moja luba! Tam pójdziemy z tobą!

Słowacki urzeczony był panną Marynią, ale złośliwie i trzeźwo oceniał jej
romantyczną egzaltację: "Panna Maria W. (…) zapłynęła w kraj ideału – i marzy
o pustelniczym domku – nad rzeczką – o czarnej sukience, o lekarstwach dla
chłopów, o topolach szumiących nad pustelnią – i nareszcie o spowiedzi, którą ma
odbyć przed pewnym mnichem…
Tym mnichem-kartuzem mam być en personne ja! – nie kto inny. Dowodzę jej jednak,
że jakiś pan podkomorzyc w krainie Lachów, dobrze opatrzony w szlachecką
układność, talenta, wąsy, podkówki i ostrogi, wybije z głowy pustelniczy domek,
a ja nie będę mógł (…) zdobyć lilijowej duszy dla aniołów…". To żartobliwe
proroctwo sprawdzi się w przyszłości co do joty.
Wiosną roku 1838 Słowacki donosił matce: "Mówią, że się Chopin z Marią
Wodzińską, a niegdyś moją Marią, ożenił – może poszła za niego trochę z
przyjaźni dla mnie, bo mówią ludzie, że Chopin do mnie jak dwie krople wody
podobny…".
Nie bardzo możemy sobie wyobrazić, by jasnowłosy Chopin przypominał
kruczoczarnego bruneta, jakim był autor "Kordiana". Wiemy natomiast doskonale,
skąd wzięła się wieść o ożenku Fryderyka z Marią. W sierpniu 1835 roku Fryderyk
Chopin spotkał się po pięciu latach rozstania z ukochanymi rodzicami w
Karlsbadzie (dzisiejszych Karlovych Varach) – o czym opowiadaliśmy w pierwszym
odcinku. Pełen jeszcze wzruszeń i wspomnień rodzinnego szczęścia, wracając przez
Drezno, spotkał się z rodziną państwa Wodzińskich, którzy powitali go bardzo
serdecznie. Znalazł w ich domu namiastkę tej aury miłości, pogody i polskości,
której tak mu będzie zawsze w Paryżu brakowało.
Siostra Marii – Józefa z Wodzińskich Kościelska, zostawiła obszerne wspomnienia.
Opisuje w nich melancholijny dzień, gdy żegnali Chopina, a on ofiarował wówczas
Marii walca, który nazwała "pożegnalnym". Panna Maria wyjęła z bukietu róż
stojących na fortepianie najpiękniejszą i podała Fryderykowi. Zaraz też pobiegł
do Paryża jej list: "Kiedy nas pan opuścił, wszyscy chodziliśmy smutni, z oczami
pełnymi łez, po tym salonie, gdzie kilka minut temu należał Pan jeszcze do
naszego grona (…). Matka ze łzami przypominała nam co chwilę jakiś szczegół z
pobytu ‚swego czwartego syna, Fryderyka’ (…). Nikt nie jadł obiadu: ciągle
spoglądaliśmy na Pana zwykłe miejsce przy stole, a potem również na kącik Frycka
(…)". I w post scriptum panna Marynia dodaje, że ołóweczek, który Chopin
zapomniał na fortepianie, "chowamy, z uszanowaniem, jak relikwię".
Jeden z czterech braci panny Marii – Antoni, którym Chopin będzie się z oddaniem
opiekował, pisał w październiku 1835 roku z Paryża, że Fryderyk, dowiedziawszy
się, iż pisze list do rodziny, "wstaje od fortepianu i mówi: ‚Powiedz tam, że
ich wszystkich strasznie, ale to strasznie kocham!’".
W rok potem, latem 1836 roku Chopin wyjechał do uzdrowiska Marienbad, by spotkać
się z paniami Wodzińskimi.
Panna Maria namalowała w Marienbadzie portret Fryderyka – udany. I szczęśliwie
ocalony – mogą go Państwo podziwiać w Muzeum Narodowym w Warszawie. Namalowany
został z myślą, że Maria ofiaruje go rodzicom Fryderyka, co też uczyniła. A
państwo Justyna i Mikołaj Chopinowie uznali go za ogromnie podobny. Ci, którzy
podziwiali ten portret, a znali Chopina, komentowali go: "Tak, to on, istna
mimoza". Panna Maria portretowała go pędzlem, a on ją tonami. Podobno Etiuda
f-moll op. 25 nr 2 ma być właśnie muzycznym wizerunkiem panny Marii. A jak
wyglądała naprawdę? Ferdynand Hoesick w swoim wielotomowym dziele o Chopinie
stwierdza: "Ci, co ją znali, wyrażają się zgodnie, że piękną nie będąc nigdy,
zdawała się więcej niż piękną, bo jej postać otaczał niepojęty czar. Brunetka, o
matowej cerze Włoszki, o prześlicznych czarnych oczach, które pełne ognia i
życia, o wydatnych rysach twarzy (nos był trochę za duży) i ustach
zmysłowych…". Bratanek panny Marii – Antoni Wodziński, który popełnił dzieło
"Les trois romans de FrÝderic Chopin", opisując trzy romanse Fryderyka, kreśli
wizerunek urzekającej piękności: "Oczy czarne, płonące ogniem południa. Włosy
krucze, jedwabnymi zwojami do samych stóp spadające. W uśmiechu czar kwiatu i
powab motyla. Lica podobne do alabastru…". A imienniczka naszej bohaterki,
pani Maria z Przezdzieckich Walewska, która świetnie znała pannę Wodzińską,
przekazała nam zgoła odmienny portret: "Maria żadnym blaskiem nigdy nie
świeciła. Szpetną była. Cera żółta, ospowata, oczy małe, rysy rozlane,
małomówna…". I bądźże tu człeku mądry! Mamy autoportret panny Marii, dokładnie
z roku Chopinowskiego 1835, ukazujący pyzate dziewczątko z przyklepanymi i
prawie przyklejonymi do policzków włosami. Niezależnie od tego, czy miała cerę
alabastrową czy ospowatą, musiał być w tej dziewczynie naprawdę jakiś czar,
skoro właśnie w onym Marienbadzie Fryderyk Chopin wrześniową szarą godziną
zmierzchu oświadczył się – przede wszystkim, jak to było we zwyczaju, matce –
pani Teresie Wodzińskiej.

"Moja bieda"

Niestety, potencjalną teściową akurat srodze bolały zęby, więc też i odpowiedź,
jaką dała, była dość nijaka. 14 września 1836 roku pani Teresa pisze
Fryderykowi: "Odżałować nie mogę, żeś odjechał (…) w dniu tym byłam cierpiąca,
nie mogłam się dość zająć szarą godziną (…). Adieu! Chodź spać o jedenastej
(…), używaj za napój l’eau de gomme (…). Bądź zdrów, kochany Frycku,
błogosławię Cię z duszy jako kochająca Cię matka! (…). PS Maria przesyła Ci
pantofle. Są troszkę duże, ale dodaję, abyś wełniane nosił pończochy (…), a
wnoszę, że będziesz posłuszny, wszak żeś obiecał. Wreszcie zważ, że to jest czas
próby".
Panna Maria pisze po francusku: "Jesteśmy niepocieszeni po wyjeździe Pana;
Ostatnie trzy dni wydawały się nam wiekami; Czy Panu także? Czy odczuwa Pan choć
trochę brak swych przyjaciół? Odpowiadam za Pana: tak". I już po polsku:
"Pantofle skończone, posyłam je. Co mnie martwi, to że są za duże (…)
carissimo maestro (…)". I znowu po francusku: "Doktor pociesza mnie, mówiąc,
że będą dobre, gdyż powinien Pan nosić w zimie bardzo ciepłe, wełniane pończochy
(…). Do widzenia mój najdroższy mistrzu, (…) do widzenia, do widzenia, do
widzenia! Trzeba mieć nadzieję".
Niestety, ta nadzieja okazała się dość krucha, o czym mówi zirytowana reprymenda
pani Teresy Wodzińskiej: "Uważałam z listu Twego, że tylko przyrzekasz święcie
dopełnić rozkazów moich, kłamiąc, bo nic, ani czyli wełniane pończochy do
pantofli nosić będziesz, ani czyli przed 11-tą spać się kłaść będziesz, nie
piszesz". I datowała niedoszła teściowa znamiennie: "Drezno, 2 października 1836
roku szara godzina". A niedoszły zięć odpowiadał z powagą: "Najłaskawsza Pani.
Jak Panią szanuję, nie kłamię, tylko o pantoflach myślę i gram na szarą
godzinę". Już widzimy w za dużych kapciach na wełnianych pończochach
największego eleganta paryskich salonów, który takie dyspozycje zwykł
przyjaciołom wydawać: "Pójdź do mojego krawca i każ mu natychmiast zrobić portki
szare dla mnie. (…) Coś porządnego, gładkie. Także czarną, skromną, aksamitną
kamizelkę z malutkim, niekrzyczącym deseniem, coś bardzo skromno eleganckiego
(…), skromnie piękną".
Miałam to niezwykłe szczęście, że dane mi było poznać jeszcze znamienitego
znawcę Chopinowskiego żywota – profesora Artura Hedleya, który w Londynie
powitał mnie nieskazitelną polszczyzną i pokazał swoje skarby. Była wśród nich
kamizelka Fryderyka Chopina – lekka jak puch dmuchawca i haftowana przepięknie w
nasze polskie chabry… Wiemy, że Chopin ubierał się przewytwornie. Zasłynęły
jego fraki – granatowe ze złotymi guzikami, spodnie barwy perłowej i rękawiczki
niepokalanej białości. Naprawdę nie było w jego żywocie miejsca na wełniane
pończochy w kapciach, nawet haftowanych przez damę serca.
Niby-narzeczeństwo wciąż trwa. Teresa Wodzińska ze Służewa na Kujawach, gdzie
państwo Wodzińscy mieli majątek, pisze 25 stycznia 1837 roku, tytułując
familiarnie "Mój poczciwy Frycku!": "Pędzimy dni samotne na zamku, a zegar
mocniej niż kiedy bije". I kończy: "Adieu, drogi mój Frycku – szczerze Cię
kochająca". Maria także zapewnia, polecając Chopina "łasce Boskiej": "Mam
nadzieję, że nie trzeba powtarzać zapewnienia o uczuciach Pańskiej wiernej
sekretarki". Fryderyk jest obarczany przez niedoszłą teściową szeregiem zleceń.
Opieką nad synalkiem Antosiem, lekkoduchem i utracjuszem, który zaawanturował
się w jakieś działania bitewne w Hiszpanii. W Paryżu siedział Chopinowi na
głowie i pożyczał od niego pieniądze na wieczne nieoddanie. Ponadto musiał
Fryderyk zabiegać o autografy sławnych ludzi, wysyłać nuty i fortepian do
Służewa. 18 czerwca 1837 roku wzdycha: "A w Służewie, czy piękne lato, czy dużo
cienia? Czy można usiąść pod drzewami i malować?". A w Służewie sylwetka
Fryderyka Chopina odchodziła w cień. Ostatnie listy, jakie przyszły stamtąd, są
już widomym znakiem pożegnania się z "szarą godziną".
Ostatni list pochodzi z wiosny roku 1838. Jest już bez tytułu, bardzo
konwencjonalny i zasadniczy: "Daruj dobry Fryderyku, że tak przerywam Twoje
milczenie, ale potrzeba że dowiedzieć się o zdrowiu Twoim (…). Niech Cię Bóg
błogosławi…". I to już koniec.
Przyszła taka szara paryska godzina, kiedy Fryderyk Chopin wszystkie listy wraz
z ususzoną drezdeńską różą włożył do koperty, na której napisał dwa słowa: "Moja
bieda".

"Podkomorzyc w krainie Lachów"

15 lipca 1841 roku odbyło się w Służewie huczne wesele panny Marii Wodzińskiej.
Poślubia ona młodszego od niej o lat kilka Józefa Skarbka, syna tego samego
hrabiego Fryderyka Skarbka, w którego domostwie w Żelazowej Woli poznali się
rodzice Fryderyka, tego samego, na cześć którego otrzymał swe imię. Ukochana
siostra Chopina – Ludwika – tak oto komentuje gorzko ten mariaż: "Najdroższy
Fryciu, dziwne rzeczy dzieją się na świecie (…). Józio więc żeni się z
Marynią, Marynia idzie za Józia (…). Każdy dziwi się temu mariażowi (…).
Hrabia Józio (…) ma do 400 000 tysięcy i dobra w sąsiedztwie panny (…).
Niech im Bóg szczęści i nie pamięta".
Bóg może nie pamiętał, ale też nie szczęścił. Małżeństwo okazało się bardzo
nieudane i hrabina Maria z Wodzińskich Skarbkowa doprowadziła do unieważnienia
małżeństwa! Powodem było nie tylko nieszczęśliwe pożycie z mężem, lecz także
fakt, że pani hrabina po raz pierwszy w życiu zakochała się naprawdę w bardzo
przystojnym, młodym dzierżawcy – niejakim panu Władysławie Orpiszewskim.
Spełniło się całkowicie proroctwo Słowackiego – pan Władysław był typowym
"podkomorzycem dobrze opatrzonym w szlachecką układność, talenta, wąsy, podkówki
i ostrogi". I była z nim szczęśliwa.
Jeszcze do niedawna istniał na Kujawach, nieopodal Izbicy Kujawskiej,
prześliczny stary dworek w Zgłowiączce. To tutaj właśnie mieszkał człowiek,
którego naprawdę kochała Maria. To tu rosła piękna sosna płacząca, o której
mieszkańcy mówili, że drzewo rozpacza, bo "szara godzina" Marii i Fryderyka
okazała się "moją biedą".
 

Barbara Wachowicz

drukuj