„Sercem Polak” – opowieść o Fryderyku Chopinie (8) Maestro i Pani Domu

"Otóż i na miejscu. Po tygodniowej podróży. Doskonale zajechaliśmy.
Wieś piękna; słowiki, skowronki…" – pisał Fryderyk Chopin do
przyjaciela, Wojciecha Grzymały, z Nohant 2 czerwca 1839 roku. Pani
George Sand westchnęła z ulgą w liście do przyjaciółki: "Jestem znów u
siebie, w najwyższym stopniu zachwycona możnością wypoczynku po życiu w
otoczeniu kufrów i oberż, które od sześciu miesięcy wiodłam na lądzie i
morzu. Mam wrażenie, po prostu jakbym dostała się do raju". Ten raj to
rezydencja wiejska pani George Sand, zwana szumnie "Le chateau de
Nohant". Była to elegancka, wygodna willa, położona w pięknym ogrodzie,
w klimacie ożywczym i łagodnym. Przetrwała do dziś. Chopin spędził w
Nohant wiele pięknych i twórczych lat.

Po latach zażyłości i uczucia Chopin będzie tytułował George zawsze per
pani, a pisał o niej – Pani Domu. Ona zaś będzie traktowała go jak swoje
trzecie dziecko…

"Był to Chopin!"
"Kochane Dziecko, przyjechałam w południe bardzo zmęczona…" – zaczyna
doń jeden z listów w czasie krótkiego rozstania. A kończy go słowy:
"Dobranoc Chip-Chip, dobranoc. Kochaj swoją staruszkę, jak ona kocha
Ciebie". A Chopin odpowiada z serdeczną galanterią: "Niech Pani nie
przestaje myśleć o swoich starych, bardzo starych znajomych, którzy
oczywiście nie myślą o niczym innym, jak tylko o Pani. Wszystko, co Pani
robi, musi być wielkie i piękne…".
Wspominając Nohant w swej autobiografii, George Sand pisze: "Wszystko
się układało bardzo dobrze i pomyślałam, że Chopin mógł odpocząć i
podreperować zdrowie, spędzając u nas czas w lecie, jego praca wzywała
go bowiem nieodzownie na zimę do Paryża. Jednakże perspektywa takiego
rodzinnego związku z nowym w moim życiu przyjacielem dawała mi dużo do
myślenia. (…) Jakiś lęk zawładnął moim sercem, gdy miałam przyjąć na
siebie ten nowy obowiązek. Nie byłam już omamiona namiętnością, wobec
artysty odczuwałam macierzyńskie uwielbienie. (…) Byłam jednak
zdecydowana nigdy nie ulegać wpływom, które mogłyby mnie odciągnąć od
dzieci. Widziałam niebezpieczeństwo nawet w czułej przyjaźni, którą
wzbudzał we mnie Chopin. (…) Przeznaczenie nakładało nam więzy
długotrwałego związku i oboje wstąpiliśmy weń, nie zdając sobie z tego
sprawy".
Początkowo więzy te żadnemu z nich specjalnie nie ciążyły. Każdego lata
Chopin będzie gościł w Nohant. Odbywano romantyczne spacery – Chopin na
grzbiecie oślicy, którą specjalnie dla niego nabyła pani George Sand.
Wspominała te chwile z sympatią: "Zabierałam całą moją gromadkę na
wycieczkę i po dniach włóczęgi w słońcu i deszczu przyjeżdżaliśmy
roześmiani i wygłodzeni… Chopin zdawał się odradzać, odżywał,
młodniał…".
Uczestniczono w wiejskich zabawach, słuchając ludowej muzyki. A Chopin
wymyślił teatr amatorski. Jedną z jego fenomenalnych zdolności była
umiejętność naśladownictwa różnych postaci. Pisała George: "Poprawiał
włosy i krawat i ukazywał się nagle przeobrażony we flegmatycznego
Anglika, uprzykrzonego staruszka, w sentymentalną i śmieszną Angielkę
lub chciwego handlarza".
Ale najważniejsze i najpiękniejsze były chwile, kiedy zaczynał grać swe
utwory. Czytamy we wspomnieniach George: "Chopin improwizuje.
Rozbrzmiewa nuta niebieska i jesteśmy pośród błękitu przejrzystej
nocy… Słyszymy słowika…".
Najpiękniejsze świadectwo pogodnych dni w Nohant pozostawił genialny
malarz, autor najpiękniejszego portretu Chopina – Eugeniusz Delacroix:
"Miejscowość jest urocza i trudno o milszych gospodarzy domu. Zbieramy
się przy stole, przy bilardzie, wychodzimy na spacery. Przez otwarte na
ogród okno dochodzą mnie zmieszane ze śpiewem słowików i zapachem
różanego kwiecia przesycone melodie muzyki Chopina, bo ten nie przestaje
tutaj pracować…".
George Sand zawdzięczamy opis żmudnego trudu, z jakim powstawały
Chopinowskie arcydzieła: "Nie zawsze można go było nakłonić do
porzucenia fortepianu, który częściej był jego udręką niż radością. To
był najboleśniejszy trud, nieustanne pasmo wysiłków, wahań, odruchów
zniecierpliwienia, by uchwycić swą muzyczną ideę. Żal, że nie jest ona
jego zdaniem wystarczająco jasna, wtrącał go w rozpacz. Całymi dniami
zamykał się w swoim pokoju, płakał, łamał pióra, powtarzał i zmieniał
setki razy jeden takt, zapisywał go i wymazywał, a nazajutrz zaczynał
wszystko od nowa, z drobiazgowym beznadziejnym uporem. Przesiadywał
sześć tygodni nad jedną stronicą. A jednak tylko w Nohant tworzył".
Napisze przyjacielowi 20 października 1841 r.: "Dziś skończyłem Fantazję
– i niebo piękne, smutno mi na sercu".
Ta fantazja to oczywiście Polonez – Fantazja. W Nohant powstają takie
arcydzieła Chopina jak Barkarola, Ballady As-dur i f-moll, Nokturny i
Sonata wiolonczelowa g-moll. Pisze Chopin: "Z mojej sonaty z wiolonczelą
raz kontent, drugi raz nie, w kąt rzucam, potem znów zbieram. (…) Mam
trzy nowe Mazurki, nie myślę, żeby ze starymi dziurami. Ale na to trzeba
czasu, żeby dobrze sądzić. Czas to najlepsza cenzura, a cierpliwość to
największy nauczyciel".
O tych Mazurkach pisała George Sand do Delacroix: "Chopin skomponował
dwa przepiękne Mazurki, które są warte więcej niż czterdzieści romansów
i wyrażają więcej niż cała literatura wieku…".
I w Nohant powstaje najsławniejszy Polonez Chopina – Polonez As-dur, o
którym napisano, że gdy się go słucha, widzi się przepyszny korowód
staropolski hetmanów, wojewodów i kasztelanów, strojnych w atłasowe
kontusze, sobolowe kołpaki, z karabelami przy boku. Uczestnicy Powstania
Listopadowego odczytywali we frazach tego niezwykłego utworu uczucie
zapału, którym byli ogarnięci, gdy szli w bój pod Olszynką Grochowską.

Chopin bardzo rzadko koncertował publicznie, toteż wiadomość, że wystąpi
w sali koncertowej Pleyela 26 kwietnia 1841 roku, zelektryzowała cały
arystokratyczny Paryż. George Sand pisała żartobliwie do znakomitej
śpiewaczki i wielkiej przyjaciółki Chopina, Pauliny Viardot: "Wielka
grandissime nowina, mały Chip-Chip daje ogrrromny koncert. Przyjaciele
tak długo kładli mu to do głowy, że dał się wreszcie przekonać. Zaledwie
wypowiedział fatalne tak, kiedy wszystko dokonało się, jak za
dotknięciem czarodziejskiej różdżki: trzy czwarte biletów rozprzedano
jeszcze przed ogłoszeniem koncertu. Wówczas zbudził się jakby ze snu i
trudno o coś bardziej zabawnego, bardziej zalęknionego i
niezdecydowanego, niż Chip-Chip, który nie może już zmienić zdania. Nie
chce afiszów, nie chce programów, nie chce tłumnej publiczności, nie
chce, by o tym mówiono. Tyle rzeczy go przeraża, że proponuję mu, by
zagrał bez audytorium i na niemym fortepianie".
Franciszek Liszt zdawał relację z tego niezwykłego wydarzenia: "Salony
koncertowe w domu Pleyela jarzyły się niezwykłym blaskiem. (…) Z
powozów wysiadały najpiękniejsze kobiety, najelegantsza młodzież,
najsławniejsi artyści, najbogatsi finansiści (…) sama najwyższa
arystokracja rodu, majątku, talentu i piękności. (…) Ostrzono sobie
słuch i natężano całą uwagę, byle tylko nie uronić jednego akordu,
jednej nutki. (…) Ten, dla którego zgromadzono się tak licznie, żeby
go słuchać, podziwiać i oklaskiwać, był nie tylko doskonałym wirtuozem,
nie tylko artystą wielkiego rozgłosu, ale tym wszystkim razem i jeszcze
czymś więcej – bo był to Chopin". Na widowni obok członków rodziny
królewskiej i plejady arystokratek, wśród której Chopin miał tyle
uczennic, pojawiła się przede wszystkim arystokracja ducha – był Adam
Mickiewicz, był Heinrich Heine, był Eugeniusz Delacroix, książęta
Czartoryscy, a także przyjaciele serdeczni – Julian Fontana, Wojciech
Grzymała, Stefan Witwicki. Prasa francuska zamieściła entuzjastyczne
recenzje: "Chopin jest par excellence fortepianistą uczucia. Można go
nazwać twórcą nowej szkoły gry fortepianowej i twórcą nowej szkoły
kompozycji. Niczego nie można przeciwstawić oryginalności, szlachetności
i wdziękowi jego utworów. A żeby należycie ocenić Chopina, trzeba mieć
duszę gotową dla wrażeń subtelnych i uczuć poetycznych".

"Śniło nam się, że widzieliśmy Ludwikę…"
Z Nohant biegły listy Chopina do dwóch wiernych przyjaciół Polaków,
którzy z oddaniem, wytrwałością i cierpliwością realizowali wszystkie
jego polecenia. Do Juliana Fontany pisał 25 września 1839 roku, dając mu
dyspozycje, jak ma być urządzone jego nowe mieszkanie, które Fontana
wyszukał mu w Paryżu. Na wstępie Fryderyk dziękuje za "poczciwą,
przyjacielską, nie angielską, ale polską duszę". Następnie prosi go o
wybór tapet: "Wybierz papier, jak dawniej u mnie był, tourterelle
(perłowy), tylko świecący (…) na oba pokoje i zielony (…) sznur na
szlak. (…) Wolę gładko, najskromniej i czyściuchno. (…) Przewąchaj
jakiego służącego – jeżeli jaki Polak poczciwy, porządny. (…) Materac
elastyczny mojego łóżka trzeba kazać naprawić, jeżeli niedrogo – jeżeli
drogo, to nie potrzeba. Każ wszystko dobrze wytrzepać". List podpisuje:
"Stary z dłuższym niż kiedy nosem".
Cztery dni później, 29 września 1839 roku, biegnie do Fontany następny
list z dyrektywami: "W przedpokoju każesz zawiesić firanki szare, w
sypialnym też…".
W innych listach do Fontany jawi się wykwintniś proszący: "Kupisz mi u
Houbigant Chardin mydło benjoin, dwie pary rękawiczek szwedzkich, flakon
patchouli, flakon bouquet de Chantilly. W Palais Royal (…) spytasz,
czy nie mają rączki ze słoniowej kości do drapania sobie głowy (…).
Wyszukaj ten figiel i przyślij (…). Znajdziesz w szafce u góry butelkę
blaszaną, płaską obszytą we flanelę, co się na brzuch przykłada z ciepłą
wodą, także poduszkę nową nadymaną. (…) Idź do mojego kapelusznika na
rue de Mont Blanc i każ mu zrobić kapelusz, on zawsze mi kapelusze
robi". Ale jawi się też i gorzka, acz wpół żartobliwa nuta: "Stara, łysa
głowa Twoja niech się spotka ze zwiędniałym nosiwem moim i zaśpiewajmy
sobie: Niech żyje Krakowskie Przedmieście! (…) Każ także, moje
kochanie, w nowym mieszkaniu, żeby mi żadne czarne myśli ani duszące
kaszle nie przychodziły – pomyśl, żebym był dobrym – i zmieć mi, jeśli
możesz, wiele epizodów przeszłości. Nieźle by było także, żebym kilka
lat wielkiej ukończonej pracy zastał. Twój Stary".
Wiosną 1844 roku dotyka Fryderyka Chopina wielki cios – 3 maja umiera
jego ojciec, który jeszcze niedawno pisał doń serdecznie: "Żyjemy sobie
pomalutku, tylko nasze serca pozostały wciąż takie same, zachowują całą
swoją moc, by kochać nasze dzieci. Składamy dzięki niebiosom, że
obdarzyły nas dobrymi dziećmi".
Po jego śmierci napisał do Fryderyka długi list mąż jego siostry
Izabeli, Antoni Barciński: "Zaklinam Cię, Najdroższy Bracie, na pamięć
Ojca i miłość dla żyjącej Matki i Sióstr, uspokój swój żal. Pocieszaj
się tą myślą, że naszego Ojca wszyscy wielbili, czcili i kochali. (…)
Matka nasza droga, straciwszy starego swego Przyjaciela, całym sercem i
duszą ku Tobie się zwróciła. (…) Ojciec codziennie powtarzał: Bóg Was
błogosławić będzie. Kochajcie się zawsze, szanujcie się".
George Sand pisze do pani Justyny Chopinowej 29 maja 1844 roku: "Nie
zdołam niczym bardziej pocieszyć najlepszej matki mego kochanego
Fryderyka, niż zapewnieniem o męstwie i opanowaniu tego podziwu godnego
dziecka. Pani wie, jak głęboki jest jego ból i jak cierpiąca jest jego
dusza, lecz dzięki Bogu nie jest chory, a za kilka godzin udajemy się na
wieś, gdzie wypocznie po tym strasznym przejściu. Myśli tylko o Pani, o
swych siostrach, o wszystkich swoich, których kocha tak gorąco. (…)
Nie mogę odjąć mu tego cierpienia, lecz mogę dbać o jego zdrowie i
otaczać go takim przywiązaniem i troskliwością, jakby to czyniła Pani
sama. Jest to najmilszy obowiązek i jestem szczęśliwa, że mogę wziąć na
siebie".
Matka Fryderyka odpowiada listem datowanym 13 czerwca 1844 roku:
"Składam Pani serdeczne dzięki za wzruszające słowa, ukoiły nieco moją
biedną, umęczoną smutkiem istotę. (…) Po ciosie, który mnie spotkał,
myślałam tylko, że to drogie dziecko samotne w dalekim kraju, o tak
wątłym zdrowiu, a tak kochającym sercu, będzie niechybnie zdruzgotane
(…) cierpiałam, że w tej strasznej chwili nie mogę uścisnąć
najukochańszego syna i pomóc mu podźwignąć go z rozpaczy. (…) Pani
dobrze zrozumiała, co się we mnie dzieje, trzeba było serca matki, by to
odczuć (…) tak więc matka Fryderyka dziękuje Pani i powierza swe
ukochane dziecię matczynej pieczołowitości. Niech Pani będzie jego
aniołem opiekuńczym…". Aniołem opiekuńczym Fryderyka stała się jego
ukochana siostra Ludwika, która przyjechała do Nohant i spędziła z
bratem niezapomniane tygodnie po tylu latach rozstania. Dzięki niej mógł
odetchnąć ojczystym powietrzem. Czym było to spotkanie, świadczy
rozdzierające westchnienie Chopina: "A więc śniło nam się, że
widzieliśmy Ludwikę". Wkrótce potem donosi siostrze: "Moje kochanie,
posyłam Ci piosneczki, coś słyszała jednego wieczora, Solange, która Cię
kazała uściskać (…) przepisała Ci z pamięci słowa, a ja muzykę" –
pisał 18 września 1844 roku. Wiele tygodni Chopin będzie żył
wspomnieniem chwil przeżytych z siostrą. Ileż tęsknoty zawierają te
słowa: "Dziś śniliście mi się (…). Często, jak wejdę do Waszej
stancji, szukam, czy czego nie ma po Was i widzę to miejsce przy
kanapie, gdzieśmy czekuladę pijali (…). U mnie w pokoju na stole leży
haftowanie Twoje owego pantofelka (…) i na fortepianie ołóweczek mały,
który był u Ciebie w pugilaresiku". Smutne, ściskające serce
pamiąteczki. Pani Sand napisze: "Ludwiko ukochana, żyjemy tylko Tobą od
czasu Waszego wyjazdu. Możesz sobie wyobrazić, jak Fryderyk cierpiał z
powodu rozstania. Ale gdy doznaje się przez miesiąc tyle szczęścia,
niemożliwe, ażeby coś z tego nie zostało, żeby wiele ran się nie
zabliźniło i żeby się nie zdobyło zapasu nadziei i ufności w Bogu.
Zapewniam Cię, iż jesteś najlepszym lekarzem, jakiego Fryderyk miał
kiedykolwiek, gdyż wystarczy zacząć mówić o Tobie, ażeby mu wrócić chęć
do życia".

"Zaczynam mój młyn"
Co wiemy o Chopinie jako nauczycielu muzyki? Przecież z tego żył. I
pracował bardzo ciężko. Dawał niejednokrotnie pięć do sześciu lekcji
dziennie. Honorarium wynosiło 20 franków za godzinę, co było ceną
niemałą, ale bardzo często udzielał niezamożnym rodakom lekcji za darmo.
Uczył zakochane w nim Szkotki, tępe baronówny, piękną żonę posła
Toskanii, uczył fenomenalnego Węgra – trzynastoletniego Karola Filtscha,
uroczą i utalentowaną księżnę Marcelinę Czartoryską. 12 grudnia 1845
roku pisał: "Już zaczynam mój młyn. Dziś tylko jedną dałem lekcję, pani
Rothschild, a dwie odprosiłem. (…) Chciałbym skończyć Sonatę,
Barkarolę i coś jeszcze, ale wątpię, żebym miał czas, bo już się rwetes
zaczyna…". Pozostała garść wspomnień o nauczycielu. Pisze Fryderyka
Müller: "Lekcje jego trwały zawsze godzinę. A zazwyczaj bywał tak
uprzejmy, że jeszcze je przeciągał. Wiele było takich niedziel, kiedy
zaczynałam grać u Chopina o pierwszej w południe, a dopiero po piątej po
południu nas zwalniał. Wtedy grał także i on. I to jak wspaniale. W
Paryżu ludzie straszyli mnie opowiadaniem o tym, jak to Chopin każe
ćwiczyć Clementiego, Humla, Beethovena i Bacha, ale nie jego własne
utwory. Oczywiście musiałam z nim ćwiczyć kompozycje wymienionych
mistrzów, ale żądał też, żebym grała nowe utwory Hillera, Thalberga i
Liszta. I zaraz na pierwszej lekcji rozłożył przede mną swe cudowne
Preludia i Etiudy". Pisze George Mathias: "Przez pięć lat byłem jego
uczniem. Jako nauczyciel był punktualny, staranny i drobiazgowy, ale
łatwo unoszący się. Raz nawet krzesło złamał w mojej obecności". No, to
już nam trudno sobie wyobrazić. Ale wiemy z zachowanych wspomnień, że
gdy miał jakieś wyjątkowo nieutalentowane uczennice, potrafił łamać
ołówki. Szczególnie jeżeli ktoś błędnie frazował. "Błędne frazowanie –
stwierdza Chopin – to tak, jakby ktoś wygłaszał tekst, którego nauczył
się w niezrozumiałym języku i robił nagle pauzy w środku słowa. To
dowodzi, że muzyka nie jest jego językiem ojczystym. A muzyka to
wyrażanie myśli przy pomocy dźwięku".
Jako nauczyciel przemówił sam. Pozostawił "Notice pour la Methode des
Methodes", czyli brulion – nieukończonej niestety – "Szkoły na
fortepian". Szesnaście kart pisanych po francusku, pełnych poprawek,
skreśleń, a także błędów ortograficznych w języku francuskim. Ale
bezbłędnych w sugestiach wirtuoza-pedagoga: "Zacznijmy od gamy, przy
której długie palce opierają się wygodnie na klawiszach – od gamy H-dur.
Ręka powinna być giętka, a kiść i przedramię przybierać kształt
zaokrąglony. Ruch przegubu ręki jest podobny do chwytania oddechu przy
śpiewie… Niech lewa ręka będzie kapelmistrzem i utrzymuje takt. Lekko!
Lekko! Nie używać siły łokcia. Ręka opada własnym ciężarem, jakby
głaszcząc klawisze".

"Lampa gaśnie"
Sojusz familijny Maestra z Panią Domu trwa. Ale barwy radosnych dni w
Nohant zagasają. George Sand pisze: "Nohant bardzo się zmieniło od
czasu, gdy były tu zabawy i śmiechy. Moja nadchodząca czterdziestka
wniosła atmosferę powagi. Poza tym z powodu smutnego stanu zdrowia
naszego przyjaciela przywykliśmy do melancholii… Lampa gaśnie. Rodzący
się świt jest szary, jak szarą zaczyna być głowa osoby, która to pisze.
Jestem bardzo smutna".
Zachowało się kilka listów Chopina do George Sand z Paryża z zimy roku
1844. "Co u Pani słychać? (…) Tutaj pada śnieg (…). Cały Pani
ogródek jest pod śniegiem, wygląda, jakby był z cukru, przypomina
łabędzia, gronostaje, ser ze śmietaną, ręce Solange i zęby Maurycego…
Suknia Pani jest z czarnej lewantyny (…). Sam ją wybrałem stosownie do
poleceń Pani (…). Proszę się szanować, nie męczyć zbytnio pakowaniem.
Jutro napiszę znowu. Pani coraz starszy, bardzo, nadzwyczajnie, nie do
uwierzenia stary…". Stary ma lat trzydzieści cztery. 5 grudnia 1844
roku pisze o swej wizycie u przyjaciół, u których jadł obiad przy
kominku w grubym surducie, obok grubego synka tychże przyjaciół. "Był
różowy, świeży, ciepły i miał gołe nóżki. Ja byłem żółty, zwiędły,
zmarznięty i miałem pod spodniami trzy warstwy flaneli. (…) Padam na
nos u Pani stóp. Wyobrażam sobie Panią rano w szlafroku, otoczoną Jej
drogimi dzieciakami, które proszę ode mnie serdecznie uściskać. (…)
Pani stary jak mumia…".
I oto nadchodzi ostatni rok Nohant. O przedwiośniu 1846 roku Pani Domu
pisze: "Nasz drogi Fryc nie jest chory i pracuje za wiele nad swoimi
lekcjami. Wkrótce porywam go ubóstwiającym uczennicom i uprowadzam do
Nohant, gdzie będzie musiał dużo jeść, dużo spać i trochę komponować".

Niestety, Chopin żali się: "Robię wszystko, co w mej mocy, aby pracować,
ale jakoś mi nie idzie. Jak tak dalej będzie, to moje utwory nie będą
przypominały nawet dźwięku tłuczonej porcelany. Muszę się z tym
pogodzić". "Co się Jutrzenki tycze – wielka mgła wczoraj była, dziś się
słońca spodziewam". Niewiele promieni miała już mu Aurora-Jutrzenka
udzielić. Napisała co prawda jeszcze ludową powieść, uroczą sielankę,
pod nie uroczym tytułem "La mare au diable", czyli "Diabla kałuża", o
której Delacroix powiedział: "Jest to jedno z Pani arcydzieł – piękne i
proste. Miała Pani dobrą myśl, dedykując je Chopinowi". Niestety wkrótce
potem George Sand pisze powieść "Lukrecja Floriani", w której bez
litości skarykaturowała Chopina jako księcia Karola – obsesyjnego
zazdrośnika. Pisał z przerażeniem Eugeniusz Delacroix po wieczorze,
kiedy pani Sand czytała głośno jemu i Chopinowi swą powieść. "Doznawałem
straszliwych męczarni w czasie tej lektury. Kat i ofiara jednakowo mnie
zadziwiali. Pani Sand była całkowicie niezmieszana, a Chopin nie
przestawał zachwycać się powieścią. Wyszliśmy razem i skorzystałem z
okazji, żeby wysondować jego prawdziwe zdanie. Ale on nadal z
entuzjazmem wychwalał powieść…". Oczywiście Chopin w swej
wielkoduszności dżentelmena nigdy nie przyznał, że rozpoznaje siebie w
krzywym zwierciadle z powieści "Lukrecja Floriani". Lato i jesień w
Nohant roku 1846 jeszcze były pogodne… Chopin doniósł swoim ukochanym
w Warszawie: "Tutaj piękne lato było i Pani Domu konfitury robiła z
winogron. Solange za mąż idzie za młodego, urodnego chłopaka". Ale ta
nadzieja się nie spełniła, Solange zerwała narzeczeństwo z sympatycznym
młodym szlachcicem i wyszła za mąż za miernych talentów rzeźbiarza
Augusta Clesingera, cieszącego się jak najgorszą opinią. Nawet delikatny
Chopin napisał o nim bez ogródek: "Zadłużony, brutal, bił swoją metresę,
pije, wszyscy artyści, którzy go za hetkę pętelkę w Paryżu mają,
wydziwić się nie mogą, że go Pani Sand za zięcia wybrała".
Pani Sand gorzko odpokutowała zgodę na to małżeństwo. Nohant stało się
areną niewiarygodnych, dramatycznych i obrzydliwych scen. Wymarzony zięć
rzucił się z młotem na Maurycego. George broniła pięściami ukochanego
syna, a Solange sekundowała mężowi. George Sand napisała z wściekłością:
"To diabelskie stadło wyjechało zadłużone po uszy, triumfujące w
bezwstydzie, pozostawiając pamięć skandalu. Mój Boże, czym zasłużyłam
sobie na taką córkę". Czasem tak bywa, że matki nierówno rozdają swoje
uczucia i z całą pewnością do takich należała pani Sand, faworyzując
Maurycego i chyba jednak nie kochając swej córki. Chopin pozostał wierny
swej życzliwości dla Solange, przychodził jej z pomocą, gdy oczekiwała
dziecka, smutna i chora. W liście do Solange z 5 marca 1848 roku opisał
swe ostatnie spotkanie z George: "Powiedziałem Matce Pani – Dzień dobry
– i zapytałem, czy dawno miała od Pani wiadomości. ‚Przed tygodniem’ –
odpowiedziała mi (…) w takim razie komunikuję Pani, że została Pani
babką. Solange ma córkę. Ukłoniłem się i poszedłem". Pani Sand też
opisała tę scenę: "Widziałam go przez chwilę w marcu 1848 r., ściskałam
jego dłoń drżącą i lodowatą. Chciałam z nim pomówić – wymknął się. Teraz
na mnie przyszła kolej powiedzieć, że mnie już nie kocha".
A Chopin położył tej miłości takie epitafium: "Ona ma swoją gwiazdę,
która ją prowadzi. Przy ogromnej pracy jest zdrowa. Wszyscy ją
uwielbiają – nieuboga – dobroczynna. Tylko czasem nieprawdę mówi, ale to
wolno romansjerowi. Nie żałuję, żem pomógł jej osiem lat znieść, nie
żałuję. Pani S. może mieć dla mnie tylko dobre wspomnienie w duszy,
jeśli się kiedyś obejrzy za sobą…". 

Barbara Wachowicz


 

drukuj