Mojego Syna rzucono Rosjanom na pożarcie. To boli

Z Państwem Jadwigą i Mieczysławem Ziętkami, rodzicami kpt. Artura Ziętka,
nawigatora na Tu-154M, który rozbił się na Siewiernym, rozmawia Marta Ziarnik

Jakie były Państwa pierwsze reakcje po zapoznaniu się z raportem MAK na temat
przyczyn katastrofy na Siewiernym?

Jadwiga Ziętek: – Dla mnie raport MAK był ponownym bolesnym ciosem po tym,
którego doświadczyłam 10 kwietnia. Powinnością matki jest stać w obronie
własnego dziecka i dbać o jego dobre imię od chwili poczęcia aż do śmierci. A w
moim przypadku jeszcze po śmierci. Dlatego decyduję się na rozmowę na łamach
"Naszego Dziennika", który cieszy się opinią pisma wiarygodnego, rzetelnie
ukazującego fakty. Mimo że od tragedii minęło 9 miesięcy, nadal jest mi trudno
mówić normalnym tonem, bez łez wzruszenia. Raport MAK w brutalny sposób obwinia
polskich oficerów i szarga opinię o Polakach. Dlatego nie przyjmuję tego raportu
i czekam na rzetelne wyniki międzynarodowego śledztwa, bo tylko międzynarodowi
eksperci będą w stanie przedstawić prawdę.
Mieczysław Ziętek: – Mój Syn nie był kamikadze. Bardzo kochał żonę i córeczki,
które były Jego oczkiem w głowie. Na pewno nie narażałby życia swojego i
najważniejszych osób w państwie. Jak można bezcześcić Jego imię dla swoich
spraw?! Jak Judasz za srebrniki sprzedał Pana Jezusa, tak Tatiana Anodina dla
swojej wygody i władzy oczerniła mojego Syna, całą załogę i generała Andrzeja
Błasika. Raport MAK jest bardzo krzywdzący, nieobiektywny i stronniczy.

Czy ponad dziewięć miesięcy temu, kiedy rozpoczęło się dochodzenie i
śledztwo, podejrzewali Państwo, że będą tak niemrawo prowadzone?

M.Z.: – Można to było przewidzieć już po tym, jak premier polskiego rządu od
razu i bez uzgodnienia z kimkolwiek oddał śledztwo Rosji. Kolejne dni jedynie to
potwierdzały, że należy się spodziewać co najwyżej matactw i tworzenia
niejasności, które potrzebne są do tego, aby ukryć prawdziwe przyczyny
katastrofy. I dlatego właśnie rzucono na "pożarcie" załogę tupolewa i
znajdującego się na pokładzie dowódcę Sił Powietrznych – gen. Błasika, by
odciągnąć uwagę od meritum.

Rosjanie w oficjalnym dokumencie MAK zarzucili załodze m.in. braki w
wyszkoleniu, podatność na presję, niezgranie, a co najważniejsze – że za wszelką
cenę chciała lądować.

J.Z.: – To wszystko to nic innego, jak właśnie odwracanie uwagi od rzeczywistego
problemu. Ci, którzy zarzucają pilotom Tu-154M nieprofesjonalizm itp.,
zapominają dodać, że nieliczni absolwenci dęblińskiego liceum i szkoły wyższej
wywodzą się z bardzo licznej początkowo grupy osób, którym udało się przebrnąć
przez ostre sito weryfikacyjne. I nie chodzi tylko o różnego rodzaju testy
wyczynowe, sprawnościowe itp., ale również o szczegółowe sprawdziany wiedzy i
umiejętności oraz wytrzymałości psychicznej. I dzięki właśnie tym weryfikacjom z
początkowej grupy rekrutów pozostaje zaledwie maleńki procent najlepszych,
młodzieńców najlepiej przygotowanych i nadających się do tej ciężkiej służby.

Jak ten proces weryfikacji wyglądał w przypadku Państwa Syna?
J.Z.: – Najpierw kandydaci do liceum lotniczego musieli przejść szczegółowe
badania zdrowotne – w grupie Syna na 20 badanych osób przeszły tylko dwie! Do
pierwszej klasy liceum dostało się wraz z Arturem zaledwie 32 innych chłopców.
Po pierwszym roku zostało ich już tylko 17. Z tych 17 na studia lotnicze dostało
się 5 osób, zaś po próbnych lotach zostało ich zaledwie dwóch, w tym właśnie
nasz Artur. Także z powyższego widać, że droga do lotnictwa jest naprawdę
trudna. I ta załoga tragicznego lotu była właśnie w tej czołówce najlepszych,
przez lata starannie wyselekcjonowanych pilotów. Zostali oni docenieni nie tylko
przez swoich wykładowców i przełożonych, ale i przez 36. Specjalny Pułk
Lotnictwa Transportowego, który dopuścił ich do wożenia najważniejszych osób w
państwie.

Rosjanie zarzucili, także Państwa Synowi, bardzo słabą znajomość języka
rosyjskiego i nieodpowiednie posługiwanie się urządzeniami nawigacyjnymi.

J.Z.: – Język rosyjski był jednym z języków obowiązkowych w Dęblinie i skoro mój
Syn był uczniem wzorowym, to chyba już samo to świadczy, że musiał mieć ze
wszystkich przedmiotów bardzo dobre oceny. A każdy wykładowca i były wychowanek
tego liceum czy szkoły wyższej powie pani, że na języki szkoła kładła duży
nacisk. Jeśli zaś chodzi o angielski, który jest głównym językiem obowiązującym
w lotnictwie na całym świecie, to Artek, będąc już na studiach, otrzymał
specjalne wyróżnienie za swoją świetną znajomość tego języka i w nagrodę
poleciał wraz z VIP-ami do Wielkiej Brytanii. Pamiętam, że wyjazd ten miał na
celu zakup samolotu. Także te zarzuty są dla nas po prostu śmieszne i niczym
niepoparte. Zwłaszcza że – jak się okazuje – to właśnie kontrolerzy z wieży w
Smoleńsku nie posiedli znajomości obowiązującego w lotnictwie języka
angielskiego.
Z Państwem Jadwigą i Mieczysławem Ziętkami, rodzicami kpt. Artura Ziętka,
nawigatora na Tu-154M, który rozbił się na Siewiernym, rozmawia Marta Ziarnik

Kiedy dowiedzieli się Państwo, że Artur chce latać?
Jadwiga Ziętek: – Na samym początku chciałabym zauważyć, że Artur urodził się 12
października 1978 roku, czyli w dniu, gdy był obchodzony Dzień Wojska Polskiego.
I pamiętam, jak po porodzie lekarze powiedzieli do mnie, że "urodził nam się
drugi Hermaszewski" [Mirosław Hermaszewski, gen. brygady Wojska Polskiego i
kosmonauta, 5 lipca 1978 roku jako pierwszy i jedyny Polak odbył lot w kosmos –
przyp. red.]. Te słowa zaczęły się spełniać w szkole podstawowej, gdy Artur
zaczął marzyć o lataniu. Jednocześnie cztery dni po narodzinach Artura wybrano
Karola Wojtyłę na Papieża, i dlatego otrzymał On na chrzcie św. drugie imię
Karol.
O moim Synu naprawdę nie mogę powiedzieć nic złego. Artur był naprawdę dobrym
dzieckiem, wspaniałym synem, kochającym mężem i troskliwym ojcem dla swoich
córeczek. I choć mówi się, że dzieci nie są naszą własnością i choć tak sama
wcześniej też mówiłam, to jednak muszę teraz powiedzieć, że na takie właśnie
"oddanie" ukochanego dziecka nikt nie jest i chyba nigdy nie będzie gotowy. I te
święta Bożego Narodzenia były dla nas najtrudniejsze, w dzień Wigilii byliśmy na
cmentarzu, zapalając znicze, łączyliśmy się z Synem modlitewnie. Najgorsze było
uświadomienie sobie, że już nigdy nie będzie Go wśród nas.

Artur miał wśród kolegów opinię osoby niezwykle sympatycznej i skromnej.
J.Z.: – To prawda. Artur od zawsze był osobą bardzo skromną i ta skromność do
końca pozostała. Była Jego najbardziej charakterystyczną cechą. Syn nigdy też
nie lubił mówić o swoich osiągnięciach i dlatego najczęściej dowiadywaliśmy się
o nich przypadkiem, np. od córki – o ile jej o tym powiedział. Już w szkole
podstawowej ujawniły się Jego wybitne zdolności, zwłaszcza chemiczne i
matematyczne, dzięki którym został zwolniony z egzaminów wstępnych z matematyki
do liceum. I nauczyciele oraz pracownicy poradni pedagogiczno-zawodowej, w
której badano predyspozycje Artura, wróżyli Mu karierę naukową. Jednak Syn już
wówczas postanowił, że chce latać i w tym kierunku – pomimo naszych obaw –
poszedł.
Mieczysław Ziętek: – Artur był też od dziecka bardzo ambitny i wysoko cenił
honor. Często teraz przypominają mi się słowa składanej przez Niego przysięgi
wojskowej: "służyć ojczyźnie, a nawet oddać za nią życie". I Artek tę przysięgę
wypełnił do końca, oddając swoje młode i cenne życie na służbie. Dlatego też – w
kontekście tej przysięgi – na Jego nagrobku znajdują się słowa Jana Pawła II:
"Miłość, która jest gotowa nawet oddać życie, nie ginie".

Czy jako matka może Pani powiedzieć, że służba Ojczyźnie Państwa Syna, ale i
pozostałych członków załogi, została należycie doceniona przez polskie władze?

J.Z.: – Jeśli chodzi o postawę wojska, to z czystym sumieniem muszę przyznać, że
potraktowało ono mojego Syna z pełnym uznaniem i honorami. Natomiast jeśli
miałabym odpowiedzieć na pani pytanie pod kątem tego, jak po 10 kwietnia piloci
są postrzegani przez rząd i polityków, to niestety ocena załogi jest strasznie
krzywdząca. I naprawdę trudno jest mi to pojąć i odpowiednio zdefiniować z
perspektywy tego, dlaczego tak się dzieje. Nie ulega przecież wątpliwości fakt,
że dla człowieka najważniejszą wartością jest życie. I załoga tupolewa na pewno
robiła wszystko, aby to życie – zarówno swoje, jak i swoich pasażerów – chronić.
To na pewno było ich priorytetem. Ci chłopcy to nie byli jacyś nieodpowiedzialni
szaleńcy. Tak jak już mówili w rozmowie z "Naszym Dziennikiem" państwo Lucyna i
Władysław Protasiukowie, zarówno Arkadiusz Protasiuk, Robert Grzywna, Andrzej
Michalak, jak i nasz Syn, to byli ludzie młodzi, mający kochające żony i małe
dzieci, i na pewno nie chcieli ich zostawiać.
M.Z.: – Syn dostał nawet przed świętami Bożego Narodzenia Złotą Odznakę 36.
Specjalnego Pułku Lotnictwa Transportowego za specjalne zasługi na rzecz pułku.
Zaraz też po katastrofie otrzymał Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski. To
chyba najdobitniej pokazuje, że wojsko nie uznaje pilotów za sprawców. Nie
odznacza się przecież nikogo, kto nie ma faktycznych zasług i jeśli uważa się go
za winnego. Tymczasem w całej tej kampanii mającej na celu przeforsowanie
rosyjskich tez nie podaje się faktycznych informacji i faktycznych zasług
pilotów, robiąc z najbardziej doświadczonych osób niedouczonych i nieznających
się na rzeczy laików. To jest absurd! Wiadomo, że młody pilot nie może mieć od
razu kilku tysięcy wylatanych godzin, ale to, ile czasu ci chłopcy spędzili w
powietrzu i doświadczenie, jakie w tym czasie nabyli, są niepodważalne.

Artur nie tylko latał z najważniejszymi osobami w państwie, ale uczestniczył
w różnego rodzaju misjach, był m.in. z misją na Haiti.

J.Z.: – Tak, to prawda. Artur w styczniu poleciał z dwukrotną misją na Haiti.
Były to bardzo trudne loty, każdy trwał 16 godzin i w jego trakcie były cztery
międzylądowania. Ale jeszcze jeden aspekt odegrał tu znaczącą rolę, a mianowicie
doszło wówczas do poważnej awarii ich samolotu, notabene Tu-154M 101, którym w
kwietniu polecieli wraz z prezydentem do Smoleńska w swój ostatni lot. Załoga po
tych lotach została później odznaczona przez Dowódcę Sił Powietrznych gen.
Andrzeja Błasika – który wraz z nimi 10 kwietnia zginął później w katastrofie –
medalami za realizację zadań związanych z pomocą humanitarną dla Haiti. Wracając
jeszcze do tego wcześniejszego lotu, podczas którego doszło do awarii maszyny,
to z perspektywy czasu momentami tak sobie myślę, że to był chyba taki proces
przygotowania nas do tego, czego mieliśmy doświadczyć 10 kwietnia. Bo wówczas, w
styczniu, gdy dowiedzieliśmy się o problemach technicznych samolotu, przez wiele
godzin – aż do powrotu naszych ukochanych synów, bardzo mocno się martwiliśmy i
przeżywaliśmy każdą pojawiającą się w mediach informację na ten temat. Bo jak
pojawiła się informacja o awarii, to nasze myślenie wiadomo, jakie było.

Rosjanie od samego początku przyjęli tezę o winie pilotów, polski rząd,
prokuratura nie reagowali.

J.Z.: – I dlatego to tak bardzo boli. A przecież nawet w polskich uwagach do
raportu jest potwierdzenie wydania przez kpt. Protasiuka, na wysokości 100
metrów, komendy: "odchodzimy". To świadczy więc o tym, że chcieli odlecieć,
tylko wydarzyło się coś takiego, co im to uniemożliwiło. Tymczasem obecny
prezydent podkreśla winę pilotów. Na jakiej podstawie feruje takie wyroki?
Przecież eksperci wypowiadający się na łamach "Naszego Dziennika" eksponują
doświadczenie i umiejętności dowódcy i całej załogi. Niestety, ich profesjonalne
stwierdzenia nie są brane pod uwagę przez głowę państwa.
M.Z.: – Podobnie premier, nie tylko nie stara się bronić załogi i dowieść
prawdy, ale jeszcze wypowiada się pod publiczkę Rosji, ferując różnego rodzaju
opinie już nie tyle krzywdzące, co będące w sprzeczności z prawdą i przyjętymi
procedurami wojskowymi. Mam tu na myśli m.in. wypowiedzi o statusie lotu i wieży
i wynikających z tego obowiązkach oraz o zakresie pracy rosyjskich kontrolerów.
Komentuje on także i podważa decyzje pilotów, przyjmuje rosyjskie kłamstwa jako
wyrocznię i je powiela. A przecież naprowadzanie rosyjskiej wieży było mylne i –
jak wynika z ujawnianych dokumentów – to ono przyczyniło się do katastrofy.
Ponadto jak ono [naprowadzanie – przyp. red.] wyglądało, skoro samolot był poza
kursem i ścieżką, o czym wieża nie raczyła poinformować i – jak się dowiadujemy
– przynajmniej kilometr przed lotniskiem całkowicie zniknął z radarów.

Rosyjski ton natychmiast podchwyciła, niestety, lwia część polskich mediów,
przysparzając rodzinom niewyobrażalnych cierpień.

M.Z.: – To są tego typu manipulacje, które trudno jest mi rozszyfrować. Wiem
jedynie, że pozostawiają one w społeczeństwie trwały ślad i tę manipulację
trudno będzie wymazać. Według mnie, to, o czym mówimy, jest wynikiem właśnie
takiego, a nie innego działania prezydenta i premiera. To oni nadali ton
sposobom podawania informacji o katastrofie, pozwalając też Rosji być
głównodecydującym o całym śledztwie i informowaniu o nim. Nasi rządzący
pozostawili ofiary tej katastrofy i pamięć o nich na pastwę losu, na pastwę
Rosjan. A powodem tego było dążenie do wybielenia siebie i tworzenie kampanii
wizerunkowej przed zbliżającymi się wyborami. I nie rozumiem, jak społeczeństwo
po raz kolejny dało im się zwieść.

Dziennikarze często konfrontują rodziny ofiar, nakłaniając jednych do
komentowania wypowiedzi innych. Jak odbierają Państwo te próby usilnego
dzielenia rodzin na "lepsze" i "gorsze"?

M.Z.: – To, o czym pani mówi, faktycznie jest coraz częściej zauważalne,
zwłaszcza wśród poszczególnych dziennikarzy sympatyzujących z rządem. Bez
żadnych skrupułów i pomijając zasady obiektywizmu dziennikarskiego, podjudzają
oni rodziny przeciwko sobie, kierując się w tym momencie ich politycznymi
zapatrywaniami. To jest niedopuszczalne. I między innymi dlatego nie chcieliśmy
udzielać żadnych wywiadów i komentarzy w tych mediach.

Zaraz po katastrofie poleciała Pani, razem z żoną Syna, do Moskwy na
identyfikację. Miała Pani jakieś zastrzeżenia do całej procedury?

J.Z.: – Powiem pani, że kiedy byłam w Moskwie, to raczej takich zastrzeżeń nie
miałam. Przeciwnie, odbierałam te wszystkie słowa i zapewnienia m.in. minister
Ewy Kopacz z dużą wdzięcznością, bo sprawiała ona wrażenie, jakby miała raczej
szczere i otwarte intencje. Jako szczere odebrałam wówczas jej słowa, kiedy
spotykając się z nami, powiedziała, że musi nam "z brutalną szczerością"
przedstawić fakty. Pani minister powiedziała wtedy, że choć była lekarzem
medycyny sądowej i uczestniczyła w wielu tragicznych oględzinach zwłok, to
jednak to, co zobaczyła na miejscu, wywołało u niej olbrzymią traumę. I w tym
kontekście powiedziała nam, że nie musimy podejmować się osobistej
identyfikacji, że wystarczy jeśli damy swój materiał genetyczny, na podstawie
którego będzie można zidentyfikować naszych bliskich. Jednak teraz, po czasie,
odczuwam pewien zawód, że choć pani Kopacz zapewniała nas w kwietniu, że
wszystko zostanie dokładnie przebadane i sprawdzone, to rzeczywistość jest zgoła
inna. Pomimo zapewnień, że teren katastrofy zostanie bardzo szczegółowo
sprawdzony i że przynajmniej kilkadziesiąt centymetrów ziemi z miejsca
katastrofy zostanie dokładnie przesiane, to jednak przez wiele miesięcy
postronne osoby znajdywały na miejscu kolejne fragmenty ciał i ubiorów ofiar
oraz ich rzeczy osobiste. Przecież to jest nie do pomyślenia!

Odnalazła Pani ciało Syna w Moskwie?
J.Z.: – Nie… I dopiero po czasie, kiedy na spokojnie staram się analizować
swój pobyt w Moskwie i to, co się tam działo, zauważam, że było tam wiele
momentów niezrozumiałych.

To znaczy?
J.Z.: – Podczas spisywania protokołów, kiedy odpowiadaliśmy na wiele różnego
rodzaju pytań dotyczących naszych bliskich, ich znaków szczególnych i ubioru,
Rosjanie mówili, że jeśli będzie zbieżność pewnych szczegółów, czyli gdy choć
kilka podanych przez nas elementów będzie odpowiadało jakiemuś opisowi zwłok,
wówczas zostaną nam one pokazane do identyfikacji. I w niektórych przypadkach
rzeczywiście tak było. Natomiast w przypadku załogi rodzinom nikogo nie
pokazano.

Dlaczego?
J.Z.: – Nie wiem, jak to było dokładnie w przypadku pozostałych członków załogi,
ale w moim przypadku Rosjanie mówili wówczas, że nie można znaleźć ciała Artura.
Że nasz opis i znaki szczególne nie wskazują na żadne ciało, które mogliby nam
pokazać. Teraz zaś dowiadujemy się, że są zdjęcia Syna, czyli że można Go było
zidentyfikować. Ponadto niedawno dostaliśmy informację, że kiedy Syn miał już na
rękach założony różaniec, to jeszcze wówczas wykonywano jakieś badania, dlatego
ten różaniec był ściągany.

Jakiego rodzaju to były badania?
J.Z.: – Wiem tylko, że pod sam koniec wykonywano jeszcze jakieś badania na Jego
dłoniach. Niczego więcej się nie dowiedziałam. Teraz też widzę, że jest tutaj
duża nieścisłość, ponieważ nie dali nam możliwości zobaczenia ciała Artura.
Zostaliśmy więc oszukani. I dopiero teraz uświadamiam sobie, że musiał być z
góry wydany zakaz pokazania nam – rodzinom pilotów – ich ciał. Także
uniemożliwili mi wypełnienie mojej matczynej misji, z którą udałam się do
Moskwy, czyli zidentyfikowania i pożegnania Syna. Teraz będę się do końca życia
zastanawiać, dlaczego tak się właśnie stało, że nie pokazali nam naszych
ukochanych? Dlaczego do końca ukrywali przed nami fakt, że mają ich ciała i że
są one możliwe do zidentyfikowania? Będę się zastanawiała, jakie eksperymenty i
badania na nich wykonywali i po co? Przecież trumny z ciałami pilotów wróciły do
kraju ostatnie. Rosjanie mieli więc czas, by zrobić z nimi wszystko, co tylko
chcieli.

Dopiero po dwóch tygodniach Rosjanie podali, że zidentyfikowano ciała załogi.
J.Z.: – Tak. Nagle, po dwóch tygodniach pojawiła się informacja, że znalazły się
wszystkie ciała załogi! I to mnie bardzo zastanawia. Później powiedziano nam, że
Syn był mocno poraniony i oblany płynem paliwowym.
M.Z.: – A ja pytam, skąd w takim razie w kokpicie znalazło się paliwo – i to w
dużych ilościach – i dlaczego w takim razie nie doszło do jego wybuchu? Dlaczego
też samolot rozleciał się na taki maczek? Dla mnie to wygląda na jakąś
ingerencję… Bo jeżeli się zostawia samolot w naprawie u Rosjan, mogą zrobić w
tym czasie wszystko, co im się tylko podoba. A technika idzie w tej chwili tak
do przodu, że podobne ingerencje są trudne do wykrycia. Tym bardziej że trzy dni
wcześniej Tu-154M przyleciał do Smoleńska premier Donald Tusk i samolot stał tam
na lotnisku.

Emerytowany pilot wojskowy Nikołaj Łosiew, który jest właścicielem działki
przylegającej do miejsca, gdzie doszło do katastrofy, i który był tam 20 minut
po upadku samolotu, mówił, że w kabinie widział ciała pilotów przypięte pasami.

M.Z.: – Nie tylko Łosiew o tym mówił. Podobnie zeznawali także inni świadkowie.
Pytam więc, dlaczego do tej pory nie mamy badań z sekcji zwłok ani żadnego
dokumentu potwierdzającego przyczynę zgonu naszego Syna? Dlaczego pozostałe
rodziny załogi też nie mają takich dokumentów?!

Pytała Pani w Moskwie o akt zgonu Syna?
J.Z.: – Oczywiście. Zapytałam śledczego rosyjskiego, który prowadził
przesłuchanie. On odpowiedział mi wówczas, że jeśli nie można zidentyfikować
ciała, to nie podaje się, że zginął, tylko że zniknął. Twierdził on też, że w
takiej sytuacji "zniknięcia" ofiary Rosja nie może wystawić nam aktu zgonu,
tylko że będzie przeprowadzona jakaś procedura w Polsce i że dopiero w kraju
wydadzą nam taki dokument.
M.Z.: – Jednym słowem chodziło o to, by wprowadzić zamieszanie, żeby rodziny nie
wiedziały, co się dzieje. By zamknąć im możliwość domagania się osobistej
identyfikacji i zadawania dodatkowych pytań.
J.Z.: – Jeszcze jedna rzecz mnie zastanawia. A mianowicie, w Moskwie rodziny
zostały podzielone na cztery grupy, przy czym zarówno w pierwszej, jak i w
drugiej grupie, które przesłuchiwano jako pierwsze, było 100 proc. rozpoznań
ofiar, podczas gdy w trzeciej i czwartej już nie. Ja z synową znalazłam się w
trzeciej grupie. Teraz wydaje mi się, że ten podział nie był przypadkowy.
Dlaczego bowiem w pierwszych dwóch grupach udało się zidentyfikować wszystkich,
a w kolejnych już nie? Tym bardziej że rodziny załogi znalazły się tylko w tych
ostatnich grupach i – jak twierdzili Rosjanie – żadnego z pilotów nie udało się
zidentyfikować.

Co ostatecznie znalazło się w tym dokumencie?
J.Z.: – Nic, co mogłoby nam wyjaśnić, w jaki sposób zginął nasz Syn. W akcie
zgonu napisano jedynie, że zmarł 10 kwietnia na terenie okręgu smoleńskiego. Nie
podano tam ani godziny zgonu, ani powodu śmierci. A przecież u niektórych
pisano, że "zmarli na skutek mnogości obrażeń" itp. W przypadku naszego Syna nic
takiego nie podano. Do tej pory nie widzieliśmy też protokołu sekcji zwłok,
który obiecywał nam premier Tusk.

W przypadku jednego z generałów w akcie zgonu wpisano czas śmierci na
8.50-9.00. To z kolei świadczy o tym, że zmarł on około 20 minut po katastrofie.
Takie rzeczy powinny więc być szczególnie zbadane i udokumentowane. Zwłaszcza że
ciała ewakuowano z wraku, według raportu MAK, dopiero po godz. 15.00.

M.Z.: – To jest więc kolejny dowód na to, że Rosjanie coś ukrywają, w czym
pomaga im także rząd.
J.Z.: – Tego typu informacje, jakie zostały zawarte na aktach zgonu – a raczej
ich brak – jedynie potwierdzają, że coś jest na rzeczy.

Rosjanie oddali już wszystkie rzeczy Syna?
J.Z.: – Nie. Synowa do tej pory nie dostała m.in. obrączki oraz sprzętu
elektronicznego: komórki i laptopa, które znajdują się w posiadaniu ABW.

Czy na miejscu w Moskwie rodziny zostały poinformowane o przysługujących im
prawach i obowiązkach?

J.Z.: – Nie. Nikt nam nie powiedział, jakie mamy prawa i czego możemy się
domagać. Nikt nam też wówczas nie wspomniał – o co mam wielki żal – że rodziny
miały możliwość być przy włożeniu ciał bliskich do trumien. A my – rodziny –
byliśmy wówczas w takim szoku, w takim bólu, że nie byliśmy w stanie racjonalnie
myśleć. Potrzebowaliśmy więc pomocy innych, doświadczonych osób, które powinny
nam objaśnić, co i jak, coś zasugerować. W tym zakresie nikt nam nie pomógł.

Informowani o katastrofie i śledztwie nie byli i nadal nie są także Polacy.
Nadal nam nie wyjaśniono, dlaczego m.in. premier, minister Kopacz i
prokuratorzy, którzy pojechali do Rosji, nie zadbali w pierwszej kolejności o
ochronę interesów Polski i jej obywateli.

M.Z.: – Od początku działania polskiego rządu budziły nasze wątpliwości. Podobno
główny prokurator wojskowy poleciał zganić Edmunda Klicha za brak odpowiednich
działań, choć powinien go usunąć – między innymi już choćby dlatego, że nie miał
on odpowiednich uprawnień do działania w tak trudnej sprawie – i wyznaczyć na to
stanowisko odpowiedzialną osobę. W pewnym momencie premier – podczas spotkania z
rodzinami – przyznał, że ponosi odpowiedzialność, gdyż podjął takie, a nie inne
decyzje. Tylko co z tego, skoro teraz nie potrafi wziąć na siebie tej
odpowiedzialności i wyciągnąć konsekwencji? Zamiast tego słyszymy jedynie
kolejne usprawiedliwienia. Dlatego nie wierzę już w to, co mówi na temat
katastrofy rząd.

Jakie – Państwa zdaniem – są najpoważniejsze błędy popełnione przez polską
stronę?

M.Z.: – Przede wszystkim oddanie śledztwa Rosji i MAK. Kolejne to oddanie
stanowiącego własność Polski samolotu w ręce Rosjan, którzy doprowadzili do jego
celowego niszczenia, podczas gdy maszyna jest najważniejszym dowodem w sprawie
wyjaśnienia przyczyn katastrofy. Następnie oddanie tzw. czarnych skrzynek. Czyli
jednym słowem wydanie się całkowicie na pastwę Rosji – zupełnie, jakby siedzieli
Putinowi w kieszeni. Rosjanie i MAK nami rządzą, rozporządzają naszymi dowodami
i mówią nam, co mamy myśleć, a premier ze spuszczoną głową jedynie im
przytakuje. A historia najlepiej pokazuje, że my do Rosji nie mogliśmy i nigdy
już nie możemy mieć zaufania. Absolutnie. Namnażające się niejasności tylko to
potwierdzają.

Co Państwa zdaniem doprowadziło do katastrofy?
M.Z.: – Trudno jest nam powiedzieć, bo nie jesteśmy specjalistami w tej
dziedzinie, a wszystkie informacje dotyczące katastrofy są zafałszowane.

Czego Państwo teraz oczekują? Na czyją pomoc liczą?
J.Z.: – Mam nadzieję, że sprawą należycie zajmie się wreszcie prokuratura. Bo
trzeba w końcu przestać oglądać się na Rosję i ruszyć z miejsca, by wyjaśnić tę
największą dla naszego narodu tragedię, w której zginęło aż dwóch naszych
prezydentów i tyle wybitnych osobistości, w tym całe dowództwo wojskowe.
Prokuratura musi też przesłuchać wszystkie osoby z rządu, które odpowiadają za
takie właśnie poprowadzenie śledztwa smoleńskiego. A tę kolejkę powinien
otwierać premier Tusk, wobec którego wysuwane są już konkretne zarzuty łamania
prawa.
M.Z.: – Ja osobiście mam nadzieję, że sprawą zajmą się, tak całościowo, poseł
Antoni Macierewicz i Anna Fotyga, bo tylko z ich strony zaobserwowałem
jakiekolwiek działania w celu wyjaśnienia tej tragedii. Oni jako jedyni zwracali
się z prośbą o pomoc do Stanów Zjednoczonych i do ekspertów z pozostałych
krajów. Wspomniani politycy jako jedni z nielicznych zdają się rozumieć, że aby
wyjaśnić przyczyny tej strasznej katastrofy, bezapelacyjnie potrzebna jest pomoc
międzynarodowa.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj