Modlitwa Janki

W roku 1922 młode małżeństwo ze Lwowa, Maria z Boreckich i Józef Jurkiewiczowie, postanowiło zamieszkać w odległym o 70 km Złoczowie. Józef był piekarzem, założył tu nowoczesną piekarnię, która zapewniała godziwy byt coraz liczniejszej rodzinie. Do wybuchu wojny urodziło się Jurkiewiczom siedmioro dzieci. Dla tych, które przeżyły wojnę, urokliwe miasteczko między Lwowem a Tarnopolem stało się po latach miejscem „świętym i czystym jak pierwsze kochanie”. Miejscem, o którym się śni. Miejscem bezpowrotnie utraconym, tak jak całe szczęśliwe dzieciństwo. Po latach opowiada mi o tym wszystkim pani Janina Jurkiewicz.

Urodziła się 13 kwietnia 1928 roku. Była piątym dzieckiem. Z podziwem patrzyła na starsze rodzeństwo, zwłaszcza na najstarszych braci, Longina (1920) i Adama (1921), urodzonych jeszcze we Lwowie. Stanisław urodził się już w Złoczowie (1922), potem była jedyna siostra Alina (1927), a po kilku latach przerwy najmłodsi – Jureczek (1934) i Zbyszek (1939).

Janka miała szczęśliwe dzieciństwo, liczne rodzeństwo i kochających rodziców. Mama nie pracowała, choć była wykształcona, po seminarium nauczycielskim. Wychowywała dzieci i uczyła je szacunku dla biednych, których po zaborach i po okrutnej wojnie z bolszewikami w Polsce nie brakowało. Była radną Złoczowa, przewodniczącą Kasy Biednych, udzielała się w szkolnych komitetach rodzicielskich. Także ojciec cieszył się szacunkiem w mieście, był znaną osobą, wybierano go również do rady miasta. Janka miała wiele powodów, by być dumną ze swojej rodziny. Do wybuchu wojny ukończyła 5 klas szkoły powszechnej. Była wzorową uczennicą. Kochała swoją rodzinę i swoje miasto. Po latach potrafi w wyobraźni wybrać się na długi, pełen wrażeń i uśmiechu spacer po ukochanych miejscach. Obraz Złoczowa – po tym, co ją później spotkało – jest jak rajski ogród z jakiegoś innego życia, które jej w dzieciństwie obiecano. Wydaje się, że wystarczy się obudzić ze złego snu, by powrócić do ukochanych miejsc, by przywitać się z matką. W Niemczech psychologowie i socjologowie badają wpływ powojennych wysiedleń Niemców na ich psychikę i zachowania. Dlaczego w Polsce nie prowadzi się badań nad psychiką tych, których napadnięto, zamordowano im ojców i mężów, wyrzucono z domów, wywieziono na Sybir, po wojnie nie pozwolono powrócić do własnych domów, a jeszcze kazano im podziwiać najgorszych wrogów jako wyzwolicieli? Nie są warci takich badań?

Podczas swojego wyimaginowanego spaceru po Złoczowie Janka zagląda do cukierenki pani Makówki, gdzie były wspaniałe lody i kremówki nie gorsze od tych w Wadowicach. Zagląda do wszystkich sklepików w bocznych uliczkach miasta, gdzie można było kupić szwarc, mydło i powidło… Kilka razy otwiera drzwi sklepiku pani Tymowej przy ulicy Legionów, by posłuchać, jak papuga przy drzwiach wydziera się do właścicielki za ścianą: „Maamo, złodzieej!”. A obok najukochańsze miejsce i szyld nad bramą: „Pierwsza Mechaniczna Piekarnia Józefa Jurkiewicza w Złoczowie”. Ach, gdyby tak można raz jeszcze spróbować chleba z tej piekarni!


Na początku wojny


sowieccy okupanci aresztowali ojca i osadzili go w więzieniu jako „wroga ludu”. I tak miał szczęście, bo burmistrza, jego zastępców i innych znacznych obywateli Złoczowa po prostu zamordowali. Józef Jurkiewicz został „osądzony” i skazany na 10 lat łagrów. Na Syberii miał być „zreedukowany” na sowiecką modłę. Pan Bóg go ocalił, choć jego udręki są nie do opisania. Nie tylko z powodu pracy ponad siły w sowieckim łagrze pod Nowosybirskiem. Każdego dnia przeżywał straszliwy lęk o los rodziny. Nic o niej nie wiedział. Kiedy go wypuszczono z obozu, po umowie Sikorski – Majski, gnał do miejsca formowania się armii generała Andersa z nadzieją, że może tam spotka bliskich lub znajomych, którzy mu powiedzą, gdzie szukać żony i dzieci. Z armią polską, przez Monte Cassino, Ankonę i Bolonię, trafi do Anglii. W Londynie zbuduje swój własny kawałek Złoczowa: cukiernię o nazwie „Bettina”, przy 265 High Street, Acton W3.

Sowieccy okupanci początkowo tolerowali piekarnię Jurkiewiczów. Wydawało się, że może sprawy jakoś się ułożą, mimo szykan i pogróżek. Niestety, na początku 1940 r. piekarnia została „znacjonalizowana”, czyli zrabowana właścicielom, a ich mieszkanie zajęła rodzina żydowskiego aktywisty partyjnego z Borysławia.


Zesłanie


Najgorsze miało się dopiero wydarzyć. 13 kwietnia 1940 r. Maria Jurkiewiczowa z trojgiem najmłodszych dzieci – Janką, Jurkiem i Zbyszkiem – została wywieziona do Kazachstanu. Starsza córka Alinka uratowała się u dziadków w Sądowej Wiszni, potem znalazła schronienie u cioci w Warszawie. Starsi synowie ukrywali się przed okupantami. To była druga, wielka deportacja obywateli Rzeczypospolitej. Wyróżniała się wśród innych tym, że teraz do bydlęcych wagonów ładowano żony i dzieci polskich jeńców wojennych, mordowanych w tym samym czasie w Lesie Katyńskim i innych miejscach zbrodni. Nie wystarczyło zabić ojców, trzeba było jeszcze skazać ich rodziny! Czy deportacji z 13 kwietnia 1940 r. nie należałoby traktować jako drugiej fazy zbrodni katyńskiej? Adresy zesłańców spisywano wszak z korespondencji jeńców z rodzinami! Tym rodzinom, już w Kazachstanie, mówiono: „Was tu zdzies priwiezli, sztob wy padochli”…

Maria z dziećmi trafiła do wsi Sadczykowce w rejonie Zatobolskim, nad rzeką Toboł. Spotkali tu innych nieszczęśników – Ukraińców deportowanych tu w latach 30. w ramach „rozkułaczania”. Życie było potwornie ciężkie, Polaków niechętnie zatrudniano, a jeśli tak, to do najgorszych prac. Maria podjęła jedyną możliwą pracę jako pomocnik murarski. Praca trwała od rana do wieczora. Była ponad jej siły i dotychczasowe doświadczenia życiowe, ale żyła nadzieją, że to wszystko jest przejściowe. Najważniejsze, by ocalić dzieci. Janka opiekowała się braciszkami, ale niebawem sama musiała zacząć pracować – przy sianokosach, przy kopaniu kartofli, w kuchni i mleczarni kołchozowej. Najmłodszym Zbyszkiem opiekował się siedmioletni Jurek. Kołchoz wydawał pracującym trzy nędzne posiłki dziennie, zapłata za pracę następowała dopiero na jesieni, w naturze. Był to perfekcyjnie opracowany system pracy niewolniczej, z zachowaniem wszelkich pozorów pracy na wolności.


Do Uzbekistanu


Ta sama umowa polsko-sowiecka, która uwolniła Józefa Jurkiewicza z łagru, dała Marii Jurkiewiczowej możliwość zmiany miejsca. Postanowiła wyruszyć z dziećmi do Uzbekistanu. Bała się, że w dotychczasowych warunkach mogą nie przeżyć następnej zimy. Bała się też o własne siły. Miała już przecież 56 lat. Wyruszyli w grudniu 1941 r., z nadzieją dotarcia do obozu, gdzie formowała się armia polska. To był najgorszy czas. Niemcy posuwali się szybko do przodu, trwała ewakuacja Moskwy i innych miast, panował chaos. Uciekali przed zimnem i widmem głodu.


Żegnaj, mamo!


Pociąg przystawał na wielu stacjach, trwały wielogodzinne postoje. Przepuszczano transporty wojskowe. Byli straszliwie zmęczeni i głodni. 50 km przed Orenburgiem (sowiecki Czkałow) pociąg stanął w zaspach. Było zimno i głodno. Maszynista powiedział, że trzeba czekać na nową lokomotywę, zapowiedział długi postój. Zdesperowana Maria ruszyła zaspami po pas w kierunku światełek jakiejś wioski, by zdobyć pożywienie dla dzieci. Wraz z nią ruszyli inni. Gdy uszli kilkaset metrów, pociąg niespodziewanie ruszył. Stali bezradni, nieruchomi, nieszczęśliwi. O czym myślała w tym momencie Maria Jurkiewiczowa? Modliła się czy przeklinała sowieckiego demona? Miała nadzieję na szybkie odnalezienie dzieci czy – doświadczona już przez nieludzki system – pogrążyła się w rozpaczy? Dlaczego maszynista nie zaczekał na ludzi dobrze widocznych na białej plamie śniegu? Dlaczego ich nie przywołał sygnałem i powolnym ruchem do przodu? Kto zrozumie człowieka sowieckiego, hodowanego przez system w nienawiści do innych ludzi i też przez ten system poniewieranego? „Sziraka strana maja radnaja […]. Ja drugoj takoj strany nie znaju, gdie tak dołgo dyszit cziełowiek”…

To było ostatnie pożegnanie matki z dziećmi. Co stało się z Marią – do dziś nie wiadomo. Teraz trzynastoletnia Janka została jedyną opiekunką ośmioletniego Jureczka i dwuletniego Zbyszka…


Śmierć


Janka, głęboko nieszczęśliwa po utracie matki, z pomocą innych Polaków dotarła do Katta Kurhanu w Uzbekistanie. Dzieci, wyrzucone siłą z pociągu, przyczaiły się w dworcowej czajhanie (pijalni herbaty). Stąd zostały wywiezione do miasteczka Mitan. Miano je zabrać do kołchozu, ale obydwaj chłopcy byli już ciężko chorzy. Prawdopodobnie był to dyfteryt. Janka ubłagała, by ich przyjęto do miejscowego szpitala. Dostali miejsce w jakimś bocznym, nieużywanym korytarzu. Nie byli leczeni. Umierali na rękach siostrzyczki. Najpierw mały Zbyszek, potem majaczący o Złoczowie ośmioletni Jureczek. Trzynastoletniej Jance dali jakąś łopatę i wskazali drogę na przyszpitalny cmentarz. Tam, płacząc, pogrzebała swoich braci, ale się nie poddała. Paradoksalnie dzieci są silniejsze od dorosłych. Wierzą, że wszystko co złe, może się odmienić. Nie wiedzą jak, ale wierzą…

Pamiętam, gdy pierwszy raz słuchałem relacji pani Janiny, nagranej przez Jagnę Wright dla filmu „Zapomniana odyseja”, wracałem kilkakrotnie do początku i słuchałem jeszcze raz i jeszcze raz. Człowiek stara się wszystko, o czym słyszy, uporządkować, ułożyć, racjonalnie wytłumaczyć. Ja historii umierania dwojga małych dzieci na rękach trzeciego dziecka nie potrafię sobie ułożyć w głowie do dziś. Nie wiem, czy gdyby Józef Jurkiewicz, żołnierz generała Andersa, przebywający może ze dwieście kilometrów od miejsca tragedii swoich dzieci, mógł je w tej chwili zobaczyć, znalazłby jeszcze siły do dalszego życia. Ale o tym wszystkim dowie się znacznie później od swej Janeczki. Wtedy to już nie była rozpacz, tylko duma, że ona była taka dzielna. Czas leczy rany. To prawda. Niech nas jednak nie skazuje na zapomnienie.


U Mołotowa


Jak na ironię, Janka trafiła do pobliskiego kołchozu, który nazywał się Mołotow… Sowiecki Lewiatan chętnie stawiał pomniki za życia swym najwierniejszym sługom, zbrodniarzom i oprawcom całych narodów. Janka mieszkała wraz z 11 innymi osobami w jednej izbie! Ludzie ciężko chorowali, Janka cudem przeżyła. Zapamiętała z tego czasu śmierć matki ośmioletniego Januszka Wawrzyniaka z Poznania. Może dlatego, że to zdarzenie otworzyło na nowo jej własną ranę.

W kołchozie pracowała przy oczyszczaniu bawełny. W kwietniu 1942 r. razem z Januszkiem trafiła do sierocińca w Katta Kurhanu. To było zdarzenie opatrznościowe, ocalenie. W sierocińcu opiekunami byli bowiem polscy nauczyciele ze Lwowa.


Ucieczka


Ponieważ kierownik sierocińca, inżynier Karanowski, był jednocześnie mężem zaufania Delegatury Rządu Polskiego, Janka wraz z innymi dziećmi została w sierpniu 1942 r. ewakuowana z sowieckiego piekła – przez Krasnowodsk i Morze Kaspijskie – do Pahlevi w Iranie. Właściwie nie była to ewakuacja, tylko ucieczka. Wieczorem poprzedniego dnia dwaj enkawudziści odwiedzili bowiem sierociniec i zabronili inżynierowi Karanowskiemu ewakuacji. To był mądry człowiek. Posłusznie odpowiedział: „Tak toczno”, ale gdy wyszli, zebrał wszystkich opiekunów i kazał się przygotować do nocnej ucieczki. Podzielono dzieci na pięcioosobowe grupki mieszane (młodsi i starsi). Najmłodsze, dwuletnie, otrzymały na drogę kromkę chleba, by nie płakały… Co 15 minut wychodziła grupka, zmierzając w kierunku dworca kolejowego. Trwało to kilka godzin. Na końcu szli wychowawcy z chorymi dziećmi na rękach. Janka, która wcześniej dotarła na dworzec, czekała z walizeczką Januszka, który był ciężko chory. Teraz przeżywała jeszcze jedno nieszczęście i jeszcze raz zapłakała. Januszek, na krótko przed wyjściem ostatniej grupy, umarł.

Dzieci, ukryte w ciemnościach, czekały za płotem na pociąg zbawienia. Uciszały się wzajemnie, były bardzo grzeczne. Pracownicy dworca nie mieli pojęcia, że tu są! Kiedy pociąg nadjechał, pan Karanowski zagwizdał i wszystkie dzieci z głośnym okrzykiem: „Hurra!”, rzuciły się do polskich żołnierzy, którzy brali je na ręce i częstowali sucharami. Za chwilę pojawili się funkcjonariusze NKWD i podeszli do pana Karanowskiego. Nie zgodził się na „dagawor” na boku. Rozmawiał z nimi na stopniach wagonu. Sowiecki „uniwersytet” nie poszedł na marne. Po chwili pociąg ruszył. Enkawudziści nie odważyli się na konfrontację z polskimi żołnierzami.


Miasto polskich dzieci


Tak nazwali Polacy miasto w środkowym Iranie, dawną stolicę kraju, słynne na cały świat z produkcji dywanów. Znawcy dywanów wiedzą, że mianem „isfahan” określa się do dziś charakterystyczny kobierzec perski, przeważnie długi i wąski, z bardzo wąską bordiurą, o ornamencie roślinnym, często z motywem wazy. Jednak w naszych sercach Isfahan na zawsze pozostanie miejscem ratunku dla nieszczęśliwych polskich dzieci, ofiar bolszewickiego okrucieństwa i bezduszności.

Do Isfahanu trafiła także Janka. Przebywała tu od początku 1943 r. do września 1945 r., gdy przetransportowano nasze dzieci do Libanu. Mieszkała w zakładzie nr 6, potem nr 2, uczyła się w polskiej szkole powszechnej, potem w polskim gimnazjum. Tu także ukończyła kurs drużynowych ZHP prowadzony przez instruktorów wojskowych z Włoch. Wśród nich był Zdzisław Peszkowski – późniejszy wybitny kapłan, przyjaciel Jana Pawła II, kapelan Rodziny Katyńskiej i Golgoty Wschodu.


Znów w rodzinie!


W roku 1944 odnalazł Jankę w Isfahanie stryjek, dr Stanisław Jurkiewicz. Był delegatem ministra pracy i opieki społecznej RP w Bernie. To mu ułatwiło poszukiwania. Od tej pory Janka otrzymywała regularnie listy od stryjka na temat rodziny w kraju i na Zachodzie i czekała stęskniona na spotkanie z ojcem i rodzeństwem, które przeżyło wojnę. Niestety, to nie były same dobre wiadomości. Wojna zabrała nie tylko matkę i młodszych braci. Także dwaj starsi bracia stracili życie. Longin zginął z rąk gestapo, Adam z rąk NKWD.


Longin


ukończył do wybuchu wojny I rok studiów na SGH w Warszawie. W grudniu 1939 r. dotarł przez Rumunię do wojska polskiego we Francji. Od maja do czerwca 1940 r. walczył z Niemcami pod Narwikiem. Tam po raz pierwszy otrzymał Krzyż Walecznych. Otrzyma go jeszcze trzykrotnie! Ksawery Pruszyński przedstawił w książce „Narwik” bohaterskiego polskiego telegrafistę. Ta literacka postać wzorowana jest na Longinie Romualdzie Jurkiewiczu. Po ukończeniu szkoły dla skoczków spadochronowych (cichociemnych) został 13 marca 1943 r. zrzucony na teren Polski. Od lipca do listopada 1943 r. kierował techniką Ośrodka Wileńskiego Wywiadu Dalekosiężnego Komendy Głównej AK. Ośrodek obejmował swą działalnością Łotwę, Litwę, Białoruś i Wileńszczyznę. Longin Jurkiewicz był podporucznikiem, używał oryginalnego pseudonimu „Mysz”. W listopadzie 1943 r. został aresztowany przez wileńskie gestapo. Przesłuchiwany przez Niemców i ich litewskich pomocników w gmachu o ponurej sławie, przy ulicy Ofiarnej, został zakatowany, nie zdradziwszy przedtem żadnych tajemnic organizacji.


Adam


marzył zawsze, że zostanie pilotem. Wojna zniweczyła te marzenia. Był harcerzem, dlatego krótko po rozpoczęciu sowieckiej okupacji Kresów Wschodnich zorganizował zakonspirowaną grupę harcerzy, która gromadziła porzuconą broń i amunicję. Miały w przyszłości posłużyć do walki o wolność. Niestety, organizacja została zdekonspirowana przez NKWD. Adamowi udało się uciec do Lwowa, gdzie się ukrywał. Aresztowano go pod koniec 1940 r. i uwięziono w Tarnopolu. Kiedy w czerwcu 1941 r. Niemcy uderzyły na Sowietów, rozpoczęła się wielka rzeź więźniów politycznych i złowrogie sowieckie marsze śmierci na Wschód. Postępy Niemców były tak szybkie, że NKWD zabijało więźniów albo w drodze, albo od razu na więziennych dziedzińcach. Liczba ofiar tego bestialstwa, które objęło wszystkie więzienia na Kresach, nie jest do dziś znana. Adam Jurkiewicz został zamordowany jako więzień polityczny w Tarnopolu.


Stanisław


jedyny ze starszych braci, który ocalał. Wojna zastała go jako ucznia Szkoły Morskiej w Gdyni. Internowany był na „Darze Pomorza” w Szwecji. Po przerzuceniu do Anglii ukończył Szkołę Morską w Southampton. Pływał w niebezpiecznych konwojach wojennych z Anglii do USA, Kanady, Australii i Nowej Zelandii. Po wojnie konwojował do Polski statek „Tobruk”. Był na nim przez dwa lata trzecim oficerem. Zaniepokojony sytuacją w kraju po sfałszowanych przez komunistów wyborach, w roku 1947 zdecydował się opuścić statek w Argentynie. Wyjechał do USA, żyje do dziś w Nowym Jorku.


Powrót


Po ewakuacji z Isfahanu, przez Ahwaz i Basrę, Janka trafiła do Bagdadu. Stamtąd przewieziono polskie dzieci autokarami do Bejrutu. Umieszczono je na osiedlu arabskim. W Libanie Janka skończyła gimnazjum.

We wrześniu 1946 r., dzięki staraniom stryja, dopłynęła statkiem do Marsylii, potem pociągiem dotarła do Genewy, gdzie mieszkali stryjostwo. Razem z nimi wróciła do kraju, do Warszawy. W 1947 r., mieszkając u cioci w Zakopanem, zdała małą maturę i rozpoczęła naukę w Liceum Hotelarskim w Warszawie. Pracowała w Sanatorium Akademickim w Zakopanem, potem – po skończeniu studiów ekonomicznych – w Instytucie Gruźlicy w Warszawie. W roku 1958 wyszła za mąż za Tomasza Goebela, inżyniera budowy okrętów. W Gdyni pracowała jako nauczycielka w Technikum Hotelarskim, później była starszym wykładowcą w Wyższej Szkole Morskiej.

Ocalonego cudem ojca przyjęła pod opiekę do swojego domu, gdy był już starym człowiekiem. W roku 1969 wrócił z Anglii i zamieszkał u córki w Gdyni. Przeżył pod jej opieką jeszcze wiele lat, ciesząc się wnuczkiem Tomkiem.

Długie i bogate życie pani Janiny nie przesłania jej tego, co najważniejsze – co wydarzyło się przed laty: rozstania ze Złoczowem. Im starsza, tym częściej przenosi tam swoją „duszę utęsknioną”.


Śladem pułkownika


Janina nie była pierwszą osobą ze Złoczowa, która trafiła do Gdyni… Od lipca do września 1939 r. dowódcą Morskiej Brygady Obrony Narodowej oraz Lądowej Obrony Wybrzeża był tu płk Stanisław Dąbek, przedtem dowódca 52. Pułku Piechoty Strzelców Kresowych, który przed wojną stacjonował w Złoczowie… Pułkownik kierował obroną Gdyni i okolicy, na koniec ewakuował swe wojsko na Oksywie. Po wyczerpaniu dalszych możliwości obrony 19 września popełnił w rozpaczy samobójstwo. Imieniem płk. Dąbka nazwano dziś długą ulicę łączącą północne dzielnice Gdyni. Nosi je także 1. Morski Pułk Strzelców z Gdyni. Janina zastanawia się czasem, czy młodzi strzelcy wiedzą cokolwiek o Złoczowie?


Wrócimy


Z czasów pobytu w Isfahanie Janina zapamiętała piosenki, których uczono polskie sieroty. Jedną z nich dzieci śpiewały na melodię „Wizji szyldwacha” („Barwny ich strój”):

Jeden nas łączy los

i jeden łączy ból,

Jedna tęsknota

do tych polskich łąk i pól.

Jedna nas łączy dola

dobra albo zła,

Polaków honor każe naprzód iść,

więc marsz!

A więc szczęśliwi, ufni,

zwarci bądźmy już,

A wtedy wspólna

zrodzi się nam myśl.

Trąbka pobudkę gra,

każdy wiarę ma,

Bóg nam swą pomoc da.

Wrócimy tam,

dokąd serce dziś tęskni i marzy,

Wrócimy tam

– wszyscy razem i młodzi, i starzy.

Wrócimy tam,

aby zerwać Ojczyzny kajdany,

Wrócimy tam, gdzie nasz kraj,

gdzie nasz dom ukochany.

Do domu ukochanego, do ukochanego Złoczowa, Janka już nigdy nie wróci. W czasach PRL gorączkowo wertowała każde nowe wydanie encyklopedii w poszukiwaniu hasła „Złoczów”. Daremnie. We francuskiej encyklopedii Larousse przeczytała: „Złoczów – miasto na Ukrainie”… Czy to był tylko sen?


Modlitwa Janki


Mówią mądrzy ludzie, że dobrym lekarstwem na życiowe tragedie jest poezja. Zarówno wtedy, gdy się ją czyta, jak i wtedy, gdy samemu próbuje się pisać. Pani Janina pamięta, że podczas wojennej tułaczki wiele jej koleżanek próbowało pisać wiersze. To był rodzaj autoterapii, nie w pełni uświadomionej. Trzeba się było wygadać ludziom, a jeszcze lepiej Panu Bogu, by było lżej.

Janka także pisała. Zeszyt ze swoimi wierszami starannie ukrywała przed ludźmi, wydawały jej się zawsze nieudolne. Przede wszystkim chodziło jednak o to, że ten zeszyt był powiernikiem najskrytszych tajemnic i przeżyć dziewczynki. Kiedy Janka razem ze stryjostwem miała wracać do kraju, zeszyt wpadł w ręce stryjka. Uznał on, że twórczość dziewczynki może być niebezpieczna w konfrontacji z komunistycznym celnikiem… Poradził Jance, by zeszyt zdeponować w Szwajcarii i zgłosić się po niego w lepszych czasach. Dziewczynce żal było najbardziej wiersza modlitwy, do którego była szczególnie przywiązana. Postanowiła go przepisać na cienkiej bibułce i przewieźć do kraju. Dzięki temu ocalał przynajmniej ten jeden wiersz, bo cały zeszyt przepadł. A właściwie ocalały tylko dwie strofy. Reszta przepadła w pewien listopadowy wieczór 1948 r., gdy do mieszkania stryjostwa wpadło pięciu drabów z UB i przetrząsnęło całe mieszkanie. Zacytujmy te dwie strofy, które zapamiętała pani Janina:

Matko Najświętsza,

Ty wszystko wiesz,

Znasz nasze troski i żale.

Połóż, błagamy, cierpieniom kres

– na więcej ofiar nie stać nas wcale.

Pragniemy wrócić do Lwowa,

Złoczowa,

Pragniemy domu, naszego dachu.

Nie chcemy więcej bolszewizmu,

Życia w udręce

i w wiecznym strachu…

Piotr Szubarczyk

IPN Gdańsk


drukuj