„Spróbuj pomyśleć”
Szczęść Boże!
Główny Inspektor Sanitarny Federacji Rosyjskiej, dr Gienadij Oniszczenko w roku 1973 ukończył wydział sanitarno-higieniczny Państwowego Instytutu Medycznego w Doniecku ze specjalnością lekarza sanitarnego. Po studiach pracował jako lekarz epidemiolog, a w 1982r. objął stanowisko głównego lekarza sanitarnego moskiewskiej sieci metra, po tokijskiej – drugiej na świecie pod względem liczby przewożonych pasażerów, idącej w miliardy osób rocznie. W 1993r. dr Oniszczenko został powołany na stanowisko zastępcy Głównego Lekarza Sanitarnego Federacji Rosyjskiej, a od października 1996r. jest pierwszym zastępcą Ministra Zdrowia Federacji Rosyjskiej – Głównym Lekarzem Sanitarnym Federacji Rosyjskiej.
Wspólnota pokoleniowa i zawodowa każe mi patrzeć na działania dr Oniszczenko przez pryzmat choćby tych samych przeczytanych fachowych lektur, z pomnikowym dziełem prof. Lwa Gromaszewskiego dotyczącym epidemiologii chorób zakaźnych. Doświadczenie lekarzy byłego Związku Sowieckiego jest w tym obszarze nie do przecenienia.
Tempora mutantur… Czasy się zmieniają a my z nimi. Coraz to nowsze metody badawcze poszerzają horyzonty, ułatwiają zrozumienie przyczyn masowych zachorowań i zgonów. Jednak wiedza podstawowa dotycząca odpowiedzialności epidemiologa za skutki podejmowanych decyzji jest stała od niepamiętnych czasów, kiedy tę niezbędną w każdej społeczności funkcję pełnił plemienny szaman czy nadworny lekarz. W obliczu śmierci spadającej na ludzkie rodziny nagle i często, nawet najbardziej drastyczne środki zapobiegawcze czy profilaktyczne zawsze znajdowały zrozumienie.
Stąd też z całą mocą muszę podkreślić, że każdy odpowiedzialny epidemiolog, albo podjąłby te same co dr Oniszczenko środki zapobiegające zawleczeniu niemieckiej Escherichii coli, albo podałby się do dymisji.
Niestety, w Unii Europejskiej zasada fachowości i zawodowej odpowiedzialności w ochronie zdrowia publicznego do tego stopnia przestała istnieć jako wartość wymagająca troskliwej pielęgnacji i poszanowania opartych o nią decyzji, że Głównego Inspektora Sanitarnego Federacji Rosyjskiej publicznie oskarża się o umyślne utrudnianie wolnego handlu. Tymczasem całkowity zakaz wwozu na obszar celny Federacji Rosyjskiej warzyw, którym to służby sanitarne Republiki Federalnej Niemiec przypisały rolę w szerzeniu się największej na świecie epidemii nowego mutanta enterokorwotocznej pałeczki okrężnicy, został zastąpiony zezwoleniami importu z państw – członków Unii Europejskiej będących w stanie zapewnić bezpieczeństwo konsumentom.
Polska do tych krajów nie należy z powodu praktyk reeksportu.
Re-eksport polega na tym, że przywiezione do Polski produkty uzyskują polskie dokumenty oraz opakowania i jako pochodzące z Polski są wywożone do innych krajów. Państwa, które na to stać, nie muszą godzić się na takie praktyki. Dzięki temu konsumenci zyskują na bezpieczeństwie, a władze na uznaniu obywateli i wdzięczności wyborców. Do tych państw należy nasz ważny partner handlowy – Federacja Rosyjska.
Jeśli chodzi o polskich konsumentów, to ich sytuacja nie jest do pozazdroszczenia. Są karmieni zwożonymi ze wszystkich stron świata produktami podejrzanej jakości, a przy tym propagandą, że to co jedzą, pochodzi wyłącznie z Polski. Handel płodami rolnymi i polonizujące je zabiegi z gatunku public relations od wielu lat pozostają w garści tych samych grup trzymających władzę, stanowią stałe zaplecze finansowania partii i prominentnych polityków. W jednej ręce smakowita „swojska” kiełbasa, a w drugiej – czego już nie widać na ekranie telewizora – portfel wypchany pieniędzmi ze sprzedaży izolatu białka soi genetycznie modyfikowanej, który posłużył wyprodukowaniu tejże kiełbasy obok surowca z fabryki mięsa przetwarzającej organizmy genetycznie modyfikowane w tkankę kury, świni i krowy przysmaczoną chemiczną kompozycją mieszanki peklująco-przyprawowej. Dopuszczanie do obrotu środków spożywczych stwarzających tradycyjne, czy domniemane zagrożenia zdrowia nie wymagałoby obsadzania na stanowiskach kluczowych w nadzorze sanitarnym osób bez jakiegokolwiek przygotowania, dosłownie wziętych z ulicy. Taka marionetka z wdzięczności zrobi wszystko, co partia każe, co partii w każdej chwili może się przydać, kiedy to rzeczywiste zagrożenie zdrowia trzeba będzie zaprezentować jako urojone. Od czasu afery nitrofenowej z 2002r. każdy inspektor wie, że za wykrycie trucizny w importowanej żywności można stracić pracę. Forsowane od dwudziestu lat wyrywanie nadzoru nad żywnością z kompetencji ministerstwa zdrowia celem przekształcenia tego nadzoru w kontrolę wewnętrzną resortu rolnictwa i związanych z nim przedsiębiorstw, oddaje polskich konsumentów w chciwe i nie zawsze czyste łapy wielkiego biznesu chronionego polityczną kryszą. Prędzej niż później ucierpią jeszcze bardziej na tym wszyscy. Polscy wytwórcy płodów rolnych nie sprostają nieuczciwej konkurencji ogromnego wolumenu niekontrolowanego importu prezentowanego jako pochodzący z Polski. Wobec rozpadu lecznictwa polscy konsumenci niech nawet nie marzą o otrzymaniu skutecznej pomocy w razie epidemii. A ta ostatnia, znana jako niemiecka, nie odpuszcza. Po zgłoszeniu liczącego 9 osób ogniska w okolicach Bordeaux we Francji, właśnie zamknięto szkołę w zachodnich Niemczech, zarejestrowano przypadek w Szwecji bez kontaktu z Niemcami i 2 zawleczenia do Brazylii.
29. czerwca b. r. dwie agencje Unii Europejskiej wydały wspólne aktualizowane stanowisko zawierające przekonanie, że możliwym źródłem ognisk epidemicznych O104:H4 w Niemczech i Francji były… kiełki kozieradki pospolitej.
Z Panem Bogiem
dr Zbigniew Hałat
