„Spróbuj pomyśleć”


Pobierz Pobierz

Szczęść Boże!

Wybiera się tego, kto jest najbardziej wiarygodny. Wybiera się tego, kto jest najbardziej godny zaufania. Wybiera się tego, kto nie oszuka a potrafi spełnić wyborcze obietnice. Jakie obietnice? Całkiem proste. Obietnice normalnego życia w spokoju, zarobków nieprzekraczających niezbędnych wydatków, strzeżenia wartości budujących wspólne dobro. Obietnice bezpieczeństwa albo też obietnice przewrotu, radykalnej zmiany na korzyść wszystkich lub też niektórych wyborców. Niekiedy na korzyść bardzo wąskich grup, po prostu mniejszości, którym w demokracji należy się ochrona. Wszak demokracja służy dobru większości, ale i zabezpiecza te interesy mniejszości, które nie szkodzą większości.

Są przecież interesy mniejszości, które bardzo szkodzą dobru wspólnemu. Na przykład interesy mniejszości polityków, którzy na rządzeniu dorobili się pokaźnego majątku. Co reforma, to okazja. A jak głosi stare powiedzenie, okazja czyni złodzieja. W tym przypadku złodzieja wspólnego majątku. Należącego do mniejszości, ale tej, której ochrona w żadnym razie się nie należy, bo reprezentującej interesy jakże szkodliwe dla większości, która rozkradziony przez mniejszość majątek publiczny albo odziedziczyła, albo wypracowała, albo zaoszczędziła, dosłownie odbierając własnym dzieciom chleb od ust, co było na porządku dziennym w rodzinach pracowników polskich zakładów pracy, ze szpitalami na czele. Kwieciste przemówienia na rzecz rzekomo niezbędnych i świetnie przemyślanych reform, tony papieru zapisane przez sowicie opłacanych ekspertów od uzasadniania nawet najbardziej bzdurnych zleceń i już można było ukraść pierwszy milion. Ukraść zwykłym ludziom – wyborcom i podatnikom. Ci zanim się zorientowali o co naprawdę chodzi w tych reformach, już stracili wszystko. Nie ma pracy, nie ma mieszkania, nie ma ochrony zdrowia, nie ma szkoły, nie ma transportu. Są niespłacone kredyty, są nieleczone choroby, są niezaspokojone podstawowe potrzeby rodziny i własne. Jest za to wysoka świadomość. Dyplomami wielu fakultetów i świadectwami ukończenia niezliczonej liczby kursów niejeden ledwo wiążący koniec z końcem może sobie wytapetować ścianę. Wysoka świadomość zdobyta na pospiesznie skleconych uczelniach lub na kursach strzyżenia psów i układania kwiatów jest nie do przecenienia. Wdzięczni absolwenci już nie myślą o zatrudnieniu zgodnym z cenzusem wykształcenia, już nie chcą pracować w Ceglorzu, czy w stoczni, a słuchają, ach słuchają z dziecięcym zaufaniem kolejnych obietnic wyborczych. I biegną radośnie do urn w Wielkiej Brytanii i w Poznaniu, w Irlandii i w Szczecinie, pędzą podziękować swoim dobroczyńcom jeszcze bardziej ochoczo niż górnicy bez kopalń na Śląsku, niż mieszkańcy Mazur bez domów, niż rolnicy bez dochodu na terenach wiejskich (ale nie ci z Marszałkowskiej), niż kolejarze bez pociągów w całym kraju, niż wreszcie marynarze bez polskich statków na morzach i oceanach całego świata. Ciekawe, że mniejszą niż w Londynie i Dublinie wdzięcznością za poniewierkę wykazali się dopiero co polscy wyborcy w Chicago i w Nowym Jorku, gdzie – jak słychać – zanotowano sporo głosów nieważnych.

Jeśli gdziekolwiek udział głosów nieważnych wydaje się nadmierny, dobrze byłoby poznać powody unieważnienia głosów. Puste karty do głosowania, czy np. dodatkowe skreślenia na kartach wypełnionych prawidłowo mają swoją wymowę. Jaką? Niech starsi opowiedzą młodzieży o anatomii reprodukcji władzy w realiach państwa komunistycznego i postkomunistycznego. Można też zaczerpnąć wiedzy u źródła. Niemała część macherów i beneficjentów wiecznie żywego w Polsce realnego leninizmu nie kryje się po kątach, a tokując w telewizji, z nadzieją na zagospodarowanie wpatruje się w nową gwiazdę lewicy. To nic, że on taki młody. Nawet lepiej. Jest zababawowy. Jak jego poprzednik może zatańczyć i zaśpiewać. Za to może nie wiedzieć, kto też na początku mijającej dekady wysłał polskie wojsko do Afganistanu, a potem do Iraku, na wojnę, której najbardziej głośnym krytykiem był Jan Paweł II, największy autorytet świata, autorytet katolików, muzułmanów i mniej liczebnych grup religijnych, a także wielu niewierzących. To, przed czym polski papież przestrzegał, spełniło się aż nadto. Ogrom cierpień ludności cywilnej przytłacza, wołająca o pomstę do nieba krzywda uchodźców nie powinna dawać spokoju nikomu, straty dla kultury, gospodarki i porozumienia między narodami w skali światowej są nieodwracalne. Trzeba mieć nadzieję, że umyślnie i uporczywie prowokowany incydent przedwyborczy nie doda dalszych ofiar – i to po naszej stronie – do niezawinionego przez nas starcia ze światem islamu.

Niewątpliwą korzyścią z obecnej kampanii wyborczej w Polsce jest podejmowanie prób samookreślenia się polityków, w szczególności kandydatów na prezydenta. Odcinając się od socjaldemokratów miłujących pokój co najmniej od czasów Breżniewa, lider tzw. nowej lewicy ma szanse pociągnąć za sobą skrzywdzonych przez tychże zwykłych ludzi i próbować wydobyć ich z otchłani dziewiętnastowiecznego kapitalizmu, dokąd trafili za sprawą etatowych przywódców robotników i chłopów. Jednak tego nie czyni. Poszukuje celów łatwiejszych do osiągnięcia, a tym samym przynoszącym lody do ukręcenia i konfitury do wylizania tak szybko jak tylko jest to możliwe. I z kim to wchodzi w sojusze? Nie do wiary! Z katolikiem! Naturalnie, takim katolikiem, który publicznie i wielokrotnie oświadcza, że jest za życiem, i dlatego popiera metodę in vitro. Jest to w oczywistej sprzeczności z nauczaniem kościoła rzymsko-katolickiego. Wydaje się, że chodzi to o inny kościół katolicki…

Z Panem Bogiem

dr Zbigniew Hałat

drukuj