Myśląc Ojczyzna: „Showman, czy przywódca?”
Felieton wygłoszony na antenie Radia Maryja 21 stycznia o godzinie 20.50
Szanowni Państwo!
Niewątpliwie najważniejszym wydarzeniem politycznym obecnego tygodnia jest wczorajsza inauguracja prezydentury 44 prezydenta Stanów Zjednoczonych, Baracka Husejna Obamy. A jeśli nawet nie najważniejszym – bo o tym, co było najważniejsze, można mówić dopiero po latach – to w każdym razie – najgłośniejszym. Inaczej zresztą być nie mogło, bo inauguracja prezydentury jest wielkim widowiskiem telewizyjnym – mniej więcej tej rangi, co otwarcie lub zamknięcie Olimpiady. W ogóle, od pewnego czasu polityka w coraz to większym stopniu podporządkowuje się wymaganiom stawianym widowiskom telewizyjnym, co oczywiście wpływa również na to, jaki rodzaj ludzi robi polityczne kariery.
Zaczęło się to w Stanach Zjednoczonych, kiedy w 1960 roku John Kennedy rywalizował o prezydenturę z Ryszardem Nixonem. Decydującym momentem tej kampanii była telewizyjna debata – pierwsza telewizyjna debata między kandydatami na prezydenta USA w historii – we wrześniu 1960 roku. Wprawdzie według większości obserwatorów Nixon argumentował znacznie lepiej niż Kennedy, ale Kennedy był niewątpliwie przystojniejszy od Nixona i to zdecydowało o zwycięstwie.
Od tamtej pory sztaby organizujące kampanie wyborcze zaczynają zwracać coraz większą uwagę na widowiskowe zalety kandydatów. Niekiedy – jak w przypadku prezydenta Ronalda Reagana – udaje się pogodzić zalety aktorskie z merytorycznymi kwalifikacjami politycznymi, ale coraz częściej pogodzić tego nie można – co objawiło się na przykład w przypadku byłego prezydenta Jerzego Busha.
Jak z tego punktu widzenia zakwalifikować prezydenta Obamę? Z punktu widzenia potrzeb przemysłu rozrywkowego był on kandydatem znakomitym – bo w historii Ameryki jeszcze nigdy nie było czarnoskórego prezydenta. Wprawdzie Baarack Husejn Obama nie jewst Murzynem tylko Mulatem, ale to nic nie szkodzi, bo i to wzbudza wystarczające zainteresowanie żądnej sensacji publiczności.
Pierwszy warunek został zatem spełniony, ale to oczywiście nie wystarcza, bo konieczny jest też warunek drugi – by kandydat, podobnie jak sprawny konferansjer, potrafił utrzymać uwagę publiczności przez całą kampanię. Wymaga to, by każdemu mówić coś miłego, ale w taki sposób, by nie pociągało to za sobą żadnych konkretnych zobowiązań. I Barack Husejn Obama okazał się pod tym względem kandydatem idealnym. Epatował Amerykanów zapowiedzią „zmian”. Zmiany – czemu nie, zwłaszcza po 8 latach prezydentury Busha, który zdołował Amerykę w sposób zaiste zdumiewający. No dobrze – ale co właściwie ma się zmienić i w jaki sposób? Tego już Barack Husejn Obama nie mówił, ograniczając się do komunikatu, że „zmiany” będą „wielkie”. Jak się okazało, ten, jak to mówią, bajer wystarczył, by wygrać wybory prezydenckie w najpotężniejszym państwie świata. Oto co z ludźmi i z państwami robi telewizja!
O ile jednak Barack Husejn Obama udowodnił, że z punktu widzenia potrzeb przemysłu rozrywkowego jest kandydatem znakomitym, o tyle jego merytoryczne zalety już takie oczywiste nie są. Jako senator nie odznaczył się niczym szczególnym, a prawdę mówiąc – nie odznaczył się niczym. To oczywiście o niczym nie świadczy, bo we współczesnych demokracjach najbezpieczniej jest nie mieć żadnych poglądów, a już na pewno – poglądów wyrazistych. Jeśli nawet jakiś polityk przypadkowo ma wyrobione poglądy, to często woli je ukrywać. Ronald Reagan jest wyjątkiem potwierdzającym tę regułę.
Ale zostawszy prezydentem Barack Husejn Obama nie ma już nic do stracenia, więc jeśli ma jakieś poglądy, to teraz może je ujawnić. Jak dotąd tego nie zrobił, ograniczając się do wypowiadania opinii poprawnych, ale mało oryginalnych. Również przemówienie inauguracyjne nie zwiastuje żadnych rewelacji. Prezydent Obama zapowiedział zbudowanie „nowej Ameryki”. Co to konkretnie mialoby oznaczać? Może oznaczać wszystko: albo jakąś niesłychaną rewolucję we wszystkich dziedzinach życia – albo nic, to znaczy – zwyczajną blagę, ot – coś w rodzaju „drugiej Polski” Edwarda Gierka, czy „drugiej Japonii” Lecha Wałęsy.
Ta druga możliwość wydaje się znacznie bardziej prawdopodobna, zarówno z uwagi na coraz bardziej widoczne załamanie gospodarki, spowodowane łajdackimi poczynaniami lichwiarzy i ich politycznych popleczników, jak i z uwagi na gigantyczny dług publiczny Stanów Zjednoczonych, który już w październiku ubiegłego roku przekroczył 10 bilionów (po amerykańsku – trylionów) dolarów i ani myśli się zatrzymać.
Toteż deklaracja prezydenta Obamy, że Stany Zjednoczone „znowu gotowe są objąć przywództwo” nie zabrzmiała wiarygodnie i na świecie została przyjęta raczej z rezerwą. W gratulacyjnej depeszy niemiecka kanclerz Aniela Merkel zauważyła, że żadne pojedyncze państwo nie jest w stanie stawić czoła poważnym wyzwaniom współczesnego świata – co jest przejrzystą aluzją, że Niemcy, jako polityczny kierownik Unii Europejskiej, ani myślą poddawać się przywództwu Stanów Zjednoczonych pod kierownictwem Baracka Husejna Obamy. Jeszcze bardziej wyrazisty był sygnał od włoskiego premiera Berlusconiego, który otwartym tekstem zaapelował do amerykańskiego prezydenta, by znormalizował stosunki z Rosją, a więc – by porzucił myśl, jaka kolatała się w głowie prezydenta Busha, o wznieceniu zarzewia konfliktu między Unią Europejską i Rosją, żeby dzięki temu odgrywać rolę arbitra w europejskiej polityce. Dodatkową okolicznością, która tę sugestię wzmacniała, było poniedziałkowe porozumienie w sprawie dostaw rosyjskiego gazu. Pokazało one, że strategiczne partnerstwo rosyjsko-niemieckie znakomicie wytrzymało test gazowy, podobnie jak w sierpniu ubiegłego roku – test gruziński.
O ile więc wczorajsza inauguracja prezydentury Baracka Husejna Obamy z punktu widzenia przemysłu rozrywkowego wypadła okazale, o tyle zapowiadane z takim przytupem przez nowego prezydenta „zmiany” niekoniecznie muszą być takie „wielkie”. Wskazuje na to również skład administracji nowego prezydenta, a zwłaszcza dwie osoby: szef administracji Białego Domu Rahm Emanuel i sekretarz stanu Hilaria Clintonowa. Szef administracji Białego Domu decyduje o dostępie do prezydenta, a więc – z kim prezydent będzie rozmawiał. Z pewną przesadą można powiedzieć, że to od niego zależy, co prezydent będzie wiedział, a czego nie. Z kolei Hilaria Clintonowa jako sekretarz stanu zapowiada raczej kontynuację linii politycznej swego małżonka Billa Clintona, niż jakieś „zmiany”, a już zwłaszcza – „wielkie”. Krótko mówiąc – prezydent Obama wygląda na szczelnie obstawionego, więc jeśli nawet w aspekcie rozrywkowym może jeszcze rozwinąć pawi ogon rozmaitych zalet, o tyle punkt ciężkości władzy państwowej może nadal pozostawać poza oficjalnymi strukturami, jak to było w przypadku prezydentury Jerzego Busha juniora. Zatem o tym, czy wczorajsza inauguracja prezydentury Baracka Husejna Obamy była najważniejszym, czy tylko najgłośniejszym i najkosztowniejszym wydarzeniem tego tygodnia, dowiemy się dopiero po latach.
