Myśląc Ojczyzna: „Nadzieja w różnorodności”


Pobierz Pobierz

Szanowni Państwo!

Po ratyfikowaniu w 2003 roku Traktatu Akcesyjnego i przyłączeniu Polski do Unii Europejskiej 1 maja 2004 roku, państwo nasze z roku na rok traci resztki suwerenności. Według ostrożnych szacunków, ponad 80 procent obowiązujacego u nas prawa projektowane jest w Brukseli, zaś nasi parlamentarzyści tylko przeredagowują unijne dyrektywy własnymi słowami. Nie wymaga to ani specjalnych umiejętności, ani też nie absorbuje czasowo, w związku z czym nasi mężowie i mężykowie stanu dysponuja spora ilością czasu wolnego. Ten wolny czas trzeba czymś wypełnić, a ponieważ większość prac koncepcyjnych przejęła Bruksela, więc nasi parlamentarni dygnitarze oddaja się pieniactwu i dobrotliwym przekomarzaniom. Na pierwszy rzut oka można by odnieść wrażenie, że zieją do siebie nieubłaganą, zimną nienawiścią, ale z drugiej strony widać też, że kruk krukowi oka nie wykole. „Cóż stąd, że bije? Nikogo nie zabił!” – zauważa poeta i to spostrzeżenie pasuje jak ulał do aktualnej postaci naszego parlamentaryzmu.
Naturalnie zdarzają się wyjątki w postaci parlamentarzystów ideowych i pracowitych, podobnie jak – z drugiej strony – w postaci osobników autentycznie cierpiących na ostrą forme politycznej, a kto wie, czy nie zwyczajnej wścieklizny – ale to nie oni nadaja ton naszej scenie politycznej. Dominują tam postacie bezbarwne, zakłamane i tchórzliwe. Nie maja odwagi na żadne śmielsze gesty i nawet w jałowe spory i pyskówki usiłują wciągać niezawisłe sądy. Te oczywiście bronią się przed tym rękami i nogami nie tylko dlatego, że sędziów musi to wszystko też wprawiać w obrzydzenie, ale również dlatego, że z innych źródeł doskonale wiedzą, że to wszystko jest widowiskiem, mającym na celu stworzenie wrażenia autentycznego życia politycznego.
Tymczasem autentyzmu nie ma w tym ani krzty. Mamy do czynienia z tandetną imitacją, ciągle tą samą i nudną. Jeśli zatem można się chociaż na chwilę od tego oderwać, należy zrobić to bez wahania, w imię higieny psychicznej.
Tak się złożyło, że ostatnio troche podróżowałem po Polsce, odbywając spotkania z Czytelnikami i Słuchaczami. Okazuje się, że publiczność też czuje, iż ma do czynienia z grą pozorów i pragnie dowiedzieć się, jak jest naprawdę. Najwyraźniej przekaz medialny okazuje się niewystarczający, ale bo też większość mediów raczej manipuluje wiadomościami, niż je przekazuje.
W trakcie tych wojaży trafiłem również do mego rodzinnego miasteczka – do Bełżyc koło Lublina, gdzie zostałem zaproszony na III Salon Literacko-Muzyczny. Gwoździem programu była prezentacja czterech prac magisterskich, poświęconych różnym aspektom historii Bełżyc, a przygotowanych na lubelskich uczelniach: Uniwersytecie Marii Curie-Skłodowskiej, Katolickim Uniwersytecie Lubelskim i Lubelskim Uniwersytecie Medycznym.
Salon Literacko-Muzyczny został przygotowany przez Towarzystwo Regionalne Bełżyc, które, dzięki pomysłowości i energii jego prezesa, czyli pani Marii Gruner, przy pomocy miejskich władz samorządowych i proboszcza, księdza prałata Czesława Przecha, stało się nie tylko animatorem życia kulturalnego, ale również – inspiratorem działań zmierzających do zachowania dziedzictwa przeszłości. Na przykład – staraniem Towarzystwa zostały odnowione nagrobki i grobowce ludzi zasłużonych dla tutejszej społeczności, a spoczywających na miejscowym cmentarzu.
Ten przykład, o którym sądzę, że nie jest odosobniony, pokazuje, ze coraz więcej ludzi w Polsce, widząc jałowość i daremność poczynań władz państwowych, bierze sprawy własnego środowiska w swoje ręce – z wielkim pożytkiem dla lokalnych społeczności. Ciekawe, że mamy do czynienia z paradoksalną sytuacją, iż tak zwana prowincja staje się u nas znacznie ciekawsza i bardziej twórcza od stolicy, w której ton nadaje towarzycho wzajemnej adoracji, zdominowane przez bezczelnych telewizyjnych chałturników, którym wydaje się, że im bardziej będą wyszydzali tradycję, tym większymi będą światowcami.
Jakże kontrastują z tą hucpą inicjatywy kulturalne podejmowane na tzw. prowincji – ot, choćby tarnowskie czasopismo kulturalne „Intuicje”, wydawane przy pomocy ludzi z prywatnego biznesu oraz władz samorządowych Tarnowa. Stanowi ono żywy dowód, że środowisko prywatnych przedsiębiorców w Polsce potrafi wznieść się na wyżyny bezinteresowności i w coraz większym stopniu pełnić funkcję mecenasa kultury. A przecież tarnowskie „Intuicje” też nie są wyjątkiem; podobne czasopisma istnieją również w innych miastach, umożliwiając debiuty utalentowanej młodzieży literackiej i propagując dokonania miejscowych artystów. Gdyby jeszcze system podatkowy był łaskawszy dla podatników, to te przedsięwzięcia byłyby z pewnościa i liczniejsze i bogatsze. Niestety – nasza młoda demokracja jest coraz bardziej kosztowna, bo bierze na utrzymanie Rzeczypospolitej coraz liczniejszą rzeszę darmozjadów.
Te lokalne inicjatywy kulturalne są niezwykle ważne i pożyteczne. Nie tylkio dlatego, że stanowią odtrutkę na chałturę i szajs, jakim stacje telewizyjne każdego dnia zalewają Polskę, ale przede wszystkim – że stanowią antidotum na terror politycznej poprawności, czyli marksizmu kulturowego, przy pomocy którego Unia Europejska pragnie przerobić nas wszytkich na nowa odmianę człowieka sowieckiego. Regionalne inicjatywy kulturalne, poprzez swoja różnorodność i autentyzm, siłą rzeczy przeciwstawiają się tej urawniłowce i dlatego stanowia nieoceniona pomoc w walce o zachowanie naszej narodowej i kulturowej tożsamości.


Mówił Stanisław Michalkiewicz

drukuj