Myśląc Ojczyzna: „Furia ekspedycyjna”
Szanowni Państwo!
We wszystkich zamkniętych grupach społecznych bardzo szybko wytwarzają się charakterystyczne dla nich zachowania, obyczaje i rytuały, zarówno oficjalne, jak i nieformalne. Jedną z takich grup jest wojsko, w którym istnieje nie tylko oficjalny regulamin i ceremoniał wojskowy, ale i nieoficjalna obyczajowość, nazywana „falą”.
Znawcy zagadnienia twierdzą, że zjawisko „fali” w wojsku nasila się w okresach, kiedy żołnierze skazani są na bezczynność. Kiedy bowiem odbywają intensywne ćwiczenia, nie mają czasu, ochoty, ani siły na zajmowanie się głupstwami. Kiedy jednak żadnych ćwiczeń nie ma, a zajęcia są tylko pozorowane, wtedy „fala” nie tylko wypełnia żołnierzom całe dnie, ale również przybiera coraz bardziej wyrafinowane, a nawet groźne formy.
Jest to prawidłowość zaobserwowana nie tylko w wojsku, ale również w więzieniach. Miałem okazję przekonać się o tym osobiście podczas internowania w Białołęce w okresie stanu wojennego. Wprawdzie staraliśmy się utrzymywać w celi poprawne stosunki, ale czasami wybuchały gwałtowne awantury, na ogół z błahych powodów. To zjawisko opisane jest w literaturze medycznej jako tak zwana „furia ekspedycyjna” – bo zostało zaobserwowane podczas ekspedycji polarnych.
Uczestnicy takich wypraw byli przez wiele miesięcy skazani na własne towarzystwo i z tego powodu dochodziło do wybuchów agresji, przedstawianych właśnie, jako „furia”. Identyczny mechanizm występuje wśród więźniów, a także w innych izolowanych grupach. Warto zapamiętać, że tym gwałtownym wybuchom furii sprzyja izolacja i bezczynność.
Ale nie tylko uczestnicy polarnych wypraw, nie tylko więźniowie, czy żołnierze, doświadczają przypadłości opisanej jako „furia ekspedycyjna”. Obserwując naszą scenę polityczną musimy dojść do wniosku, ze i tu mamy do czynienia nie tylko z objawami „furii ekspedycyjnej”, ale być może – nawet z epidemią.
Czynnikiem sprzyjającym takiej epidemii jest izolacja. Na skutek patologicznego, obliczonego na monopolizowanie władzy przez ścisłe sztaby partyjne systemu wyborczego, polska scena polityczna staje się z wyborów na wybory coraz bardziej hermetyczna. Wprawdzie pojawiają się coraz to nowe partie, ale to nie ma nic do rzeczy, bo w tych, niby to nowych partiach, są ci sami ludzie. Scena polityczna coraz bardziej się oligarchizuje, a to oznacza, że politycy skazani są praktycznie na własne towarzystwo, niczym więźniowie, albo uczestnicy polarnych ekspedycji.
Drugim czynnikiem sprzyjającym wybuchowi epidemii „furii ekspedycyjnej” wśród polityków, jest bezczynność. Wprawdzie politycy sprawiają wrażenie szalenie zajętych i zapracowanych, ale to jest tylko pozór, bo i ta cała krzątanina też ma charakter pozorny, ot – mniej więcej taki, jak nieustanne sprzątanie rejonu kompanii w okresie bezczynności w wojsku. Żołnierze niby są zajęci, ale ponieważ zdają sobie sprawę z absurdalności tych zajęć, są znudzeni i sfrustrowani.
Podobnie polscy politycy. Po przyłączeniu Polski do Unii Europejskiej coraz mniej od nich zależy, a co gorsze – nawet nie bardzo mogą objawić jakąś własną inicjatywę w sytuacji, gdy trzeba czekać na dyrektywy Komisji Europejskiej. Jednak czas czymś trzeba wypełnić, więc politycy wypełniają go opowiadaniami, czego to nie zrobią, jak już zabiorą się do roboty. Oczywiście do żadnej roboty się nie zabierają, bo po pierwsze – nie wiedzą jak, a po drugie – nie wiedzą, czy im wolno. Na opowieściach zatem wszystko się zaczyna i kończy. Bilans sześciu miesięcy rządów pana premiera Tuska jest najlepszym tego dowodem.
Ale opowieściami można wypełnić tylko część czasu. Reszta musiałaby upłynąć na jałowym biegu, ale politycy wypełniają go przekomarzaniami, które chwilami osiągają takie natężenie, że przekształcają się w napady „furii ekspedycyjnej”. Gospodarka funkcjonuje według własnego rytmu, zresztą – i tak w coraz większym stopniu w konspiracji przed władzami, na sprawy międzynarodowe politycy polscy wpływu nie mają, bo albo są agentami obcych państw i wykonują zadania, albo zdają sobie sprawę z własnej bezsilności. W tej sytuacji jedyną namiastką autentycznych przeżyć są wzajemne ataki, walki podjazdowe, denuncjacje, oskarżenia, komisje śledcze i inne, temu podobne symptomy narastającej „furii ekspedycyjnej”. W rezultacie państwo nasze zaczyna przypominać jakiś koszmarny magiel z rozplotkowanymi, wrzaskliwymi kumochami, które wyżywają się w kolportowaniu plotek.
Widok takiego państwa, widok takich elit, musi w każdym normalnym człowieku wzbudzać odruchy wymiotne. Można więc zastanawiać się, czy taki efekt jest spontaniczny, czy może jest następstwem przemyślanego planu, obliczonego na zniechęcenie Polaków do własnego państwa i do warstwy przywódczej.
Bo też coraz wyraźniej widać, że tak nieszczęsna warstwa przywódcza coraz bardziej skupia całą swoją energię i pomysłowość na rozpaczliwym podtrzymani pozorów. Najlepszą tego ilustracją był list 24 sygnatariuszy w obronie Lecha Wałęsy. Przypomina on bowiem do złudzenia listy pisane w Związku Sowieckim przez kołchoźników i dojarki przeciwko Aleksandrowi Sołżenicynowi, kiedy wydał on na Zachodzie swoje monumentalne dzieło „Archipelag GUŁ-ag” , demaskujące zbrodniczy charakter systemu komunistycznego. Wszystkie te listy pisane były według tego samego, nakazanego przez partię schematu: „wprawdzie książki Sołżenicyna nie czytaliśmy (bo niby jak?!), ale ją potępiamy.” W identyczny sposób postąpili sygnatariusze listu w obronie Lecha Wałęsy, chyba nawet nie zdając sobie sprawy, że się ośmieszają. Nic zatem dziwnego, że zwykli ludzie, widząc mizerię tej warstwy przywódczej, zaczynają wstydzić się szacunku, okazywanego dotąd jej przedstawicielom.
Być może ta zbieżność przygotowań do formalnej likwidacji niepodległości państwa polskiego z objawiającym się w tak spektakularnej postaci kryzysem przywództwa, jest przypadkowa. Ale nie powinniśmy uspokajać się zbyt łatwo, bo nasza historia powinna nas uczulić na to, iż w takich sprawach przypadków raczej nie ma. Wygląda na to, że sytuacja może być poważniejsza, niż myślimy, mimo, że objawia się w postaci „furii ekspedycyjnej i innych wariactwach.
Mówił Stanisław Michalkiewicz
