Myśląc Ojczyzna


Pobierz Pobierz

Szanowni Państwo!

Wprawdzie wszyscy oficjalnie krytykują agresję w życiu politycznym, a już zwłaszcza – polityczne morderstwa, ale z drugiej strony niepodobna nie zauważyć, że bardzo wiele osobistości próbuje taką okazję wykorzystać. Oto właśnie okazało się, że Ryszard C. tuż przed morderstwem, jakiego dopuścił się na Marku Rosiaku, odwiedził był biuro wicemarszałka Sejmu Stefana Niesiołowskiego i o niego wypytywał. Z tego zagadkowego wydarzenia wicemarszałek Niesiołowski wyciągnął wniosek, że pierwszą ofiarą miał być on i że w tej sytuacji został – jak to się mówi – cudownie ocalony. Może nie byłoby w tym nic złego, ani nawet godnego uwagi, gdyby nie okoliczność, że pan wicemarszałek Niesiołowski jest człowiekiem o zszarpanych nerwach, a w tej sytuacji uznanie, że został wybrańcem Opatrzności, może się dla wszystkich źle skończyć.

Podobny wypadek miał bowiem miejsce 8 listopada 1939 roku. Do monachijskiej piwiarni „Piwnica Mieszczańska” przybył tego dnia Adolf Hitler, by w gronie starych towarzyszy świętować rocznicę puczu monachijskiego. Po wygłoszeniu przemówienia szybko jednak wyszedł, a wkrótce potem w piwiarni eksplodowała bomba. Kiedy Hitler się o tym dowiedział, nie ukrywał satysfakcji: – „Opatrzność chce, bym osiągnął swój cel” – powiedział. Na szczęście wicemarszałek Niesiołowski został wzięty do Platformy Obywatelskiej tylko na chłopaka do pyskowania, a z kolei Platforma trzymana jest przy zewnętrznych znamionach władzy, żeby pilnować interesów starszych i mądrzejszych. Można zatem powiedzieć, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło – chociaż oczywiście okupacja kraju przez razwiedkę nie wychodzi Polsce na zdrowie.

Ponieważ nie mamy na to zbyt wielkiego, a może nawet żadnego wpływu, spróbujmy tedy przyjrzeć się bliżej tresurze, jakiej jesteśmy poddawani przez biurokretynów w związku z przejściem z tak zwanego czasu letniego na tak zwany czas zimowy. Biurokretyni, którzy wynaleźli czas letni i zimowy opowiadają wprawdzie bajki, że to dla oszczędności energii i w ogóle – ale te opowieści możemy spokojnie włożyć między bajki również dlatego, że przyczyną największego marnotrawstwa są właśnie biurokretyni. Gdyby naprawdę zależało im na oszczędnościach, to by przede wszystkim polikwidowali większość urzędów. Skoro jednak urzędów i urzędników z roku na rok przybywa, to dla każdego jest oczywiste, że o żadne oszczędności tu nie chodzi. O co zatem chodzi naprawdę?

Wydaje się, że właśnie o tresurę, o przyzwyczajenie nas – po pierwsze – do tego, że władza może wszystko, a po drugie – że obiektywna prawda nie istnieje. Do niedawna czas uchodził za kategorię obiektywną, jako naturalne następstwo zjawisk astronomicznych. To ruch Ziemi dookoła Słońca i wokół własnej osi decydował o tym, kiedy jest południe – a nie żaden premier, czy prezydent. To jednak zostało przez biurokretynów uznane za zagrożenie; skoro władza nie ma wpływu na czas, a mimo to płynie on z zadziwiającą regularnością, to może ingerencja władzy w inne dziedziny też nie jest potrzebna, a kto wie, czy nie szkodliwa? Żeby tedy uniknąć niebezpieczeństwa pojawienia się w ludzkich głowach takich wątpliwości, biurokretyni wpadli na pomysł czasu letniego i zimowego. Od tej pory nie wiemy, czy południe rzeczywiście przypada w południe, a nie na przykład – godzinę wcześniej lub godzinę później. Co więcej – biurokretyni wymusili na naukowcach podawanie fałszywych informacji; 31 października południe wypadnie całą godzinę wcześniej niż 1 listopada – i to oczywiste kłamstwo wszyscy przyjmą bez zdziwienia, jako rzecz oczywistą.

Tymczasem gdy chodzi o ustalenie czegoś naprawdę – jak na przykład pozycji statku na oceanie – nie ma mowy o żadnym „czasie letnim”, czy „zimowym”, bo nawigatorzy posługują się prawdziwym czasem astronomicznym. Południe wypada w południe, to znaczy – w momencie gdy słońce osiąga największą wysokość i żadni biurokretyni nie ośmielają się tutaj wścibiać nosa. Skoro tak, to widać wyraźnie, że ta tresura ma wbić wszystkim do głowy przekonanie, że biurokretyni panują nawet nad czasem, a zatem sprzeciwianie się im jest daremne – a poza tym ma ona oswoić nas z ostentacyjnym kłamstwem, byśmy z czasem przestali odróżniać prawdę od fałszu.

I oto właśnie stanęliśmy w obliczu takiej próby. Nie tak dawno Jego Ekscelencja arcybiskup Henryk Hoser publicznie powiedział, że parlamentarzyści, którzy poprą ustawę dopuszczającą in vitro, z zamrażaniem, sekelcją i niszczeniem embrionów ludzkich, sami wyłączają się ze wspólnoty Kościoła. Ta wypowiedź wywołała duży i nieżyczliwy rezonans, zwłaszcza wśród parlamentarzystów niewierzących, a nawet ostentacyjnie wrogich Kościołowi. Dlaczego akurat oni najbardziej się tym przejęli – trudno to pojąć – chociaż trzeba powiedzieć, że merytorycznie ze stwierdzeniem księdza arcybiskupa Hosera się nie spierali. Zakwestionował je dopiero Jego Ekscelencja biskup Tadeusz Pieronek stwierdzając w rozmowie z Moniką Olejnik, iż arcybiskup Hoser w tej sprawie „posunął się za daleko”. Mamy zatem dwie możliwości: albo rację ma JE abp Hoser, albo – JE bp Pieronek. Trzeciej możliwości nie ma, ponieważ logika poucza nas, że dwie sprzeczne opinie nie mogą być jednocześnie prawdziwe.

Więc chociaż przyzwyczailiśmy się do „czasu letniego i „czasu zimowego” – co dowodzi wielkiej skuteczności tresury – to jednak warto by może położyć jej kres, a przynajmniej jej nie wspierać, bo zatraciwszy poczucie prawdy, możemy uwierzyć we wszystko – nawet i w to, że człowiek o zszarpanych nerwach, czyli pan wicemarszałek Niesiołowski rzeczywiście został mężem opatrznościowym.

drukuj