Myśląc Ojczyzna
Znów „dalsze doskonalenie”
Szanowni Państwo!
Ach, jakie niewymowne zgryzoty trapią dzisiaj Salon! Doszło już do tego, że pani Halina Bortnowska, która poprzez Helsińska Fundację Praw Człowieka kolaboruje z wiedeńską Agencją Praw Podstawowych, z tej rozterki proponuje, żeby już w ogóle nic nie myśleć. I to jest jakieś wyjście, bo niezależnie od tego, czy Salon myśli, czy nie, to i tak nie ma żadnej różnicy. Ostatnie słowo bowiem tak czy owak zawsze należy do starszych i mądrzejszych. Nawet gdyby tak nie było, nie ma najmniejszego powodu, by Salonowi współczuć. Przeciwnie – „nie znałeś litości panie – i my nie znajmy litości!” Ale oczywiście te rozterki Salonu są tylko śmieszne, bo – jak już powiedziałem – ostatnie słowo tak czy owak należy do starszych i mądrzejszych, którzy już tam salonowym mądralom w odpowiednim czasie wyjaśnią, z jakiego klucza wypada im śpiewać.
Najzabawniejszym przykładem rozterek, jakimi z namaszczeniem ekscytuje się Salon, są wątpliwości, czy premier Donald Tusk powinien kandydować na prezydenta, czy też raczej powinien ustąpić marszałkowi Bronisławowi Komorowskiemu. Pan redaktor Jacek Żakowski zachodzi w głowę, co też byłoby lepsze, krytykując przy okazji Platformę Obywatelską, że ze „zwartej kohorty” stała się rodzajem niesfornej watahy. Ano, bywa tak, bywa…Ciekawe, że mimo całej wyrafinowanej przenikliwości, pan redaktor Żakowski nie potrafi się zdecydować, czy popierać kandydaturę Donalda Tuska, czy Bronisława Komorowskiego. Wcale mu się nie dziwię, bo te rozterki, to tylko na pokaz, podczas gdy tak naprawdę, to pan redaktor Żakowski, jako człowiek spostrzegawczy i publicysta doświadczony doskonale wie, że będzie tak, jak zdecydują starsi i mądrzejsi.
Bo przecież starsi i mądrzejsi sami decydują, komu powierzyć zewnętrzne znamiona władzy, żeby przy pomocy takich figurantów skutecznie ukrywać przed opinią publiczną fakt, że Polską rządzą tajne służby, wysługujące się państwom ościennym, które w swoim czasie je przewerbowały. Z tego punktu widzenia najlepszym kandydatem na prezydenta byłby albo kompletny idiota, albo ktoś, kto wprawdzie kompletnym idiotą nie jest, ale na kogo razwiedka ma tyle haków, że bez jej pozwolenia nie ruszy on ani ręką, ani nogą. Tak właśnie tłumaczę sobie zadziwiającą bezczynność pana premiera Tuska – bo nie po to zrobiono z niego premiera, by coś zmieniał, ale przeciwnie – żeby jak najwięcej gadał o zmianach, ale wszystko zostawił po staremu.
Dlatego też warto zwrócić uwagę na całkowity brak jakiegokolwiek eksponowania merytorycznych różnic między, nazwijmy to – obozami prezydenckimi. Nie ma zapowiedzi, że jeśli prezydentem zostanie ten, to zrobi to czy tamto, a na pewno nie zrobi owego. Mamy zatem dwie możliwości: albo po pierwszym grudnia ubiegłego roku wszyscy wiedzą, że nie wolno im jużmieć jakichkolwiek własnych pomysłów, albo nawet i bez tego żadnych własnych pomysłów na państwo nie mają i chcą tylko rozwiązać sobie i swemu otoczeniu trochę problemów socjalnych. I tacy właśnie są razwiedce potrzebni, bo po co tu jakieś zmiany, kiedy przecież dobrze jest, jak jest?
Komu dobrze, temu dobrze – ale przecież nie wszystkim. Właśnie jeden z Czytelników zwrócił moją uwagę na niby drobiazg, ale bardzo dotkliwy, przede wszystkim dla producentów i dostawców. Kiedy dostarczają oni swój towar do hurtowni czy sieci handlowych, wymuszają one na nich tak zwany „kredyt kupiecki”, czyli odkładają zapłatę za towar na 30, a nawet – 90 dni. Tymczasem obowiązek zapłacenia podatku powstaje w momencie wykonania dostawy, a w każdym razie – w miesiącu, w którym dostawa się odbyła. W rezultacie producent lub dostawca musi płacić podatek od dochodu, którego faktycznie jeszcze nie uzyskał, podczas gdy beneficjent „kredytu kupieckiego”, bez żadnego wynagrodzenia obraca w tym czasie jego pieniędzmi.
To rzeczywiście kłopotliwa sytuacja. Najlepiej byłoby zlikwidować w ogóle podatek dochodowy, ponieważ trudno wyobrazić sobie coś głupszego i bardziej szkodliwego. Podatek dochodowy jest niemądry, bo jest rodzajem kary za wydajność, zwłaszcza przy progresji. Im więcej i wydajniej pracujesz, tym więcej państwo ci odbiera. Na gruncie tego mechanizmu najlepiej byłoby nic nie robić, więc widać jak na dłoni, że podatek dochodowy, zwłaszcza progresywny, jest antymotywacyjny. Dlaczego w takim razie państwowe biurokracje nie mogą bez niego wytrzymać? Czyżby do tego stopnia były głupie, że nie zauważają podcinania gałęzi, na której i one siedzą?
Tego oczywiście z góry wykluczyć nie można, ale warto zwrócić uwagę, że podatek dochodowy ze względu na swoją konstrukcję, daje biurokracji uprawnienie, które w innym przypadku wcale nie byłoby jej potrzebne. Mówię o uprawnieniu do kontrolowania dochodów obywateli. To uprawnienie wcale nie jest koniecznie potrzebne do tworzenia dochodów państwowych, bo na przykład przy podatku konsumpcyjnym, jak VAT, czy akcyza, konieczności kontrolowania dochodów nie ma. Ona występuje przy podatku dochodowym. Daje on biurokratom dodatkową władzę i dlatego, mimo głupoty i szkodliwości takiego rozwiązania, biurokracja tak go kocha.
Tak go kocha, że pewnie nigdy dobrowolnie nie zgodzi się na jego likwidację. Tak też uważa pan Wiesław i w związku z tym proponuje, żeby przynajmniej obowiązek zapłacenia tego podatku powstawał dopiero wtedy, gdy producent lub dostawca rzeczywiście otrzymał zapłatę za towar, a przynajmniej wtedy, kiedy odbiorca towaru zobowiązał się zapłacić. Trudności dowodowych by przy tym nie było, bo „kredyt kupiecki” jest zaznaczony na dokumentach sprzedaży, natomiast dla obrotu towarowego stanowiloby to duże usprawnienie. Pan Wiesław podkreśla zwłaszcza, że taka, drobna przecież korekta, przywróciłaby względną równowagę między producentami i dostawcami, a sieciami handlowymi, które udzielanie „kredytu kupieckiego” na swoich kontrahentach zwyczajnie wymuszają. Żeby ten przymus ograniczyć, a właściwie – całkowicie wyeliminować, pan Wiesław proponuje, by odbiorca towaru korzystający z „kredytu kupieckiego”, płacił od niego podatek dochodowy. To będzie sprzyjało szybszym rozliczeniom z kontrahentami, bo podatek może okazać się bardziej kosztowny od zysku z obracania pieniędzmi dostawcy.
Jak widzimy, socjalizm wymusza bohaterską walkę z problemami nie znanymi w innym ustroju – co już dawno zauważył Stefan Kisielewski. Ale nie wygląda na to, by którykolwiek z kandydatów zamierzał socjalizm u nas zlikwidować. Przeciwnie – wydaje się, że mają to zakazane, więc jesteśmy zdani na dalsze doskonalenie – jak za Edwarda Gierka.
Mówił Stanisław Michalkiewicz
