Felieton „Spróbuj pomyśleć”: Intencje i skutki


Pobierz Pobierz

Szanowni Państwo!

Starożytni Rzymianie, którzy każdą myśl potrafili sformułować w postaci pełnej mądrości sentencji mawiali: „quidquid agis prudentem agas et respice finem” – co się wykłada, że cokolwiek czynisz, czyń rozsądnie i patrz końca.

Łatwo powiedzieć: „czyń rozsądnie”. Rozsądnie – to znaczy konkretnie jak? Pewnej wskazówki dostarcza samo słowo: „rozsądnie”. Wynika z niego, że oznacza ono, a w każdym razie powinno oznaczać umiejętność rozsądzania, to znaczy – wyważania intencji, ale i skutków własnych działań. Między intencjami i skutkami muszą być zachowane właściwe proporcje. No dobrze, ale kiedy są właściwe? Tego z góry nigdy nie możemy wiedzieć, bo rzecz w tym, by skutki były albo identyczne z intencjami, albo przynajmniej – żeby zbytnio od nich nie odbiegały. W przeciwnym razie mamy do czynienia z katastrofą.

Ileż to razy słyszeliśmy, że ktoś „dobrze chciał”, ale wyszło – jak zawsze? Nieomylny to znak, że w przypadku takich działań mieliśmy do czynienia z przesadnym zwracaniem uwagi na intencje, a mniejszym – na skutki. Przykładanie nadmiernej wagi do intencji bez zwracania uwagi na skutki dowodzi lekceważenia związku przyczynowego. Tymczasem Pan Bóg właśnie po to stworzył związek przyczynowy, żebyśmy mogli posługiwać się rozsądkiem, a nawet więcej – w ogóle rozumem Wyobraźmy sobie, że nie byłoby związku przyczynowego. Życie w takich warunkach, o ile w ogóle byłoby możliwe, stałoby się koszmarem, a my nie moglibyśmy niczego wiedzieć o świecie poza tym, że jest nieprzewidywalny.

Dotyczy to zwłaszcza działań politycznych. W polityce – owszem – liczą się intencje, ale przede wszystkim liczy się skutek. Widać to choćby po większości naszych powstań. Wprawdzie za każdym razem towarzyszyły im szlachetne intencje, ale co z tego, kiedy za każdym razem ich klęska przynosiła ze sobą wszystkie skutki przegranej wojny, w postaci dziesiątkowania przywódczej warstwy narodu, osłabiania jego ekonomicznej siły poprzez rabunki i kontrybucje, no i pomniejszania jego znaczenia pośród innych narodów. Właśnie dlatego na polityku spoczywa znacznie większa odpowiedzialność za skutki, niż za intencje, bo te skutki obciążają miliony ludzi i określają sytuację narodu i państwa niekiedy na całe stulecia.

Tak się składa, że akurat mamy okazję obserwowania takiego eksperymentu w czasie rzeczywistym. 13 kwietnia część posłów podjęła w Sejmie próbę zmiany konstytucji – a konkretnie art. 38 – poprzez dodanie doń słów: „od momentu poczęcia”. Gdyby ta poprawka została przyjęta, wówczas w konstytucji Polski, a więc jednego z państw wchodzących w skład Wspólnot Europejskich, znalazłaby się norma expressis verbis stwierdzająca, iż od momentu poczęcia mamy do czynienia z CZŁOWIEKIEM. Tymczasem cała ideologia politycznej poprawności, jaka obowiązuje dzisiaj w Europie, ufundowana jest na semantycznej sztuczce, ze przed urodzeniem mamy do czynienia z „płodem”, któremu nie przysługują prawa ludzkie.

Próbie zmiany konstytucji towarzyszyły różnorakie intencje – i szlachetne i cyniczne, podobnie zresztą, jak próbie zablokowania tej zmiany, która w końcu się udała. W tej sytuacji Marszałek Sejmu Marek Jurek nie tylko złożył dymisję ze swego urzędu, ale również wystąpił z Prawa i Sprawiedliwości.

I w tym momencie stało się coś nieoczekiwanego. Wszyscy ci, którzy jeszcze wczoraj utopiliby Marszałka Sejmu w łyżce wody, natychmiast zaczęli pod niebiosa wychwalać jego siłę charakteru i nieposzlakowana uczciwość. Ja też jestem przekonany i o jednym i o drugim, niemniej jednak taka fala pochwał ze strony moich wrogów natychmiast by mnie zaniepokoiła. Bo kiedy wróg na mój widok pieni się w wściekłości, kiedy wyzywa mnie od najgorszych – wtedy jestem zadowolony, bo widzę, że wrogowi szkodzę, skoro mnie zwalcza. Kiedy zaś wróg zaczyna mnie chwalić, muszę się zastanowić, co złego robię, w jaki sposób mimowolnie działam na korzyść wroga.

W naszym przypadku nietrudno się domyślić, o co chodzi. Dymisja Marszałka Sejmu obudziła nadzieję, zarówno w konfidentach, drżących z obawy przed zdemaskowaniem, jak i w aferzystach, obawiających się wykrycia i rozliczenia ich złodziejstw, a także – w przeciwnikach politycznych, a właściwie – co tu ukrywać – nie tylko politycznych przeciwnikach, co wrogach naszego narodu, którzy pasożytowali na nim przez całe dziesięciolecia – że oto wkrótce przestaną się bać zdemaskowania, przestaną się bać rozliczenia i powrócą do pasożytowania na narodzie – jak za dawnych czasów dobrego fartu. Bo dymisja Marszałka Sejmu obudziła nadzieję na rozpad koalicji i nowe wybory, do których szykują się już „obrońcy dorobku III Rzeczypospolitej” – z Aleksandrem Kwaśniewskim, „drogim Bronisławem” i Tadeuszem Mazowieckim.

Szczerze powiem, że wiele posunięć prezydenta Kaczyńskiego uważam za całkowicie chybione, a co gorsza – jego Kancelaria najwyraźniej nie dorasta do zadań, które chciałaby w polskiej polityce pełnić. Również dywersja z jego strony przy próbie nowelizacji konstytucji, która, nawiasem mówiąc, przesądziła o klęsce tej inicjatywy, była zarówno co do intencji, jak i skutków fatalna. Co do intencji również – bo odnoszę wrażenie, ze pan prezydent za wszelką cenę chciał uniknąć sytuacji utrudniającej mu przyjęcie „w imieniu Polski” konstytucji Unii Europejskiej. Pora zatem pożegnać się ze złudzeniami.

Ale jaka jest alternatywa? Alternatywą jest powrót Aleksandra Kwaśniewskiego na czele swego dworu i armii konfidentów, agentów wpływu państwa obcych, wszelkiego rodzaju aferzystów, słowem – w orszaku wszelkich patologii, jakie dały nam się we znaki w III Rzeczypospolitej. Całe to towarzystwo będzie starało się nie tylko odegrać za przeżywane obecnie pięć minut strachu, ale też zabezpieczyć się przed podobnymi niespodziankami na przyszłość. A to oznacza dla nas wszystkich niewole i kajdany.

Dlatego też, wzorując się na starożytnych Rzymianach, którzy każdą myśl potrafili wyrazić w postaci pełnej mądrości sentencji, powinniśmy dzisiaj przypominac właśnie tę: quidquid agis prudentem agas et respice finem – cokolwiek czynisz czyń rozsądnie i patrz końca. I patrz końca. I patrz końca…


Szczęść Boże!

Stanisław Michalkiewicz

drukuj