Wybory w Kenii

Dziś w wyborach prezydenckich w Kenii zmierzą się w roli faworytów: milioner Uhuru Kenyatta i Raila Odinga – premier, który nie uznał wyniku poprzednich wyborów, zakończonych pogromami etnicznymi.

Okaże się, czy wyciągnięto z nich wnioski. Kampania wyborcza, jakiej Kenia jeszcze nie widziała, zakończyła się w sobotę. Nad miastem Kisumu – jednym z większych w Kenii – nigdy nie latało tyle helikopterów co w piątek. Najpierw nadleciały trzy; w jednym z nich Uhuru Kenyatta z plemienia Kikuju – najbogatszy człowiek w Kenii i członek rządu. Ciążą na nim oskarżenia Międzynarodowego Trybunału Karnego o podżeganie do pogromów po wyborach z grudnia 2007 roku, w których zginęło niemal 1,5 tys. ludzi. Helikoptery jednak szybko odleciały, ponieważ na placu, na którym miał się odbyć przedwyborczy wiec, nie było nikogo.

Godzinę później nad Kisumu nadleciał kolejny kandydat na prezydenta, Raila Odinga, główny rywal Kenyatty. Dziesiątki tysięcy ludzi ubranych na pomarańczowo skandowały: „Koniec korupcji, dyktatury i zawłaszczenia ziemi”. Pomarańczowy Ruch Demokratyczny (ODM) jest częścią koalicji, na czele której stoi Odinga.

„To jest coś, co dzielimy z Ukrainą. Teraz my doświadczamy pomarańczowej rewolucji” – powiedział PAP tuż przed wejściem na scenę premier Kenii. „To, co nie zdarzyło się w poprzednich wyborach, zdarzy się teraz. Wszędzie mamy ogromne poparcie. Kenijczycy już zdecydowali, że chcą zmiany, a ta zmiana jest pomarańczowa” – przekonywał. Dokładnie tę samą pewność siebie miał w głosie Uhuru Kenyatta, który w sobotę przemawiał do tłumów w parku Uhuru, czyli parku wolności – ochrzczonym tak przez Kenyattę seniora, który był pierwszym prezydentem niepodległej Kenii. To dzięki koneksjom majątek rodu Kenyattów szacuje się na pół miliarda dolarów.

Mimo oskarżeń MTK o zbrodnie wojenne, Kenyatta wygłosił orędzie pokoju i podobnie jak Odinga zapewniał, że wygra już w pierwszej turze. W tym samym czasie, na wypełnionym po brzegi stadionie Nyayo w Nairobi, jego rywal ostrzegał, że te wybory są najważniejsze w historii Kenii od uzyskania niepodległości 50 lat temu.Ta okrągła rocznica zainspirowała sztab Kenyatty, by koalicję, w której skład wchodzi również drugi oskarżony przez MTK William Ruto, nazwać „jubileuszową”. Ich hasło brzmi „Jedność, rozwój, przejrzystość.” Kenyatta, którego kampania wyborcza stylizowana na kampanię prezydenta USA Baracka Obamę kosztowała ponad 100 mln dolarów, zatrudnił zdecydowanie lepszych spin doktorów. Zapewne to dzięki nim wygrał pierwszą w historii Kenii debatę telewizyjną na żywo. Z Odingą wygrywa również na Facebooku, gdzie zebrał niemal pół miliona fanów, zaś jego kontrkandydat – mniej niż 100 tys. Jednak w oficjalnych sondażach obaj kandydaci i ich ugrupowania idą łeb w łeb.

W zeszłym tygodniu Niezależna Komisja Wyborcza wszczęła śledztwo w sprawie handlowania dowodami tożsamości wyborców, zarejestrowanych w nowoczesnym systemie informatycznym. „Uhuru i Ruto nie mają zamiaru stawać przed trybunałem w Hadze, dlatego chcą wygrać za wszelką cenę” – twierdzi aktywista Boniface Mwangi. „Dla mnie pokój w tym kraju ma jedno imię i nazywa się Raila” – powiedział PAP Kevin, pokazując bliznę na głowie – pamiątkę po ostatnich wyborach. „My, ludzie z plemienia Luo, których krew płynie w żyłach Baracka Obamy, mamy dosyć władzy Kikuju. Jeśli Uhuru wygra, znaczy, że wybory zostały sfałszowane. Bierzemy wtedy do ręki kamienie i z Kisumu maszerujemy do Nairobi. W innych częściach kraju zrobią podobnie” – przestrzegł.

Mimo że obaj rywale na wiecach apelowali o spokój i obiecali uznanie wyników głosowania, a w kraju prowadzone były liczne kampanie społeczne na rzecz pokoju, Kenijska Komisja Praw Człowieka ostrzega, że emocje rosną, a przypadki użycia przemocy i mowy nienawiści nie są odosobnione. W różnych częściach kraju pojawiły się ulotki o treściach nawołujących do przemocy. Z tego powodu wielu ludzi, którzy zamieszkują miejsca etnicznie różnorodne, w obawie przed pogromami wraca w rejony pochodzenia. To, czy Kenia, która na tle innych krajów Afryki od lat jest symbolem stabilizacji, zda trudny egzamin z demokracji, okaże się za kilka dni lub w drugiej turze wyborów 11 kwietnia.

PAP

drukuj