Świat dla dorosłych?
Na Dzień Kobiet Parlament Europejski zafundował europejskim kobietom
rezolucję na rzecz "zrównania" kobiet z mężczyznami poprzez zagwarantowanie im
aborcji, antykoncepcji oraz swobody "orientacji seksualnej". Skoro nawet skały
poddają się kroplom wody, to tym bardziej miękną ludzkie sumienia pod wpływem
codziennego głośnego zachwalania ekstremalnej zbrodni o jakoby "prawa kobiet", a
zwykłej rozwiązłości jako "miłości".
Nie należy się zatem zdumiewać, że nawet w epoce kryzysu i załamania
finansowego stać będzie UE na suto opłacane nieustanne zagrzewanie w PE do
zrobienia przez ludzkość ostatniego kroku ku Szczęściu, do czego jednak
konieczne ma być pozbycie się sumienia. Polityczne gesty Parlamentu mają bowiem
siłę nade wszystko odnośnie do sumień, a ono dzisiaj ma chyba najwyższą w
dziejach cenę. O nie przecież toczy się podstawowe zmaganie w ludzkich dziejach,
jeśli rzeczywiście jesteśmy istotami rozumnymi, ale i zagrożonymi w tej
rozumności, czyli zagrożonymi także w funkcjonowaniu naszego sumienia. Pozbycie
się go – co jest możliwe poprzez naginanie go do swoich występnych czynów –
napełnia jednak wściekłością i aktywnością prawną wobec tej reszty ludzkości,
która jeszcze ma sumienie i stara się z nim uzgodnić własne działanie.
Ale nie tylko postulowanie oczywistych zbrodni – w celu oddalenia niepokojów po
pozbyciu się sumienia – budzi uzasadnione podejrzenia odnośnie do "równościowej"
rezolucji PE, jak i wielu innych działalności instytucji UE. Instytucje te zdają
się być ogarnięte wysoką gorączką, jak można wnioskować z rosnących co sekundę
tysięcy stron oplatających nas prawnych zaleceń, rezolucji, dyrektyw, instrukcji
itp. Już prawie każdy nasz krok precyzyjnie się wymierza i sprawdza przez
odpowiedni organ kontrolny przy pomocy też ściśle określonej metody, z czego
nieraz tylko żartujemy, posłusznie jednak wykonując odgórne polecenia.
Nieustannie zatem np. robimy w swoich miejscach pracy rozmaite żądane, często
obszerne, sprawozdania swojej działalności, tak jakby obywatel był niepełnoletni
i konieczne byłoby nieustanne trzymanie go za rękę. Interesująca nas tu
rezolucja PE w sprawie "równości kobiet" to także arcygruba broszura (ok. 100
paragrafów, opatrzonych najpierw pokaźną liczbą "uwzględnień" stosów
wcześniejszych dokumentów i "mająca na uwadze" rozmaite "fakty"), w
najdrobniejszych szczegółach planująca zabezpieczenie owej "równości". Przed
zaśnięciem w trakcie lektury chroni nas tylko wyraźnie odczuwalny, bo zbyt
gorący żar serc jej autorek i autorów. Czytając dzieła Platona, Arystotelesa czy
św. Tomasza, mamy wrażenie nade wszystko spokoju myślowego w odsłanianiu nam
obiektywnej rzeczywistości, spokoju nierozbijanego nawet częstym wprowadzaniem
elementów wesołości, grozy lub podniosłości, jak to mamy w tekstach Platona. U
nowożytnych intelektualistów i ich uczniów typowy jest natomiast nastrój
prometejskiej euforii, właściwej odkrywcom nieznanych dotąd lądów myślowych: np.
"człowieka natury", ukrytego "poddaństwa" lub "niepełnoletności" kobiet,
dotychczas żywionych pozorów i złudzeń. Rzuca się nam te skarby pod nogi i z
goryczą spogląda z góry na wieprzów niepotrafiących rozpoznać pereł. Czujemy, że
ich współcześni uczniowie w instytucjach UE też płoną i aż nie mogą się
doczekać, kiedy każdy człowiek stanie się pod ich kierunkiem wreszcie szczęśliwy
w najdrobniejszym szczególe swojego życia i wedle zadanej do wierzenia idei. W
tym właśnie celu jak dziecku wskazuje się nam prawie ze łzami w oczach każdy
nowy kroczek i wzywa się do trzymania pomocnej dłoni. Bez tego kurczowego
uścisku również o żadnej "równości" kobiet nie będzie można zamarzyć, bo
przecież nawet same zainteresowane nie zawsze pragną wyzwolenia. Nic zatem
dziwnego, że John Stuart Mill – czołowy nowożytny orędownik "równości kobiet" –
postulował znieść "poddaństwo kobiet" siłą, bo im samym w tym stanie ma być zbyt
wygodnie, aby chcieć zmienić sytuację. Również w rezolucji PE zamierzającej
uchylić nieba kobietom nie pozostawia się im marginesu własnej swobody, a
zwłaszcza wyraźnie się je zniechęca do realizacji swojej kobiecości w płodnym i
nierozerwalnym związku z mężczyzną (bo "macierzyństwo nie powinno być hamulcem
dla kariery kobiet"), co wydaje się europejskim nadzorcom wykluczać szczęście
ludzkości, a w szczególności kobiet.
Fakty te wskazują, że już daleko poszła przemiana demokratycznej Europy w nowy
system totalitarny, przed którym ostrzegał – jako pierwszy – Alexis Tocqueville
w swojej głębokiej analizie rodzącej się demokracji Stanów Zjednoczonych.
Przyglądając się z bliska temu państwu, tworzonemu od samego początku, wprawdzie
z jednej strony zachwycał się zaletami jego demokracji, ale z drugiej ostrzegał,
że ułatwia ona powstanie nowego despotyzmu, różniącego się istotnie od
wszystkich dotychczasowych jego form. Nowożytna demokracja wyłania bowiem
opiekuńczą formę władzy, "która chce sama zaspokoić ludzkie potrzeby i czuwać
nad losem obywateli. Ta władza jest absolutna, drobiazgowa, pedantyczna,
przewidująca i łagodna. (…) Ona jednak stara się nieodwołalnie uwięzić ludzi w
stanie dzieciństwa. (…) Chętnie przyczynia się do ich szczęścia, lecz chce
dostarczać je i oceniać samodzielnie. Otacza ludzi opieką, uprzedza i zaspokaja
ich potrzeby, ułatwia im rozrywki, prowadzi ważniejsze interesy, kieruje
przemysłem, zarządza spadkami, rozdziela dziedzictwo. Że też nie może oszczędzić
im całkowicie trudu myślenia i wszelkich trosk ich żywota". Te twierdzenia
sformułowane na początku XIX wieku w "O demokracji w Ameryce" znakomicie opisują
także naszą teraźniejszość w ramach UE.
Marek Czachorowski
