Prymus na scenie życia
Irena Kwiatkowska była prawdziwym wirtuozem polskiej sceny komediowej,
kabaretowej i filmowej, a na instrumencie własnego organizmu potrafiła zagrać na
wszystkich strunach czysto, wzruszająco, piano i forte, bawiąc przy tym do łez.
Jej przekaz był klarowny i realistyczny, nawet gdy z groteskowym dystansem czy
surrealistyczną wyobraźnią wypowiedziany.
Nie była komediantką, choć komedia, satyra i groteska stanowiły jej żywioł. Nie
pasuje też do niej określenie wielkiej damy polskiej sceny, choć słowo "dama"
przystoi jej charakterowi i silnej postawie takim, jakie w polityce łączy się z
Margaret Thatcher (na marginesie dodam, że byłoby znacznie więcej istotnych
podobieństw między paniami). Irena Kwiatkowska twardo i zdecydowanie stąpała po
ziemi, nawet wówczas, gdy w tanecznym rytmie zwinnie przebierała nogami. Nie
miała w sobie nic z uwodzicielki, a tym bardziej kokietki. Jej praca i miejsce
na scenie były precyzyjnie zorganizowane, a każda czynność niemal matematycznie
wyliczona.
Nie warto być aktorką, nie będąc Kwiatkowską
Niewielu jest aktorów, zwłaszcza z komediowym emploi, którym udało się tak
perfekcyjnie opanować rzemiosło, tym bardziej że technika tego zawodu ostatnio
nieco podupada.
Nie była także typem gwiazdy scenicznej, choć wielokrotnie słyszałam od adeptów
sztuki teatralnej, że nie warto być aktorką, nie będąc Kwiatkowską. Nie
pozwalała sobie nigdy na "puszczanie oka" do publiczności ani też na żaden
protekcjonalny gest. Jakiekolwiek szarżowanie w ogóle nie wchodziło w grę.
Oprócz oczywistego talentu scenicznego i temperamentu mogła ten niezrównany
wyraz osiągnąć dzięki bardzo solidnej szkole, która wcale nie zaczynała się od
wymachiwania nogami, ale od solidnego obcowania z literaturą, nie tylko
teatralną. Dobra znajomość gatunków literackich, ich budowy, podstaw poetyki i
wersyfikacji, technik pisarskich, była niezbędna do odczytania tekstu ze
zrozumieniem, z czym dziś nie może uporać się nowa, choć już nie najmłodsza
matura. Środki wyrazu literackiego w sposób zasadniczy przekładają się na formy
wyrazu scenicznego. Nie wystarczy np. sama techniczna strona ćwiczeń emisji
głosu, trzeba jeszcze wiedzieć, jak i kiedy z tego ćwiczenia skorzystać.
Kwiatkowska wiedziała to zawsze i dlatego, co jej ostatnio przypomniano, mogła
pozwolić sobie na poprawianie Gałczyńskiego, który pisał dla niej duże fragmenty
Teatrzyku Zielona Gęś, i budowanie w ten sposób postaci Hermenegildy
Kociubińskiej, poetki hermetyczno-sympatycznej. Jej wpływy i rygory literackie
były zauważalne również w innych piosenkach i wierszach kabaretu. Miała przy tym
ogromne poczucie porządku świata, tego naturalnego, który zakłócany był tylko
przez rozmaitych projektantów rzeczywistości lub zwykłe ludzkie przypadłości.
Zarówno role sceniczne, jak i życiowe, które przypadły jej w udziale, wypełniała
zawsze starannie i bez pretensji do świata. Z równym przekonaniem podchodziła do
zadania scenicznego pierwszego planu, jak do epizodu, z tym samym uporem
obierała ziemniaki w kuchni ZASP-u, gdzie pracowała w czasie niemieckiej
okupacji, z jakim występowała na scenie podziemnego teatru u Tadeusza Byrskiego
i Leona Schillera. A gdy przyszedł rozkaz do Powstania Warszawskiego, ruszyła do
kolejnego zadania. O wszystkich swoich różnej rangi działaniach opowiadała bez
wyróżnień jak o tym, co trzeba wypełnić. Może dlatego nie rozwodziła się
szczególnie nad swoją kartą bohaterską. Była twarda z charakteru i miała także
do siebie pewien dystans. Te ćwiczenia w życiu wypracowały jej metodę,
systematykę pracy teatralnej.
Kabaret, z którym jest kojarzona i w którym stawiała pierwsze kroki na zawodowej
scenie, wciąż do niej powracał i wiecznie o nią zabiegał. Był motywem przewodnim
jej artystycznego życia. Szkołę jednak miała niezwykle zdyscyplinowaną i może
dlatego w jej repertuarze kabaretowym, mimo nieraz tematów frywolnych, nigdy nie
było wulgaryzmu ani w słowie, ani w interpretacji.
Pochodziła z katolickiej rodziny robotniczej
Ojciec był drukarzem, a dom rodzinny, choć skromny, pełen był książek. Mieszkali
w kamienicy, w której prócz nich samych tylko sąsiedzi z pierwszego piętra i
dozorca byli katolikami. Mieszkał tam żydowski kantor, który śpiewał całymi
dniami i cała okolica pachniała rozmaitością. Zapachy dzieciństwa były
najsilniejszym wspomnieniem. Irena Kwiatkowska w ogóle była "zapachowcem", co
przekładało się w przekazie scenicznym na "zapachowe", wonią podrażniane
modulowanie głosu. Oddawała to obrazowanie świata pachnącego najsilniej na
antenie Polskiego Radia.
Na drodze do kariery znalazły się szkoły
Miała to szczęście, że w gimnazjum szkolny teatrzyk stanowił formę literackiego
i obywatelskiego wychowania. Nie obdarzano jej tam żadnymi rolami nadobnych
panien, ale grywała role męskie. Była pracowita, uparta i zdecydowana, więc w
tym charakterystycznym rysie została zauważona. Decydujące jednak było dostanie
się do PIST-u (Państwowego Instytutu Sztuki Teatralnej), który z właściwą sobie
pokorą traktowała jako szkołę zawodową. Tam zaś, oprócz talentu, pracy i prawdy
we wszystkim, tj. w życiu i sztuce, wymagano jeszcze taktu i kindersztuby.
W PIST, którym wówczas kierował Aleksander Zelwerowicz, oprócz nauki rzemiosła
przywiązywano ogromną wagę do rozwoju intelektualnego. Nauczano historii sztuki,
teatru, literatury, a wszystko to na poważnie, nie na dodatek. Organizowano
wycieczki do teatrów w kraju i za granicą, wprowadzano w świat sztuki. Wreszcie
zaczęto organizować konkursy recytatorskie.
W 1934 r. – konkurs na recytację wiersza dla dzieci – pierwsza nagroda Irena
Kwiatkowska, 50 zł, potem konkurs na wiersze Gałczyńskiego, kolejne 50 zł,
następny na najlepsze wyrecytowanie utworu nowoczesnej poezji polskiej – znów 50
zł przyniesione mamie, która już zaczęła odczuwać wagę nadchodzącego zawodu
aktorskiego.
Zaczęło się od radia
Kwiatkowska, choć skromna, nie mogła przejść przez szkołę bez zwrócenia na
siebie uwagi, intrygowała precyzją i brzmieniem wiersza. Dzięki konkursom
zaistniała w Polskim Radiu w 1934 r. jeszcze jako studentka. Od marca 1936 r.
zaczęły się słuchowiska poematem Tuwima w reżyserii Antoniego Bohdziewicza.
Kariera radiowa rozwijała się dynamicznie, spośród licznych ról szczególnie
ważne okazały się te dla dzieci. Żal, że dzisiejsze Polskie Radio ma tak
ograniczone fundusze, a każdy artystyczny, z wysoką kulturą projekt dla
najmłodszych upada, zanim zdoła się rozwinąć. Irenie Kwiatkowskiej w Polskim
Radiu warto by poświęcić nie tylko osobny artykuł, lecz także pełną monografię,
wydaną razem z fonograficznym kompletem dokonań.
Zawodowo po studiach zaczęła od pracy w Cyruliku Warszawskim, ale ten
eksperyment szybko się skończył. Zaraz po tym Towarzystwo Krzewienia Kultury
Teatralnej zorganizowało Stołeczny Teatr Powszechny, zwany teatrem peryferyjnym.
Miał on docierać do warstw najuboższych, co wcale nie oznaczało, że mógł
pozwolić sobie na słabość, lekceważenie, uproszczenie czy taryfę ulgową jak w
dzisiejszej serialowości. Przeciwnie, uczył artystów, jak trzeba być pokornym,
jakie trudy i przeszkody można pokonać. Zetknięcie z takim wizjonerem jak Iwo
Gall także dodawało otuchy. Kwiatkowska zagrała na tej scenie Chochlika w
"Balladynie", Rózię w "Dożywociu" i Antosię w "Chorym z urojenia" w reż.
Stanisławy Wysockiej. Wszystkie te role, choć nie pierwszoplanowe, zostały
zauważone przez publiczność i krytykę.
Potem nadszedł epizod poznański – Teatr Nowy i pozostało radio – "Minuta poezji"
– wiersze, a także dalsze słuchowiska.
Kolejny sezon to Teatr Polski w Katowicach, gdzie od początku robiła furorę jako
Fredrowska Zuzia w przedstawieniu Konstantego Tatarkiewicza. Dalej już każdy
spektakl przynosi zainteresowanie i przychylność krytyków. W tej dobrej aurze
chce jednak wrócić do Warszawy, do Galla, i tak się już umawia na sezon
1939/1940.
Służba Zwycięstwu Polsce
Po powrocie nowy sezon rozpoczęła wojna. Pierwszą jej sceną stał się nie tyle
teatr, ile Służba Zwycięstwu Polsce, do której się zgłosiła, a na apel
prezydenta Starzyńskiego poszła z pomocą do gmachu Poczty Głównej, gdzie
otrzymała przydział do prac w Czerwonym Krzyżu.
"Moja wojna we wrześniu to był punkt sanitarny. Kiedy zaczęła się okupacja,
postanowiłam, że nie będę występowała" (Roman Dziewoński, Irena Kwiatkowska i
znani sprawcy, s. 86). Potem była AK, praca w kuchni, teatr podziemny, wreszcie
Powstanie Warszawskie, w którym odgrywała dwie role: pierwszą – łączniczki,
drugą – aktywnego bojownika brygady teatralnej założonej przez Leona Schillera.
Przedstawienia dawano w szpitalach. Oddział spotykał się w sklepie Wedla.
Repertuar do piwnic stanowiły piosenki, wiersze, monodramy.
Podczas dramatycznej ewakuacji mieszkańców Warszawy udało jej się "zwiać".
Uciekła nieco okrężną drogą do Krakowa. Po latach dowiedziała się, że pokój, w
którym mieszkała pod Wawelem, był wcześniej użytkowany przez Karola Wojtyłę.
Bardzo przejęła się tą informacją, gdyż wiązał się z tym miejscem trudny epizod.
Została zaskoczona przez Niemców w mieszkaniu, bez właściwych papierów i
meldunku, zapakowano ją do transportu. Wspominała tylko, że dużo się modliła. "W
takich chwilach człowiek wie, że nic nie znaczy" – wracała pamięcią. Wiedziała,
że to Oświęcim. W drodze skierowano nagle pociąg na boczny tor, zatrzymano. O
dziwo, wszystkich wypuszczono… potem przyszła wiadomość, że uratowała ich
bitwa pod Makowem Podhalańskim.
W Teatrze Miniatur Siedem Kotów
Już w maju 1945 r. wróciła do radia, gdzie została zatrudniona na etat jako
pierwsza polska aktorka. Prowadziła audycje poetyckie, czytała literaturę,
recytowała, brała udział w słuchowiskach. Wtedy dostała zaproszenie do
organizowanego właśnie Teatru Miniatur Siedem Kotów – pierwszego powojennego
kabaretu. Była wówczas atrakcyjną kobietą, w pełni sił twórczych i życiowych i w
potyczkach z autorem wykreowała postać Hermenegildy Kociubińskiej. Postać
symboliczną z lekko surrealistycznym poczuciem humoru, niekiedy poetycką, dzięki
talentowi Gałczyńskiego i własnej precyzji osiągnęła perfekcję w zestawianiu
słów i brzmień. Choć sam kabaret nie miał długiego żywota, Hermenegilda
Kwiatkowskiej unosi się po Krakowie do dzisiaj.
Po krakowskim oddechu, powiewie wolności, echami swingujących rytmów i jazzowych
brzmień, które przewinęły się przez kabaret, zwiezione tam ze świata od
powracających żołnierzy, przyszła pora na powrót do Warszawy. W Krakowie jeszcze
rozumiano wagę spraw ustrojowych i publicznych, znaczenie instytucji
publicznych, rangę senatu. Ogólnie panowała jeszcze w miarę zrównoważona skala,
gdzie było miejsce i na lekkość w sztuce, i na powagę, odpowiedzialność w życiu
społeczności. Ten czas się jednak domykał.
Powrót do Warszawy w 1948 r. to jeszcze "Warszawski Jazz-Klub", prywatny Teatr
Klasyczny Marii Gorczyńskiej. Ważny etap w życiu zawodowym Kwiatkowskiej –
powrót na scenę dramatyczną, budowanie roli. Była charakterystyczna i nie
obawiała się na scenie pokazać jako brzydka – słynna groteskowa Madame Arcati w
"Seansie".
Zbliżał się duch socrealizmu. Kwiatkowska pozostała w teatrze upaństwowionym i
przekształconym we Współczesny. Praca w zespole Erwina Axera była nowym
wyzwaniem mimo coraz trudniejszych czasów. Zagrała w "Wieczorze Trzech Króli",
ale najważniejszym scenicznym dokonaniem okazała się rola Wariatki z Chaillot w
sztuce Giraudoux, co stało się pierwszym, poważnym zagrożeniem dla aktorki
nieutożsamionej w ogóle z nowymi, socjalistycznymi ideami i gatunkami.
Trzeba było uciekać znów w stronę kabaretu, dozwolonej satyry. Zawsze było
jeszcze radio w tle. To, co ponaddozwolone, wyczytywało się między wierszami. Tu
właśnie rzemiosło było nie do przecenienia. Jerzy Jurandot, chcąc utrzymać
zespół satyryczny, szedł na ustępstwa wobec cenzury, dopuszczając w tekście
wymaganą gramaturę socjalizmu. "Międzywiersze" i inne sztuczki warsztatowo
niuansowe dopuszczano jako swoisty wentyl bezpieczeństwa.
Późniejsza filmowa i sztandarowa zarazem Kobieta Pracująca nosiła znamiona ról z
tego właśnie okresu twórczego, tyle że w filmie Kwiatkowska miała jeszcze
podwójny dystans. Ona na swej drodze życiowej nauczyła się rzeczywistej pokory.
W życiu osobistym modliła się, a gdy nie widziała rozwiązania, zwyczajnie i po
ludzku zostawiała je modlitwie. W tej komedii jej życia było więc, prócz
śmiechu, tak wiele wzruszenia, pogody ducha, siły przetrwania.
W tym trudnym okresie rozpoczęła także pracę dydaktyczną w Szkole Teatralnej.
Uczyła aktorów i przyszłych estradowców żywego słowa, scenek, skeczy itp.
Od Kabaretu Starszych Panów do Kabaretu Dudek
Z Jeremim Przyborą zetknęła się przy współpracy w radiu, w tym samym czasie z
Tyrmandem, Dziewońskim, który nauczył ją miłości do jazzu – zakazanego owocu,
powiewu wolności na scenach satyrycznych. Realistyczne stąpanie po ziemi
sprawiło, że doskonale poznała drogi do ludzi, którzy jej nie zagrażali, z
którymi znajdowała wspólny język i szczególne współmyślenie.
Odnajdywali się najlepiej w kabarecie, bo tam można było mówić i myśleć
najbardziej serio, niezależnie od tego, jaki pretekst poddawał właściwą myśl i
ton. Był więc Szpak, Dudek i Kabaret Starszych Panów. Szpak to były piosenki,
monologi, wiersze z klasyki kabaretu, ale pisano również wyłącznie dla niej. W
teatrach odnajdywała się pomiędzy Syreną a Komedią. Jej perfekcyjność zaczynała
w końcu stwarzać problem. Brakowało dobrych, dopracowanych tekstów, sama często
musiała dbać o kostium, rekwizyt, szczegół.
Szczęście jednak jej nie opuszczało. Stanęła gdzieś w drodze pomiędzy
Gałczyńskim a Przyborą. Marzył się jej inny, fantazjotwórczy świat z własną
logiką, małym kalamburem lub sylogizmem, lecz inny niż ten z teatru absurdu,
mniej ponury, pobudzający wyobraźnię. Tak się rozwinął Kabaret Starszych Panów.
Przybora i Wassowski nie od razu przygarnęli ją do spółki. Początkowo wszyscy
wykonawcy po trosze obawiali się jej kunsztu i ingerencji, no – i jeszcze jedno,
czy jej perfekcyjność zmieści się w tym zaczarowanym świecie metamorfozy, który
istnieje "po drugiej stronie szafy lub lustra", innym od otaczającego,
kierującym się własnymi regułami. Przecież, jak się nieraz okazywało, bardziej
realnym w swej ulotności niż ten, który ukazywały gazety czy twórczość
gazetopodobna.
Pani Irena idealnie wtopiła się w kabaret, ponieważ to właśnie znajomość
poetyckich reguł i szczególne wyczulenie na środki artystycznego wyrazu, język,
brzmienie zaprowadziły ją na scenę i pozwoliły zdecydowanie sobie poczynać nawet
z uznanymi autorami, jednak zawsze z okazywaniem im szacunku.
Obawiała się jej także piękna, liryczna i ulotna, z dużym pazurem dramatycznym
Barbara Kraftówna. Kabaretowy wamp – Kalina Jędrusik nie miała takich
niepokojów, ale i sama występowała w bardziej odległym od Kwiatkowskiej emploi.
Kwiatkowska w kilku sezonach kabaretu wystąpiła z kilkoma tylko piosenkami,
balladami, w zespołowo-refrenowym echu kilku utworów i jednej udramatyzowanej
roli. Bez niej jednak Starsi Panowie mogliby szybko zinfantylnieć. Zaczęła w
maju 1961 r., skończyła w lipcu 1966 roku. Igrała znakomicie ciągami spółgłosek
szumiąco-syczących i drżących, budując spiralę dramatyczną ballady, by w końcu
wywołać salwę śmiechu. Z życiowych banałów wyczarowywała historię kryminalną,
liryczną lub horrorystyczną i – jak w całym kabarecie – wzniecała tę nutę
nostalgiczną za światem, który zaginął.
Do Kabaretu Dudek przeszedł niemal cały zespół Starszych Panów, ale tu dominował
skecz i monolog, częściowo zmienili się autorzy i konteksty. Oczywiście nie
obyło się bez piosenki. Kwiatkowska chwaliła tam muzyków i inspicjenta. Był
równie zdyscyplinowany jak ona, co bardzo pomagało w pracy. Pierwszego wieczoru
na Nowym Świecie nikt nie oczekiwał dziesięcioletniej współpracy. Irena
Kwiatkowska wystąpiła łącznie w ośmiu programach Dudka. Brakowało dla niej
tekstów. Dudek był w ogóle bardziej męski. Bywało, że jeśli już tekst się
znalazł i dopasował do Kwiatkowskiej, trafiał do publiczności bardziej literacko
wyrobionej, a do zrozumienia wymagał wiedzy i oczytania. Dla pozostałych nie
było to jednak puste miejsce w programie, słuchało się jej jak muzycznego
koncertu.
Zmagania z telewizją
Nie były pasmem sukcesów, pomijam tu celowo role serialowe z "Wojny domowej" i
"Czterdziestolatka". Nie zagrała żadnej poważnej, wielkiej, głównej roli ani w
Teatrze Telewizji, ani w filmie, ani nawet w serialu, choć te kreowane przez nią
postacie pamiętamy najlepiej. Telewizja chyba nie ma przekonania do
perfekcjonizmu. Dziś nawet już nie ma potrzeby poprawnej artykulacji ani też
używania oddechu i właściwej modulacji głosu (o kropkach, przecinkach, pauzach,
innych znakach interpunkcyjnych i wersyfikacyjnych trudno już nawet wspominać).
Kochana i wierna pozostała na zawsze w Polskim Radiu. Tu przepracowała 65 lat i
tu wychowała wiele pokoleń dzieci w miłości do polskiego wiersza, do literatury,
nie dlatego, by miała przekonywać, jak wielkim wieszczem był poeta, ale właśnie
dlatego, że najmłodsi nie mogli oderwać ucha od radia, bo tak brzmiały strofy
Tuwima, Fredry i innych. Największy był to teatr wyobraźni, o jakim się dorosłym
nie śniło, i świetna szkoła literacka.
W dzisiejszych serialach trudno byłoby znaleźć dla niej istotne miejsce, choć
tam, gdzie zdarzają się inteligentne dialogi, nadal miałaby pole do działania. W
"Wojnie domowej" zaakceptowała literacką warstwę scenariusza Marii Zientarowej.
Wszyscy wybitni aktorzy, z którymi pracowała, mówili o zaszczycie, jaki ich
spotkał z powodu poznania pani Ireny, ale też niemal wszyscy podchodzili do niej
z respektem. Może też wielu wpędzała w kompleksy pomimo swojej skromności i
pokory. Pokora nie oznacza bezradności, tylko wiąże się z poczuciem obowiązku,
ułomności i kruchości człowieka i woli dążenia do pokonywania tych upadków i
słabości. Sama Kwiatkowska, przychodząc z doskonałym przygotowaniem na próby,
chętnie ustępowała miejsca kolegom, gdy dochodzili do głosu, nigdy nie starała
się przykryć ich czy zasłonić. Znała swoje miejsce wyznaczone przez rolę,
reżysera i predyspozycje.
W telewizji Gustaw Holoubek zwrócił jej uwagę na konieczność większej ascezy w
stosowanych środkach przed kamerą. To jej bardzo pomogło, choć z innej strony
miała tę sceniczną oszczędność przećwiczoną w czasach okupacji. W telewizji
brakowało jej publiczności, odzewu, bezpośredniości kontaktu i reakcji, z powodu
których trafiła do teatru. Opanowywała gesty. Zawsze dokładnie dopracowywała
ruch i gest, ekran jeszcze mocniej wymusił na niej to dopracowanie.
Dobra uczennica, pracująca kobieta, wielki talent, solidny człowiek. Same
superlatywy, a jednak nie była łatwym, choć dobrym partnerem.
W telewizji ważnym dla niej spektaklem był "Fantazy" w reżyserii Holoubka. To
był ten kaliber literacki, ku któremu najbardziej ciążyła, a którego w jej życiu
było tak niewiele.
Otaczana kultem
Na scenie teatralnej z Syreny u progu lat 70. przeniosła się do Teatru Ludowego,
gdzie już była otaczana kultem przez młodsze aktorki. Zagrała m.in. w "Powrocie
Alcesty", "Bezimiennym dziele", tytułową rolę Hrabiny Aurelii w "Wariatce z
Chaillot" – znów z wielkim sukcesem. Tylko kilka razy w życiu udało jej się
zaznaczyć niezwykły rys tragiczny, choć takimi rolami łamała przyzwyczajenia
publiczności. Dalszym ciągiem naruszenia przyzwyczajeń był "Wieczór Trzech
Króli" w obsadzie damskiej w przestrzeni Starej Prochowni. Ujawniono przed
widzami konwencjonalność teatru i magiczną granicę pomiędzy sceną i widownią,
prywatnością i mikrokosmosem sceny. Kwiatkowska odgrywała swoje partie i
wtapiała się w widownię, by powrócić na czas do swojej kwestii.
Trochę nie miała szczęścia we współpracy z Adamem Hanuszkiewiczem. Później
lepsze otoczenie dla jej wymagań artystycznych trafiało się jej w radiu,
telewizji, filmie niż teatrze, choć grała systematycznie i bez zarzutu.
Na 90. urodziny Teatr Polski przygotował jej wieczór jubileuszowy. Na próbę
przyszła pierwsza. Jeszcze parę razy zagrała w filmach i serialach.
Setnych urodzin nie będzie. Właściwie powinny się odbyć na polskiej scenie, bo
ona duchem tu z nami zostanie. Jej uczniowie i młodsi partnerzy, których uczyła
latami polszczyzny tak pieczołowicie i barwnie, może zechcą odegrać
najtrudniejsze role – jej spadkobierców. Przyjdźmy punktualnie, dobrze
przygotowani.
Dr Małgorzata Bartyzel
Autorka jest teatrologiem, animatorem kultury, była posłanką na Sejm RP V
kadencji.
