Sezon demonów?
Jednym z najważniejszych elementów człowieka jako istoty rozumnej, wolnej
i "komunijnej" jest wpierw jego cielesność. Tędy bowiem biegnie droga
kształtowania się naszej rozumności, wolności i nawiązywania najgłębszych
relacji z innymi. Poznanie zmysłowe dostarcza tworzywa poznaniu umysłowemu, a
pragnienia zmysłowe stanowią tworzywo ludzkiej wolności, czyli samostanowienia.
Także nasze relacje z innymi nawiązujemy poprzez cielesne uczty, pielgrzymki,
mocne lub delikatne uściski dłoni, a w granicznym przypadku poprzez oddanie
swojego ciała albo Bogu, albo drugiemu człowiekowi, otwartemu także swoją
płciową odmiennością na ten właśnie dar.
Działanie aniołów realizuje się zupełnie inaczej, ale bytami bezcielesnymi
nie jesteśmy ani nie powinniśmy starać się być, nawet jeśli zapanował dzisiaj
sezon na anielskość. Po kilku stuleciach przekonywania siebie, że jesteśmy tylko
maszynami czy też wyżej wyspecjalizowanymi zwierzętami, nadeszła epoka aniołów
(ewentualnie demonów). Zadomowiła się przecież szeroko akceptacja in vitro, a
zatem i przekonanie – zapowiadane w "Fauście" Goethego – że tak doskonałej,
duchowej istocie jak człowiek nie godzi się wkraczać w istnienie cielesnym
sposobem, jakoby niewspółmiernym duchowi ludzkiemu. Nasi telewidzowie też
nabrali przekonania, że handel ludzkim ciałem – codziennie uprawiany w mediach
przez tabuny celebrytów – nie jest tym samym, co handel samym sobą. Wdzięczą się
zatem prawie wszędzie w mediach wysokim poziomem swojego człowieczeństwa kobiety
publiczne, specjalizujące się w wyścigach zrzucania z siebie ubrania, a co
określa się dzisiaj "odważnymi sesjami zdjęciowymi", czyli praktykowaniem cnoty
kardynalnej męstwa. Ciało dla tego towarzystwa to tylko zewnętrzny dodatek do
ducha, rzecz ostatecznie nieważna.
Ambicje bycia aniołem mogą się jednak zakończyć sukcesem: poniżenie ciała
sprowadza człowieka rzeczywiście na inny niż ludzki, ale i poniżejzwierzęcy
poziom, który Arystoteles określił w swojej "Etyce" jako "bestialski". Zabrakło
mu pewnie słowa oznaczającego przeciwieństwo poziomu "boskiego", a który
określić należy raczej jako poziom demona, czyli upadłego anioła.
Trzeba się zatem pilnować, aby nie ponieść się takim "anielskim" ambicjom
dowolnego traktowania ludzkiego ciała, o których to ambicjach zdaje się
zapominać w "Tygodniku Powszechnym" red. Artur Sporniak. Przekonuje on – pewnie
z sukcesem – że z tzw. czystością i jej wymaganiami jest inaczej niż z
pozostałymi cnotami kardynalnymi. Jeśli te ostatnie (np. sprawiedliwość)
wymagają bezwzględnie obowiązujących sposobów działania, to jakoby nie da się
określić jakichkolwiek zawsze i wszędzie obowiązujących wymagań czystości, czyli
zawsze i wszędzie niesłusznych zachowań seksualnych. Tak ma być – według red.
Sporniaka – odnośnie do współżycia przedmałżeńskiego i wszystkich innych kwestii
w tej dziedzinie. Zamiast starać się o formułowanie tutaj zawsze i wszędzie
obowiązujących zakazów, należy odczytywać sens wymagań dotyczących sfery
seksualnej w księdze ewolucji przyrodniczej. Tak bym streścił logikę
proponowanej przez dziennikarza "bioetyki seksu".
Co jakiś czas red. A. Sporniak sięga zatem po jakiś podręcznik zoologii i
przeprowadza zoologiczne tłumaczenie jakoby tylko warunkowej obowiązywalności
norm moralnych dotyczących życia seksualnego. I tak wymaganie trwałości
małżeństwa (monogamii) tłumaczy koniecznością bardziej absorbującej matkę troski
o potomstwo, w tym i uciążliwego noszenia go na rękach m.in. z powodu utraty
przez człowieka sierści. To utracone dobrodziejstwo pozwoliłoby potomstwu
utrzymać się samemu przy matce, a jej oddać się jakimś ekonomicznym zajęciom i
rozrywce. W ten oto sposób kobieta zmuszona została do zatrzymania przy sobie
mężczyzny, aby wspomógł ją w trudach opieki nad dzieckiem. To znane już od
Rousseau tłumaczenie pojawienia się monogamii (nieznanej w "stanie natury",
gdzie nie było problemów ekonomicznych) pozwala na obronę twierdzenia, że wymóg
nierozerwalności małżeństwa obowiązywać może tylko do czasu uzyskania
samodzielności przez potomstwo lub też w stosunku do kobiet niemogących
samodzielnie utrzymać swojego potomstwa. Nie ma co się zatem przejmować
wymaganiami nierozerwalności małżeństwa (i wszystkimi innymi), jeśli rację ma
red. Sporniak. W oparciu o podręcznik zoologii tłumaczy on także piękno i
immanentny sens kobiecych piersi ich jakoby podobieństwem do pośladków (a nie
związkiem z prokreacją), co jednak jeszcze raz wskazuje na aktywność raczej
anielskiego niż ludzkiego umysłu.
Nieprecyzyjna byłaby jednak diagnoza, że podręcznik zoologii zastępuje red.
Sporniakowi podręcznik etyki, co by oznaczało, że popełnia on błąd nazywany
"biologizmem". Zwierzęta nie są w stanie ukierunkowywać się na poszukiwanie
przyjemności – a co ostatecznie proponuje omawiany autor – do czego jest zdolny
tylko człowiek dzięki swojej duchowości. Zoologia ustawiona została tutaj raczej
w roli zasłony ułatwiającej istocie rozumnej, wolnej i cielesnej zapomnienie
osobowego sensu własnego ciała jako środka osobowej komunikacji. Czyżby zatem
red. Sporniak uprawiał jakąś demonologię, naukę o nieprzejmowaniu się osobowym
sensem ludzkiego ciała?
Marek Czachorowski
