Sekuła? Przesłuchujący i przesłuchiwany grają w jednej drużynie

Z dr. Krzysztofem Pietrowiczem, wicedyrektorem Instytutu Socjologii Uniwersytetu Mikołaja Kopernika, adiunktem w Zakładzie Interesów Grupowych Instytutu Socjologii UMK, rozmawia Mateusz Dąbrowski

Śledzi Pan przebieg przesłuchań przed sejmową komisją hazardową?

– Staram się. Mam wrażenie, że początkowe działania komisji wskazywały na to, że nic nie zostanie wyjaśnione czy ujawnione. Jednak wraz z przesłuchiwaniem kolejnych świadków informacje, które się pojawiają, są coraz ciekawsze. Nie jestem przekonany, że komisji uda się wyjaśnić wszystko i zostanie przyjęty raport kompletnie wyjaśniający tę sprawę, natomiast moim zdaniem istnieją szanse na to, że z czasem pojawią się ciekawe materiały, które po dalszej interpretacji pozwolą rzucić inne światło na tę sprawę. Nie spodziewałbym się jakiejś wielkiej rewolucji w tym kontekście, jednak nie jest też tak, że działania tej komisji nie przyniosą żadnych efektów i wartości poznawczych.

Czy komisje śledcze w ogóle są dobrym rozwiązaniem? Trudno oprzeć się wrażeniu, że powoli stają się swoistym „reality show”, ale nieefektywnym.

– Możemy podawać argumenty zarówno za, jak i przeciw powoływaniu tego typu komisji. Myślę, że należy jednak spojrzeć na to w ten sposób, że komisja śledcza to jednak pewnego rodzaju instytucja, która jest powoływana w nadzwyczajnych przypadkach. Komisje śledcze nie są powoływane regularnie i nie ma ich zbyt wiele, dlatego w pewnych nadzwyczajnych przypadkach jest to jednak cenna instytucja. Biorąc pod uwagę nawet ten wielki, towarzyszący jej obradom show medialny czy to, że komisje są ordynarnym narzędziem walki politycznej, to jednak pozwalają one dotrzeć do materiałów, które w innych przypadkach nie byłyby ujawniane i nie można byłoby ich uwzględnić, analizując inne rozmaite wydarzenia na naszej scenie politycznej. W tym sensie dorobek poprzednich komisji, np. rywinowskiej czy ds. Orlenu, pozostaje nieprzebraną skarbnicą materiałów i dokumentów. Dlatego patrząc przez ten pryzmat, broniłbym istnienia takich komisji.

Jak Pan ocenia prace tej komisji i zachowania jej członków, zwłaszcza jej szefa Mirosława Sekuły?

– Odnoszę wrażenie, że poza tym, iż przesłuchujący i przesłuchiwany grają w jednej drużynie, to istnieje przemyślane działanie w tym celu, aby komisja zbyt wiele nie wyjaśniła i aby nie pojawiły się pytania zbyt kontrowersyjne. Być może trzeba użyć mocniejszego sformułowania, że w tym przypadku chodzi o paraliż tej komisji. Uważam, iż na to pytanie mógłby odpowiedzieć ktoś, kto spróbowałby przeanalizować to jako przemyślaną strategię funkcjonowania tej komisji.

Uważa Pan, że decyzja Donalda Tuska o rezygnacji z ubiegania się o fotel prezydencki w czasie, gdy przesłuchiwany był Mirosław Drzewiecki, była zbiegiem okoliczności?

– Możemy spekulować. Rzeczywiście jest to zaskakujące, że te dwa wydarzenia przebiegały równolegle. Natomiast po wczorajszym przesłuchaniu można powiedzieć, że Drzewiecki nie powiedział jednak niczego przekonującego, co można było dość łatwo przewidzieć. Wydaje się jednak, iż czegoś ważnego dowiemy się później, ponieważ bardzo trudno jest wyciągać wnioski na bieżąco. Mam nadzieję, że dalsze prace komisji jednak coś wyjaśnią.

Premier może czuć się zagrożony?

– Cały czas czekamy na przesłuchanie premiera Tuska przed komisją. Sam wie najlepiej, czy może czuć się zagrożony. Jest on politykiem, który skrupulatnie kalkuluje każde swoje posunięcie odnośnie do tego, jak będzie ono postrzegane. Jego medialne zachowania idą w tym celu, żeby uzyskać jak największą popularność, co oczywiście nie dziwi, ale w tym przypadku jest to szczególnie widoczne.

Oprócz wątku hazardowego jest inny, być może nawet ważniejszy. Chodzi o przeciek, do jakiego miało dojść w kancelarii premiera, kiedy to po spotkaniach Tuska z Drzewieckim i Chlebowskim urywają się bezpośrednie kontakty z lobbystami, a Ryszard Sobiesiak wycofuje córkę z konkursu na wysokie stanowisko w Totalizatorze Sportowym.

– Ten wątek z perspektywy premiera Tuska jest o wiele groźniejszy niż kwestia dotycząca samego hazardu. Wątek hazardowy w tym przypadku nie jest dla niego tak bolesny. Niejasności związane z ustawą o grach losowych i zakładach wzajemnych mogą bezpośrednio dotknąć innych polityków, natomiast nie jego. Kwestia przecieku wydaje się kluczowa. Odnoszę wrażenie, że o ile wątek hazardowy cały czas się rozwija i pojawiają się nowe dokumenty z kancelarii premiera, o tyle w przypadku przecieku mam obawy, iż te kwestie nie zostaną do końca wyjaśnione, a są one kluczowe.

Scenariusz, że PO sporządzi i przegłosuje raport, w którym winą za aferę obarczy PiS i SLD, jest prawdopodobny?

– Na początku prac komisji wszystko wskazywało na to, że właśnie tak będzie. Jednak teraz mam wrażenie, iż w kontekście wątku hazardowego wszystko pójdzie w tym kierunku, aby raport – co widać w świetle ostatnich przesłuchań – zawierał informacje o popełnionych błędach i podpisywaniu pism, których się nie czytało, jednak z zaznaczeniem, że nie były to zadania intencjonalne, mające na celu zapewnienie lobbystom hazardowym dodatkowych dochodów. Sądzę, że raport ukaże jedynie pewne ludzkie błędy i „wypaczenia” i nie będzie absurdalnego szukania winnych zupełnie gdzie innej. Nie spodziewałbym się jakichś innych konkluzji, jednak ze względu na ciekawe materiały warto się przyglądać posiedzeniom komisji.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj