Nowe fałsze Grossa (14)

Zabijali piórem

Rozmiary kłamstw Grossa dobrze ilustruje metoda zastosowana przez niego w ponad 50-stronicowej części

„Strachu” poświęconej „Żydokomunie”. Starając się zanegować ogromną rolę żydowskich komunistów w stalinizacji

Polski, Gross robi to niemal wyłącznie poprzez skrajnie kłamliwe pomniejszanie roli Żydów ubeków. Zupełnie

nie wspomina natomiast na ponad 50 stronach wspomnianego tekstu o bardzo wielkiej roli żydowskich komunistów

w komunistycznej propagandzie, stalinizacji kultury i nauki, w gospodarce, wojsku czy Ministerstwie Spraw

Zagranicznych i dyplomacji. Nie zająknął się o tym wszystkim nawet jednym zdaniem. I gdzie tu jest chociaż

cień rzetelności naukowej? Gross nie omawia również sprawy tak wielkiej roli żydowskich komunistów w aparacie

partyjnym, począwszy od centralnego kierownictwa PPR, a później PZPR. Gross najwyraźniej liczy znów na

totalną naiwność swoich amerykańskich czytelników. Sądzi, że czytelnicy ci, nic nie wiedząc o wielkich

wpływach żydowskich komunistów w tak licznych dziedzinach stalinizowanej Polski, nie upomną się o ich

pominięcie. Przypomnijmy tu więc skrótowo tak cynicznie zatajane przez Grossa fakty, poczynając od spraw

propagandy i stalinizacji kultury i nauki. W całokształcie zniewalania Polski bowiem bardzo znaczącą rolę

odegrało „zabijanie piórem” w służbie reżimu.

Wbrew kłamstwom i przemilczeniom Grossa trzeba tu przypomnieć, że z sowieckiego punktu widzenia żydowscy

komuniści byli wprost bezcenni przy obsadzaniu różnych ogniw tzw. frontu ideologicznego. Byli bezcenni jako

„nie skażeni polskością i katolicyzmem”, a więc gwarantujący całkowity brak wahań i jakichkolwiek skrupułów w

sprawach narodowych i religijnych, gotowi do bezwzględnego wykonywania sowieckich zaleceń w tych sprawach.
Ludźmi takimi mogły być tylko osoby z gruntu obce polskiemu patriotyzmowi i religii katolickiej albo nawet,

jeśli były w nich wychowane, gotowe do całkowitego zaparcia się zarówno polskiego patriotyzmu, jak i wiary.
Nieprzypadkowe więc wydaje się powierzenie właśnie Jakubowi Bermanowi, komuniście żydowskiego pochodzenia w

Biurze Politycznym KC partii komunistycznej, równoczesnego nadzoru nad sprawami bezpieczeństwa i kulturą.

Podobnie jak to, że dyktatorem komunistycznej prasy i wydawnictw został inny komunista żydowskiego

pochodzenia, Jerzy Borejsza (Goldberg). Nadzorcy polskiej kultury i nauki stworzyli klimat, w którym

największe szanse awansu, forowania jako nowe „a.” mieli „internacjonaliści” pochodzenia żydowskiego. Nader

znamienne oceny na ten temat znajdujemy w wydrukowanym pośmiertnie dzienniku Leszka Proroka, pisarza i

eseisty, byłego więźnia stalinizmu, wiceprezesa Związku Literatów Polskich w okresie solidarnościowej odnowy,

począwszy od grudnia 1980 roku. Prorok, pisząc o tym, co przyspieszało awanse ludzi ze środowisk

intelektualnych, stwierdził wprost: „No i wreszcie najważniejszy zadatek kariery: być Żydem lub wplecionym w

żydowskie koligacje” (L. Prorok, Dziennik 1949-1984, Kraków 1998).
Przygotowania do wyjątkowo dużej roli żydowskich komunistów w sowietyzowaniu Polski zaczęły się już w czasie

wojny, szczególnie mocno przybrały na sile, począwszy od 1943 r. w ramach quislingowskiego Związku Patriotów

Polskich. Został on wyraźnie zdominowany przez komunistów żydowskiego pochodzenia. Warto tu przypomnieć ocenę

Zygmunta Berlinga, postaci skądinąd mało świetlanej, ale skłóconej z żydowskimi rywalami w zabiegach o

przychylność Kremla. Bezskutecznie liczący na większe fawory u sowieckich mocodawców Berling pisał z

rozgoryczeniem: „(…) wszystkie kierownicze stanowiska w ZPP zostały obsadzone przez nie-Polaków, a próby

zmian personalnych wywoływały natychmiast bardzo hałaśliwe protesty, oskarżenia o antysemityzm, przy czym nie

cofano się nawet przed polakożerczymi atakami” (por. Z. Berling, Wspomnienia, t. II „Przeciw 17 Republice”,

Warszawa 1991, s. 103. Por. również uwagi w tomie III pt. „Wolność na przetarg”, Warszawa 1991, s. 120). Już

wtedy zaznaczyła się ogromnie duża rola żydowskich komunistów na wszystkich stanowiskach związanych ze

sprawami ideologicznymi. Historyk z Tel Awiwu Klemens Nussbaum pisał, że w redakcji organu ZPP „Wolna Polska”

Żydami byli wszyscy (poza W. Wasilewską) pracownicy redakcji: W. Grosz, H. Minc, P. Hofman, S. Wierbłowski,

J. Stryjkowski i R. Juryś (por. Jews in Eastern Europe and the USSR, 1939-1946, N. Davies and A. Polonsky,

Nowy Jork 1991, s. 184). Według wspomnianej książki N. Daviesa i A. Polonsky`ego, wszystkie najważniejsze

funkcje w aparacie politycznym były piastowane przez Żydów. Szefami politycznego departamentu byli najpierw

major Hilary Minc, a później kapitan Roman Zambrowski. W 4 z 5 pułków dywizji Żydzi piastowali funkcje

zastępców komendanta do spraw politycznych: kpt. Juliusz Hibner w 1. pułku piechoty, kpt. Leonard Borkowski w

2. pułku piechoty, major Witold Grosz w 1. pułku lekkiej artylerii i kpt. Witold Konopka w 1. pułku czołgów.

Żydzi byli także zastępcami komendantów do spraw politycznych w 12 z 21 batalionów. W gazecie dywizyjnej

„Żołnierz Wolności” Żydzi stanowili większość redakcji, łącznie z jej naczelnym (Adam Ważyk, Lucjan Szenwald,

Arnold Słuck i Krzysztof Gruszczyński, Leon Pasternak). Dyrektorem teatru zorganizowanego w dywizji był Leon

Pasternak, a większość aktorów stanowili Żydzi (między innymi Jerzy Walden, Ryszarda Hanin, Halina Billig). W

filmowej „Czołówce” niemal wszyscy zatrudnieni – tak producenci, jak kamerzyści – byli Żydami (wszystkie dane

za: N. Davies, A. Polonsky, op. cit., s. 195).
Ukształtowana już w początkach tworzenia tzw. ludowej armii polskiej sytuacja – tj. zdominowanie aparatu

politycznego przez komunistów żydowskich – utrzymała się i w następnych latach. Szczególnie negatywne

konsekwencje dla Polski miał fakt, że żydowscy komuniści na czołowych stanowiskach politruków odgrywali

niebywale destruktywną rolę wobec wszystkiego, co było związane z polskimi tradycjami narodowymi i

polskością. Przyjrzyjmy się temu na niektórych jakże wymownych przykładach.

Polakożerczy politrucy
Do najbardziej polakożerczych politruków pierwszego okresu powojennego należał szef Głównego Zarządu

Polityczno-Wychowawczego Wojska Polskiego w latach 1944-1945 Wiktor Grosz (Izaak Medres). Myślę nawet, że

właśnie on odegrał wówczas największą rolę w „zabijaniu piórem”, zwłaszcza w odniesieniu do Armii Krajowej.

Grosz należał do licznej skądinąd grupy komunistów żydowskich, którzy postawiwszy na stalinizm, zrobili

zadziwiające, iście napoleońskie kariery – w ciągu zaledwie czterech lat (od 1941 do 1945 r.) awansował z

szeregowca na generała. Tak błyskawiczną karierę zawdzięczał fanatycznej gorliwości w plwaniu na polskość i

polskie siły niepodległościowe. To on inspirował najohydniejsze antyakowskie plakaty w stylu „AK – zapluty

karzeł reakcji” i zajadle szkalował Powstanie Warszawskie. Już w październiku 1944 r. dał sygnał do

rozpoczęcia najskrajniejszej kampanii oszczerstw przeciw Armii Krajowej. W poufnej instrukcji zalecał: „Mamy

liczne dowody zbieżności haseł głoszonych przez AK i propagandę Goebbelsa, mamy liczne dowody współpracy

AK-NSZ z bandami bulbowskimi i gestapo, nie pora więc okazywać im zrozumienie, szacunek i tolerować

przywiązanie do przeszłości”. (…) Każdy pracownik pol-wychu musi pojąć, że dzisiaj nie ma miejsca na

żadne kompromisy z AK w wojsku. Jeśli byli akowcy chcą pracować z nami, nie zawieramy z nimi żadnych układów

o nieagresji w stosunku do ich dawnej ideologii. Oni muszą ze swoją przeszłością zerwać, potępić ją i

odgrodzić się od niej, a wtedy będzie dla nich miejsce w Wojsku Polskim. To nie jest układ równych z równymi

(…) zwolenników neutralnego czy pojednawczego stosunku do AK traktować jak akowców, dopóki się nie wykażą

w najbliższym czasie aktywną walką przeciw AK (…)” (cyt. za: J. Ślaski, Skrobów (2), „Tygodnik Solidarność”

z 1 września 1989 r.). 8 grudnia 1944 r. w pogadance dla „nowego” wojska Grosz głosił: „Zdrajcy spod znaku

NSZ i AK stosują swoją starą wypróbowaną metodę prowokacji i szpiegowania… Zniszczyć to, co jest dumą

narodu, co jest jego siłą – Wojsko Polskie – oto wspólny cel Hitlera i AK” (cyt. za: T. Żenczykowski, Polska

Lubelska 1944, Warszawa 1990, s. 193). W wydanej w 1945 r. broszurze „Na drogach powrotu” Grosz głosił, że

wybuch Powstania Warszawskiego spowodowała „egoistyczna awanturniczość garstki bankrutów”, twierdził, że była

to chyba „największa zbrodnia sanacyjnej kliki”.
Antyakowskim atakom Grosza zajadle wtórowali inni wpływowi komuniści żydowskiego pochodzenia. Znamienny był

fakt, że Jakub Berman, niewątpliwie najbardziej wpływowy komunista żydowski w Polsce, jako pierwszy w 1944

roku zaczął publicznie oskarżać AK o rzekomą współpracę z gestapo i nazwał akowców bandytami. Inny żydowski

komunista, ppłk Antoni Alster (później między innymi wiceminister spraw wewnętrznych po 1956 roku),

stwierdził na odprawie partyjnej komendanta krajowego MO w dniu 10 listopada 1944 r.: „Komenda Główna nie

docenia niebezpieczeństwa grożącego ze strony AK. Procent AK-owców w MO jest za duży. Zadaniem czystki

powinno być usunięcie AK-owców (…)” (cyt. za: T. Żenczykowski, op. cit., s. 302). Warto tu również

przypomnieć szczególnie haniebną rolę odegraną przez tajnego sowieckiego agenta w Londynie, przez wiele lat

korespondenta Polskiej Agencji Telegraficznej Stefana Litauera. Ten przebiegły fałszerz historii jako

pierwszy wystąpił w Londynie już w początkach sierpnia 1944 r. z atakiem na Powstanie Warszawskie (na łamach

brytyjskiego „News Chronicle”). Brutalnie atakował powstanie, twierdząc, że jest to rzekomo „antysowiecka

awantura polityczna”.

Na czele mediów
Związany z Jerzym Giedroyciem Instytut Literacki w Paryżu był jak najdalszy od antyżydowskości. Tym

wymowniejsza w tej sytuacji była nader szokująca informacja zawarta w wydanej przez ten Instytut w 1967 r.

książce Georga Fleminga „Polska mało znana”: „W okresie stalinowskim na przeszło sto dzienników, tygodników i

miesięczników, wychodzących w samej tylko Warszawie, było tylko dwóch naczelnych nie-Żydów” (cyt. za: G.

Fleming, Polska mało znana, Paris 1967, s. 199).
W oparciu o różne konkretne informacje na temat sytuacji w prasie tamtego okresu można uznać, że Fleming

zasadniczo trafnie ujął problem skrajnej dominacji jednej wąskiej grupy narodowościowej w mediach. Nawet

jeśli pomylił się o kilka osób, jeśli nie-Żydów jako redaktorów naczelnych było nie dwóch na stu, jak pisze

Fleming, a być może pięciu, siedmiu czy dziesięciu.
Już tylko lektura ponad 2000 stron biogramów Słownika działaczy polskiego ruchu robotniczego (tomy I, II,

III, A-K), gdzie podawane są zarówno późniejsze nazwiska różnych działaczy, jak i ich pierwotne żydowskie

nazwiska, uprzytamnia niesamowitą przewagę działaczy pochodzenia żydowskiego w wyższych kadrach ówczesnego

partyjnego frontu ideologicznego, wśród redaktorów naczelnych, szefów wydawnictw etc. A oto niektóre, jakże

wymowne, przykłady ilustrujące skalę tej dominacji.
Roman Chaim Werfel, czołowy ideolog okresu stalinowskiego w Polsce, syn rabina, który później zateizował się

i został bankierem (według wyznań samego Werfla w rozmowie z Teresą Torańską) był między innymi redaktorem

naczelnym „Głosu Ludu” i redaktorem naczelnym teoretycznego organu KC PZPR „Nowe Drogi” od stycznia 1952 do

1959 roku. „Nowe Drogi” były konsekwentnie w rękach żydowskich towarzyszy. Przed Werflem ich redaktorem

naczelnym w latach 1947-1952 był Franciszek Fiedler (Efroim Truskier), po Werflu od 1959 Stefan Wierbłowski,

znany z fanatycznego protegowania swych żydowskich rodaków (pisał o tym wybitny nonkonformistyczny działacz

polityczny i publicysta żydowskiego pochodzenia Feliks Mantel w publikowanych na emigracji wspomnieniach).

Redaktorem naczelnym organu KC PZPR „Trybuna Ludu” był przez 16 lat (z paroletnią przerwą) Leon Kasman. Tenże

Kasman był w 1945 r. redaktorem naczelnym organu KC PPR „Trybuna Wolności”. Po nim funkcję redaktora

naczelnego tego organu (w latach 1945-1947) przejął Franciszek Fiedler. Później redaktorem naczelnym „Trybuny

Wolności” (w latach 1947-1948 i ponownie od 1954 był Józef Kowalczyk (poprzednie nazwisko Schneider vel

Rotenberg). Redaktorem naczelnym organu centralnego partii komunistycznej „Głos Ludu” był od 1945 Ostap

Dłuski (Adolf Langer). Jego zastępcą w „Głosie Ludu” był od 1946 J. Kowalczyk (Schneider vel Rotenberg).

Później naczelnym „Głosu Ludu” w latach 1947-1948 był Juliusz Burgin, syn Mojżesza, poprzednio naczelnik

wydziału w Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego. Wiktor Borowski (poprzednie nazwisko Aron Berman) był

redaktorem naczelnym „Życia Warszawy” (1944-1951), a od 15 kwietnia 1951 r. do 19 grudnia 1967 r. zastępcą

naczelnego „Trybuny Ludu” Leona Kasmana. Innym zastępcą redaktora naczelnego „Trybuny Ludu” w latach

1957-1959 był Jerzy Baumritter. Wcześniej, w roku 1948, zastępcą redaktora naczelnego „Trybuny Ludu” został

Stefan Arski (Appelbaum).
Przedstawicielem KC PPR w redakcji organu Biura Informacyjnego Partii Komunistycznych i Robotniczych – pisma

„O trwały pokój i demokrację ludową” – był Juliusz (Eliasz) Finkelsztajn, od 1949 r. pierwszy redaktor

naczelny „Życia Partii”. Jerzy (Benjamin) Borejsza (Goldberg) był w latach 1944-1945 naczelnym redaktorem

„Rzeczpospolitej”, a w latach 1947-1950 „Odrodzenia”. Bolesław Gebert (ojciec Dawida Warszawskiego) był w

latach 1950-1960 naczelnym redaktorem organu skrajnie serwilistycznych związków zawodowych „Głos Pracy”.

Dodajmy, że ten sam Gebert był przedtem przez wiele lat wypróbowanym agenturalnym działaczem komunistycznym w

USA. Jego rolę jako bardzo aktywnego agenta KGB szeroko opisano w wydanej w 1999 r. w USA książce Johna Earla

Haynesa i Harveya Klehra: „Venona – zdemaskowanie sowieckich agentów w Ameryce” (por. szerzej: J.R. Nowak,

Czerwone dynastie, Warszawa 2004, s. 41-43). Ciekawe, że zastępcą B. Geberta jako redaktora naczelnego „Głosu

Pracy” był w okresie od 1 stycznia 1951 r. do 11 marca 1965 r. Ozjasz Szechter, ojciec Adama Michnika.
Paweł Hoffman, syn Izaaka, był od kwietnia 1945 r. do 1948 r. redaktorem naczelnym „Rzeczpospolitej”, od

grudnia 1948 r. do marca 1950 r. naczelnym redaktorem czasopisma marksistowskich fanatyków „Kuźnica”, a od

1950 do 1954 r. naczelnym redaktorem „Nowej Kultury”. Adam Ważyk (Wagman) był naczelnym redaktorem

„Twórczości” (1950-1954). Rafał Praga – naczelnym redaktorem „Expressu Wieczornego”, Benedykt (Bencjon)

Hirszowicz, podpułkownik WP – redaktorem naczelnym „Życia Gospodarczego”. Ojciec Marka Borowskiego – Wiktor

Borowski (właśc. Aron Berman) jeden z najgorszych stalinizatorów polskiej prasy, był naczelnym redaktorem

„Życia Warszawy”, a od 1951 r. zastępcą redaktora naczelnego głównego dziennika komunistycznego „Trybuna

Ludu”. Naczelnym redaktorem „Trybuny Ludu” był przez 16 lat (1948-1954 i 1957-1967) Leon Kasman, znany z

wyjątkowego służalstwa wobec Sowietów. Redaktorem naczelnym „Świata” był Stefan Arski (Appelbaum). Przykłady

tego typu można by jeszcze mnożyć, ale ta wyliczanka mogłaby w końcu aż nadto znużyć Czytelników. Sapienti

sat.

Nawet na czele czasopism rolniczych stawiano osoby pochodzenia żydowskiego, przedtem niemające nic wspólnego

z rolnictwem. Na przykład naczelnym redaktorem chłopskiego tygodnika „Gromada” od 2 lutego 1949 r. do 30

marca 1952 r. była Maria Kamińska (Eiger), poprzednio organizatorka i dyrektor Departamentu Szkolenia

Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego (od 1 lipca 1947 r. do 1 marca 1949 r.). Z kolei zastępcą naczelnego

redaktora gazety „Rolnik Polski”, a od 1949 r. do 1971 r. redaktorem naczelnym tej gazety (od 1952 r. pod

nazwą „Gromada Rolnik Polski” była Irena Grosz z domu Sznajberg, żona Wiktora Grosza (Izaaka Medresa)).
Podobna jak w mediach prasowych dominacja komunistów żydowskich zaznaczyła się także w różnych stacjach

radiowych. Stefan Bratkowski, związany od wielu lat ze środowiskami Unii Demokratycznej, a później Unii

Wolności i znany ze zdecydowanego filosemityzmu, przyznał w jednym ze swych tekstów wyjątkowo poważne wpływy

żydowskich komunistów w różnych sferach polskiego życia publicznego doby stalinowskiej. Pisał: „Udział Żydów

w elicie reżimu był tak duży, tak ostentacyjny, jakby chciano ostatecznie reżim z nimi utożsamić. Nie tylko

we władzach partii i nie tylko w aparacie represji. Kiedy moja młoda wtedy przyjaciółka, dziennikarka

radiowa, w roku 1955 weszła na posiedzenie kolegium krakowskiego radia, kilkanaście osób zaczęło ze śmiechem

bić brawo; piękna dziewczyna myślała, że to dla jej urody; zażenowana, spytała, skąd te brawa, usłyszała, że

zebrani postanowili bić brawo, kiedy pierwszy goj wejdzie na salę” (S. Bratkowski, Pod wspólnym niebem,

„Rzeczpospolita” 27 stycznia 2001 r.)

W czołówce propagandy
Brak miejsca nie pozwala tu na wyliczenie jakże licznych żydowskich prominentów w kierownictwach wydziału

prasy, propagandy i agitacji etc. Ograniczę się tu do przypomnienia kilku dość charakterystycznych postaci.

Zastępcą, a później kierownikiem wydziału prasy KC PPR do 1948 r., a później kierownikiem wydziału prasy KC

PZPR aż do 1954 r. był Stefan Staszewski.
Dał się w tym czasie poznać dziennikarzom jako „jeden z najcięższych satrapów” (jak go określił Jerzy

Andrzejewski w „Literaturze” z 24 września 1981 r.). Z kolei Artur Starewicz był kierownikiem wydziału

propagandy masowej KC PZPR (od grudnia 1948 r. do maja 1953 r.), a od maja 1953 r. do stycznia 1954 r.

kierownikiem Wydziału Propagandy i Agitacji, a od grudnia 1956 r. do lipca 1963 r. kierownikiem Biura Prasy

KC PZPR. Do najgorszych stalinizatorów prasy polskiej należał Kornecki, zastępca kierownika wydziału prasy i

wydawnictw KC PZPR od 28 lutego 1951 r. do 24 listopada 1953 r., a więc w najczarniejszym okresie stalinizmu.

Poprzednio Kornecki od grudnia 1948 r. do 1951 r. był naczelnym redaktorem „Trybuny Wolności”. O roli

Korneckiego w kłamliwej propagandzie owych lat przypomniano niedawno na łamach „Biuletynu IPN” (nr 7 z lipca

2006 r.) w związku z wywiadem przeprowadzonym z filmowym reżyserem L. Bugajskim. Chodziło o to, że Kornecki,

żydowski komunista, który przybył do Polski z Francji, jest ojcem reżysera filmowego Marcelego Łozińskiego,

autora filmu „Świadkowie”, bardzo tendencyjnie przedstawiającego zajścia antyżydowskie z lipca 1946 r. w

Kielcach. Jak widać, zarysowuje się niekiedy jakaś skłonność do dziedziczenia po ojcach nawyku kłamstw (vide

Gebertowie: ojciec i syn).
Szefową PAP była przez wiele lat Julia Minc, niedouczona działaczka o mentalności kucharki, żona jednego z

czołowych żydowskich prominentów doby stalinowskiej, dyktatora gospodarki Hilarego Minca. Jej poziom umysłowy

w kompromitujący sposób obnażyła rozmowa przeprowadzona z nią przez Teresę Torańską dla książki „Oni”.
Dominacji żydowskich politruków w mediach towarzyszyła ich szczególna „usługowość” w sowietyzacji Polski i

niszczeniu ostatnich redut polskiego patriotyzmu. Charakterystyczna pod tym względem była rola odgrywana

przez Jerzego Borejszę (Goldberga), szefa komunistycznego koncernu prasowo-wydawniczego w pierwszych latach

powojennych. Borejsza, stary agent NKWD, został z sowieckiego nadania dyrektorem Ossolineum we Lwowie po

aneksji wschodnich kresów Rzeczypospolitej przez ZSRS. Jak wspominał o tym Aleksander Wat w książce „Mój

wiek”, Borejsza spowodował swoimi donosami uwięzienie szeregu polskich profesorów. Później, począwszy od

redagowania pierwszej gazety reżimowej – „Rzeczpospolitej”, poprzez prezesurę potężnej spółdzielni

wydawniczej „Czytelnik”, Borejsza zdobył dominujące wpływy w prasie. Wpływy tym silniejsze, że korzystał z

cichego, a wszechmocnego poparcia brata, osławionego dyrektora departamentu śledczego Józefa Różańskiego

(Goldberga). Jakże znamienny pod tym względem jest zapis Marii Dąbrowskiej na temat jej spotkania z Borejszą

20 lutego 1948 r.: „(…) Około pierwszej przyszło auto Czytelnika i zabrało mnie do Borejszy. Jechałam w

złym humorze. Zawsze, gdy mam się spotkać z tymi ludźmi, uprzytamniam sobie, ilu najszlachetniejszych ludzi

unurzali modą rosyjską w kale, zrobili szpiclami, obcymi agentami (…). Ilu szlachetnych ludzi, świętych

niemal, jak Szturm de Strem, stara Krzeczkowska (straciła wszystko w walce z Niemcami), malarka.

Krzyżanowska, męczy się w tej chwili w więzieniach, gdy ci uzurpatorzy prosperują (…)” (por. M. Dąbrowska,

Dzienniki powojenne 1945-1965, Warszawa 1966, s. 197). Dąbrowska przyznawała Borejszy wielką zręczność i

dynamizm, ale dobrze dostrzegała jego prawdziwe długofalowe cele. Pisała, że Borejsza „stworzył olbrzymią

machinę, maszynę wydawniczo-prasowo-księgarsko-czytelniczą z rozmachem niemal amerykańskim. Ale intencją

całej tej działalności jest wyraźne i powolne sowietyzowanie i rusyfikowanie polskiej kultury”.
Inny sowiecki służalec Leon Kasman, przez 16 lat naczelny redaktor „Trybuny Ludu”, przybył w 1944 r. na

tereny Lubelszczyzny jako agent moskiewski. Nie tyle zajmował się walką, ile zbieraniem informacji dla Moskwy

o poczynaniach podejrzanych „krajowców” z PPR-u. Działania Kasmana były ściśle powiązane z powstałym z

inicjatywy Bermana w styczniu 1944 roku w ZSRS Centralnym Biurem Komunistów Polskich, zdominowanym przez

działaczy pochodzenia żydowskiego. Dążyło ono do przejęcia kierownictwa nad POR. Zdobywane przez Kasmana

informacje miały służyć dyskredytowaniu krajowych działaczy PPR polskiego pochodzenia wobec władz sowieckich

i reklamowaniu swojej grupy towarzyszy jako najbardziej posłusznego narzędzia w realizacji polityki

sowieckiej w Polsce (por. szerzej: W. Ważniewski, Walka polityczna w kierownictwie PPR i PZPR 1944-1964,

Toruń 1991, s. 13-14). W późniejszym okresie Kasman jako naczelny „Trybuny Ludu” stał się prawdziwym symbolem

najskrajniejszego betonu i postrachem wszystkich myślących dziennikarzy. Gdy po paroletniej przerwie w

redagowaniu „Trybuny Ludu” 2 marca 1957 r. znów został mianowany jej naczelnym przez Gomułkę, w dzienniku

partyjnym wybuchł bunt: ośmiu czołowych publicystów „Trybuny Ludu” podało się do dymisji przeciw nominacji

tak twardogłowego działacza (por. uwagi związanej z liberalnymi kręgami żydowskimi Alicji Wetz-Zawadzkiej,

Refleksje pewnego życia, Paryż 1967, s. 173-174).
Liczni towarzysze żydowskiego pochodzenia mieli szczególne skłonności do cenzury i niszczenia wszelkich

przejawów swobodniejszych myśli. Stanowili trzon urzędów kontroli prasy od początku sowietyzacji Polski.

Symbolicznie wprost pierwszym komunistycznym cenzorem w Polsce był wspomniany już Jerzy Borejsza (Goldberg),

brat osławionego kata UB J. Różańskiego. O jego roli jako pierwszego cenzora, już w 1944 roku, przypomniano w

„Rzeczpospolitej” z 23 lipca 1994 r. (G. Jaszuński „Kto był pierwszym cenzorem”). Andrzej Wróblewski w

książce „Być Żydem” (Warszawa 1992, s. 156) pisze o wiceprezesie cenzury, niejakim Łaziebniku, który „po

prostu nie umiał po polsku”. Nie przeszkadzało mu to w wydawaniu wytycznych zmierzających do bezwzględnego

niszczenia wszystkiego, co polskie i narodowe.
Żydowscy komuniści w roli cenzorów bez wahania tępili wszystko, co wiązało się z polskimi tradycjami

niepodległościowymi, a zwłaszcza z historią ciemiężenia Polaków przez imperium carskie. Jakże wymowne pod tym

względem są zwierzenia tego typu cenzorki – Sabiny Lewi, kierowniczki cenzury w Białostockiem. Podczas zjazdu

delegatów wojewódzkich i miejskich biur kontroli prasy w dniach 23-25 maja 1945 r. Lewi chwaliła się tym, że

czujnie zabroniła wystawień sztuki Gabrieli Zapolskiej „Tamten”. Jak mówiła Lewi: „Sztuka ta jest stara – z

1902 r. i omawia warunki życia w Rosji, Sybir, kajdany itp. Na wystawienie tej sztuki nie zezwoliłam. Jako

cenzor zajęłam stanowisko, że jakkolwiek potępiam ucisk carski i potępia go również Związek Sowiecki, ale w

tym momencie wysuwać momenty przeciw narodowi rosyjskiemu (sic!). My chcemy dziś nasze stosunki umocnić,

chcemy mieć stosunki przyjemne i nie leży w interesach demokracji, żeby przypomnieć rany jątrzące (…)”

(cyt. za: Główny Urząd Kontroli Prasy 1945-1949, oprac. D. Nałęcz, Warszawa 1994, s. 52).
Walcząc z tym, co było najdroższe dla Polaków, posuwano się do najnikczemniejszych zohydzeń. Na przykład w

1945 r. pojawił się propagandowy plakat z napisem „Precz z faszyzmem”, umieszczony pod rysunkiem człowieka z

miotłą, wymiatającego kawałki papieru z wielkimi literami skrótów: SS, SA, a także AK. Umieszczenie AK w tak

ohydnym zestawieniu oznaczało znieważenie najbardziej bohaterskich środowisk polskich patriotów, ale o to

właśnie chodziło ludziom z kuźni kłamstw spod znaku Wiktora Grosza (Izaaka Medresa). Cytowałem już wyżej

Andrzeja Wróblewskiego, jednego z najuczciwszych intelektualnie autorów żydowskiego pochodzenia, piszących o

stosunkach polsko-żydowskich. W książce „Być Żydem” Wróblewski opisał między innymi dobrze mu znaną z

autopsji sytuację w redakcji, w której był sekretarzem, wspominając: „Po połączeniu partii zostałem

sekretarzem redakcji tygodnika ideowo-politycznego Trybuna Wolności. Tytuł nawiązywał do jakiejś publikacji

okupacyjnej. Redaktorem był koszmarny stalinowiec, dogmatyk, Żyd, do tego niezbyt mądry (…) Na jakiejś

dyskusji wewnątrzredakcyjnej na temat okupacji i AK stwierdził bezapelacyjnie: nasz robotnik jest tak

wychowany, że jak ktoś jest z AK, to go w łeb. Takie poglądy lansowali komuniści w kraju, gdzie

dziewięćdziesiąt procent młodzieży należało i walczyło w ramach tej formacji. Nie trafiło mu do przekonania,

że kolega redakcyjny Wojtek Barcz odsiedział kilka lat w Oświęcimiu za przynależność do AK. Nieszczęsny

Barcz, Niemiec z pochodzenia, PPS-owiec, nie potrafił sobie poradzić ani z redaktorem, ani z sytuacją, zapił

się i popełnił samobójstwo” (por. A. Wróblewski, Być Żydem… Rozmowa z Dagiem Halvorsenem o Żydach i

antysemityzmie Polaków, Warszawa 1992, s. 175).
Żydowscy politrucy nachalnie pchali się do najbrudniejszych odcinków reżimowej propagandy. To ich nazwiska

głównie dominują wśród dziennikarzy obsługujących sfabrykowane procesy. To oni szkalowali niewinne ofiary

tych procesów, wypisując najhaniebniejsze brednie o ludziach stających przed stalinowskimi sądami po

miesiącach katowań w celach UB i MBP. Do tego typu haniebnych publikacji poprocesowych należała na przykład

książka głównego ideologa PZPR Romana Werfla, syna rabina, pt. „Trzy klęski reakcji polskiej. Na marginesie

procesu grupy szpiegowsko-dywersyjnej Tatara, Kirchmayera i innych” (Warszawa 1951). Werfel z fanatyczną

gorliwością pilnował skazanych za niewinność polskich oficerów, a przy okazji dokładał jak mógł agenturze

Tito i jego „klice” oraz „prawicowo-nacjonalistycznej grupie Gomułki”. Wychwalał mądrego Stalina, który

wiedział, jak rozbić „wrogie knowania trockistowskich agentów imperializmu”. Szkalował Powstanie Warszawskie

AK i PSL. O PSL-owskiej „Gazecie Ludowej” można było się dowiedzieć u Werfla, że liczyła ona „na byłych

kapitalistów i byłych obszarników, na WIN-owskie bandy leśne, najemnych pałkarzy na służbie wyzyskiwaczy”.
Najpłodniejszym spośród żydowskich politruków był Stefan Arski (Apfelbaum). Wydał m.in. trzy książki

szkalujące polską emigrację polityczną na Zachodzie: „Targowica leży nad Atlantykiem” (1952), „Współczesna

Targowica” (1953) i „Pasażerowie martwej wizy” (1954). Najbardziej znana była jednak jego księga oszczerstw o

Piłsudskim: „My pierwsza brygada” (1962). Do najskrajniejszych prokomunistycznych politruków należał Grzegorz

Jaszuński, po 1989 r. znany głównie jako „mąż swojej żony”, czyli wicemarszałek Sejmu, a później ambsador RP

w RPA Zofii Kuratowskiej, jednej z liderek lewego skrzydła Unii Wolności i znanej obrończyni praw lesbijek i

homoseksualistów. W tekście do książki Ruty Pragier: „Żydzi i Polacy”, przedstawiającej wywiady z różnymi

znanymi osobami żydowskiego pochodzenia, Jaszuński próbował sugerować, że ma bardzo czyste sumienie,

akcentując: „Pisałem, co chciałem”. A co chciał, świadczą m.in. trzy książki Jaszuńskiego, specjalisty od

fałszowania spraw międzynarodowych, pełne skrajnych ataków na USA. Jedna z nich już w tytule zapowiadała, o

co chodzi: „Amerykańska odmiana faszyzmu” (Warszawa 1951). Można się z niej było dowiedzieć, że

najaktywniejsi w upowszechnianiu faszyzmu w Stanach Zjednoczonych są bankierzy z Wall Street (!). Jaszuński

był też autorem książki „Z polityki niedostatecznie”, obrzydliwego paszkwilu na politykę II Rzeczypospolitej.
Kolejna część cyklu ukaże się w przyszłym tygodniu.

prof. Jerzy Robert Nowak

drukuj