Nowa edycja „czasów pogardy”
Nie traktuję swojego odejścia z Rady Etyki Mediów – razem z Teresą Bochwic –
w kategoriach protestu, demonstracji czy odwagi, wbrew dziesiątkom telefonów,
SMS-ów i e-maili, które dostaję od poniedziałku. I wbrew podszeptom ego, by tak
właśnie to widzieć. To raczej porażka, uczucie melancholii. Żadnej satysfakcji.
Mam nadzieję, że podobnie odbiera to zdarzenie wiceprzewodniczący REM pan Maciej
Iłowiecki, którego zawsze chętnie czytam i często podziwiam. Mam nadzieję, że
podobnie odczuwają to inni członkowie Rady. Myślę, że tak to odbiera Teresa
Bochwic.
Uczestnicząc w pracach Rady, wiele się nauczyłem o meandrach funkcjonowania
mediów w Polsce. Mam jednak wrażenie, że nie byłem tam "na swoim miejscu" i że
członkowie Rady nie traktowali mnie całkiem serio (choć nie wszyscy). Może jako
"człowieka z Łodzi", może dlatego, że nie jestem obecnie czynnym dziennikarzem,
a może dlatego, że czasem formułowałem niezgodne z ich "mapą świata" opinie. Na
przykład, ku ich zdziwieniu, broniłem z Teresą Bochwic prawa Jana
Pospieszalskiego do przedstawienia głosu ulicy, kiedy Polska na nowo oceniała
zmarłego prezydenta w czasie żałoby. Niezależnie od tego, co mówiła "ulica",
prawo to wydawało się tak naturalne, tak elementarne, a jednak okazało się tak
trudne do zaakceptowania. A przecież, jak to ktoś powiedział: "Nie zgadzam się z
twoimi poglądami, ale jestem gotów oddać życie, byś mógł je głosić!". Wydaje mi
się, że nie trzeba od razu oddawać życia, w praktyce wystarczy poszanowanie dla
pluralizmu i demokracji oraz umiejętność dyskusji.
Próbuję zrozumieć stanowisko moich (byłych) kolegów: myślę, że zanurzeni w
swoich środowiskach i poglądach po prostu nie umieli wyjść z siebie, stanąć obok
i wczuć się w traumę drugiej strony. Jest to łatwe i trudne zarazem, trudne
zwłaszcza gdy trzeba zobaczyć wiele starych spraw w nowym świetle. Oczywiście,
często było "przyjemnie i pożytecznie", gdy zgodnie wyrażaliśmy opinie,
komentując problemy zgłaszane przez różne środowiska. Byłem wtedy pożądanym
czynnikiem jednomyślności. Jednak pluralizm sprawdza się w innych, bardziej
"kontrowersyjnych" okolicznościach.
Kwestia zaplecza, siły przebicia? Pewnie tak. W REM byłem "tylko" łodzianinem,
choć bez kompleksów. Żyjąc problemami mojego miasta, z niego czerpię inspiracje
i chęć do życia. Jestem mu za to wdzięczny. Warszawa, jej środowiska i problemy
zawsze były jakoś oddalone i zakryte przede mną – jak wrota Sezamu albo jak
drzwi Morii przed Drużyną Pierścienia. Te drzwi rzadko się otwierają. A jeśli
już to się szczęśliwie zdarzy, to dochodzi wtedy do tzw. łódzkiego desantu.
Publiczność w Łodzi zaczyna się wówczas zastanawiać, czy coś z tego będzie
miała…
Właśnie w tych dniach odmówiono naszemu miastu dalszej obecności w gronie
pretendentów do tytułu Europejskiej Stolicy Kultury 2016. Zapewne wachlarz
łódzkich motywacji, by się o ten tytuł dobijać, był szeroki – od szczerej
pozytywistycznej pasji, poprzez naturalną chęć samorealizacji lub troski o
własne interesy, aż po nadmiernie wybujałe ambicje i egoizm. Teraz zbyt wielu
łodzian z powodu wyolbrzymianej porażki odczuwa małostkową satysfakcję: "A nie
mówiłem!". Nie jest jednak tajemnicą, że sporo Polaków podtrzymuje swoje dobre
samopoczucie dzięki metodzie poniżania własnego państwa lub przynajmniej miasta.
Kiedy ktoś wszystkim dookoła pogardza, wydaje mu się, że jest "lepszy". Błąd.
Złudzenie. W rzeczywistości zapada się coraz niżej i głębiej, przygnieciony
pychą (matką wszystkich grzechów).
Dlatego osobiście solidaryzuję się z ludźmi, którzy solidnie odrobili lekcję w
sprawie Europejskiej Stolicy Kultury, a teraz mówią: no cóż, trzeba przestawić
zwrotnice na inny tor i pchać ten wózek dalej. Właśnie tym ostatnio żyliśmy w
Łodzi… Do wtorku, do czasu strzelaniny w lokalu partyjnym.
Aż poleje się krew
Straciliśmy w niej coś znacznie ważniejszego niż spodziewane granty z tytułu
Europejskiej Stolicy Kultury. Straciliśmy niewinność, mimo że sprawca (na
szczęście) nie był z Łodzi. Straciliśmy też resztki złudzeń (choć to ostatnie
jest na razie nieuświadomione). Znów zginął niewinny człowiek będący w pracy!
Drugi mężczyzna, ciężko ranny w tym tragicznym zajściu, przeszedł poważną
operację. Ta śmierć, ta strzelanina w jakiś namacalny i nieznośny sposób łączy
się dla mnie z minionym półroczem, które dla wielu uzyskuje już jakiś
apokaliptyczny status. Mnie uświadamia – proszę wybaczyć osobisty ton i patos –
jak lekko, jak beztrosko, w jak mało odpowiedzialny sposób traktujemy nasze
obowiązki wobec zapowiedzianej, obiecanej wieczności. Jakby to było nic, jakiś
łach.
Na jednym z forów internetowych można było krótko po łódzkiej tragedii
przeczytać wpis, przerażający w gruncie rzeczy (za jego zacytowanie z góry
przepraszam): "To on musiał przyjechać do Łodzi aż z Częstochowy? Nie miał
swojego PiS-u w Częstochowie?".
Oto miara dzisiejszego upadku: internetowe fora – miejsce wyżycia się, poligon
degrengolady moralnej. Nowa edycja "czasów pogardy". Bezpieczna strefa, gdzie
można bezkarnie przerabiać na mydło pojedynczych ludzi i całe środowiska, gdzie
można gardzić, szydzić i judzić. Aż poleje się krew. Być może kiedyś, w bliżej
nieokreślonej przyszłości, w innej epoce, historycy doliczą się, kto, ile i
jakie mordercze wpisy na tych forach umieścił. Może zdołają dociec, kto zaczął
nakręcać tę spiralę grzechu? Bo jeśli już dziś nie ulega wątpliwości, że obrazy
przemocy w mediach czy w grach komputerowych tę przemoc w ludziach wzmagają
(zwłaszcza u młodych), to czy można mieć złudzenia, że jad z politycznych trybun
nie oznacza przyzwolenia na morderczą jadowitość mediów, internetu i ulicy?
Mam przyjaciół w Łodzi (tak zwanych zwykłych ludzi), którzy rozmyślając o
katastrofie smoleńskiej, o kolejnych powodziach i o wypadku pod Nowym Miastem
nad Pilicą, a ostatnio o przerażającym zabójstwie byłego wiceministra i o
morderstwie w lokalu PiS, pytają: "Co się dzieje z tą Polską?", albo: "Czy to
już będzie koniec świata?". W tym drugim pytaniu słychać nutkę nadziei. Jest to
powszechne zjawisko (to odczucie schyłku), tyle że mainstream się nim nie
zajmuje, więc sądzimy, że ma ono marginalny charakter. A jednak te słowa
prostych ludzi, te poruszenia duszy ukazują nam – w fatimskim duchu – jak na
nowo mamy odkrywać nadzieję, wierzyć, kochać, modlić się i zło dobrem zwyciężać.
Jakkolwiek trudne wydaje się to w pierwszej chwili.
Tomasz Bieszczad
Autor jest publicystą, aktorem, animatorem kultury, działaczem społecznym.
Członkiem Katolickiego Stowarzyszenia Dziennikarzy, współorganizatorem
ogólnopolskich konferencji "Dziennikarz między prawdą a kłamstwem". Mieszka w
Łodzi.
