fot. https://www.facebook.com/andruszkiewicz.adam

[Nasz Dziennik] Pos. A. Andruszkiewicz: Kończy się czas polityki pozorów i lizusostwa wobec Brukseli. Zaczyna się twarda gra o suwerenność

Prezydentura Karola Nawrockiego stanie się silnym ośrodkiem równoważącym władzę, zmuszającym Radę Ministrów do rzeczywistej pracy na rzecz kraju, a nie europejskich salonów. Mówiąc wprost: kończy się czas polityki pozorów i lizusostwa wobec Brukseli. Zaczyna się twarda gra o suwerenność. I zapewniam – nikt w otoczeniu prezydenta Karola Nawrockiego, z nim na czele, nie cofnie nogi ani na centymetr, kiedy chodzi o sprawy fundamentalne dla Polski – mówił Adam Andruszkiewicz, poseł Prawa i Sprawiedliwości, przyszły wiceszef Kancelarii Prezydenta RP.


Rafał Stefaniuk: Czy objęcie urzędu prezydenta przez dr. Karola Nawrockiego, które nastąpi dosłownie za chwilę, może wywrócić obowiązujący dziś układ sił w państwie – zwłaszcza w kontekście wyraźnego konfliktu między prezydentem elektem a obozem rządzącym?

Adam Andruszkiewicz: Bez najmniejszych wątpliwości – to będzie moment zwrotny. Karol Nawrocki nie obejmuje tej funkcji jako przedstawiciel jednej frakcji, lecz jako prezydent wszystkich obywateli, niezależnie od tego, czy głosowali na niego, czy nie. Tego samego nie da się powiedzieć o obecnym rządzie Donalda Tuska, który w praktyce realizuje interesy zewnętrzne, nie mając realnego mandatu do reprezentowania polskiej racji stanu. Prezydentura Karola Nawrockiego stanie się silnym ośrodkiem równoważącym władzę, zmuszającym Radę Ministrów do rzeczywistej pracy na rzecz kraju, a nie europejskich salonów. Mówiąc wprost: kończy się czas polityki pozorów i lizusostwa wobec Brukseli. Zaczyna się twarda gra o suwerenność. I zapewniam – nikt w otoczeniu prezydenta Karola Nawrockiego, z nim na czele, nie cofnie nogi ani na centymetr, kiedy chodzi o sprawy fundamentalne dla Polski.

Skoro to rząd i sejmowa większość mają decydujący głos w sprawie ustaw, to w jaki sposób prezydent Karol Nawrocki zamierza realnie wpłynąć na ich decyzje, by jego inicjatywy nie trafiały od razu do kosza?

Prezydent może zgłaszać projekty ustaw i zamierza z tego prawa konsekwentnie korzystać. Już w pierwszych dniach urzędowania przedstawi pakiet projektów ustaw, które będą konkretną ofertą dla Polski: rozwój infrastruktury – z Centralnym Portem Komunikacyjnym na czele, realne wsparcie dla rodzin i rolników, zabezpieczenie suwerenności państwa. To nie będą projekty pisane na kolanie, lecz to odpowiedź na palące potrzeby społeczne – i dlatego uważam, że trudno będzie je odrzucić, nawet temu rządowi, który deklaruje, że chce, by Polakom żyło się lepiej. Jeżeli te deklaracje nie są pustymi sloganami, to logiczną konsekwencją będzie poparcie tych rozwiązań. Jednocześnie prezydent będzie aktywnym zwierzchnikiem sił zbrojnych i nie zawaha się wpływać na strategiczne decyzje dotyczące bezpieczeństwa narodowego. A jeśli rządzący zaczną przepychać ustawy, które godzą w podstawowe wolności obywatelskie – jak choćby ta nieszczęsna ustawa o „mowie nienawiści”, która miała zabić wolność słowa – to spotkają się z twardym i nieprzekraczalnym wetem. To będzie prezydent, który nie podpisze się pod żadnym nonsensem – nawet jeśli będzie podany na pozłacanej tacy.

W obliczu coraz bardziej dramatycznych danych o stanie finansów publicznych – czy nie obawia się Pan, że każda ambitna propozycja prezydenta Nawrockiego, jak choćby podniesienie kwoty wolnej od podatku dla rodzin wielodzietnych, skończy się klasycznym refrenem obecnej władzy: „pieniędzy nie ma i nie będzie”?

Byłoby to szczytem hipokryzji ze strony obecnej większości. Przecież to Donald Tusk i jego formacja w kampanii wyborczej w 2023 roku z pełnym przekonaniem obiecywali Polakom właśnie podwyższenie kwoty wolnej – do 60 tys. zł. A więc dziś chodzi nie o spełnianie cudzych żądań, tylko o realizację własnych zapowiedzi, które prezydent Karol Nawrocki zamierza przypomnieć i doprowadzić do ich wdrożenia. Jeśli ktoś mówił „sprawdzam” w kampanii, to teraz sam musi usiąść do stołu i zagrać zgodnie z zasadami. Oczywiście, sytuacja budżetowa nie wygląda różowo. Ale przecież to nie wzięło się znikąd – to efekt nieodpowiedzialnych decyzji tej właśnie ekipy, która najwyraźniej myli rządzenie z happeningiem politycznym. Za czasów Prawa i Sprawiedliwości budżet państwa trzymał się mocno – były pieniądze zarówno na ambitne programy społeczne, jak i na realne wzmocnienie obronności. Dziś obserwujemy dramatyczne tąpnięcie, a za sterami siedzą ludzie, którzy wyglądają, jakby przyszli do państwowej kasy tylko po to, by wypełnić dyspozycje zewnętrznych patronów, a nie interes narodowy. Prezydent Nawrocki nie zamierza im przeszkadzać – wręcz przeciwnie, chce ich zmusić do tego, żeby wreszcie zaczęli robić to, co sami zapowiadali.

Zaprzysiężenie nowego prezydenta to zazwyczaj doniosły, ale raczej instytucjonalny rytuał, który przyciąga oficjeli. Tymczasem 6 sierpnia do Warszawy mają przyjechać dziesiątki, a może nawet setki tysięcy ludzi. Jak to możliwe, Panie Ministrze, że tak masowe i oddolne poruszenie towarzyszy wydarzeniu, które dotąd raczej nie wywoływało emocji tłumów?

Sam jestem zaskoczony skalą tego zjawiska. Od dekady jestem w polityce parlamentarnej i naprawdę nie pamiętam ani jednej sytuacji, by zaprzysiężenie prezydenta czy powołanie rządu wywoływało aż tak silny, spontaniczny odzew ze strony obywateli. A teraz dzień w dzień dostaję wiadomości od ludzi z całej Polski – mówią wprost: „6 sierpnia będziemy w Warszawie”. I nie są to ludzie organizowani przez partyjne struktury czy przywożeni autokarami. To oddolny impuls – silny, emocjonalny, szczery. Prezydent Karol Nawrocki nie traktuje tego jako triumfu jednej opcji politycznej. On doskonale wie, że dziś potrzeba wspólnoty – niezależnie od tego, kto na kogo głosował w pierwszej turze. I właśnie dlatego obecność tysięcy Polaków przed Pałacem Prezydenckim, przed Sejmem w dniu zaprzysiężenia nie będzie demonstracją siły, lecz symbolicznym wyrazem nadziei. Nadziei, że coś się wreszcie zmieni.

Skoro przez ostatnią dekadę prezydentem był Andrzej Duda – polityk wywodzący się z obozu Prawa i Sprawiedliwości – to skąd aż tak duże oczekiwania, zwłaszcza wśród jego własnych wyborców, wobec prezydentury Karola Nawrockiego?

Oczekiwania są tak potężne nie dlatego, że poprzednik zawiódł, ale dlatego, że sytuacja wymaga zupełnie nowej siły. Dziś jesteśmy w zupełnie innej rzeczywistości – i gospodarczej, i politycznej, i moralnej. Chodzi o reakcję na coś niebezpiecznego: brutalne załamanie się zaufania do państwa rządzonego przez ludzi, którzy z polskością mają najwyżej kłopot, a nie związek. Wybory z 18 maja i 1 czerwca nie były zwykłym politycznym starciem. One stały się punktem zwrotnym – momentem, który symbolicznie i praktycznie oznaczał polityczną śmierć tak zwanej uśmiechniętej koalicji. Ludzie przejrzeli na oczy. Dziś mamy do czynienia z władzą, która nie tylko nie broni interesów narodowych, ale wręcz je aktywnie sabotuje. To rząd, który przyzwala na niekontrolowany napływ migrantów, podlizuje się Berlinowi przy każdej okazji i nie ma nawet odwagi, by publicznie uczcić ofiary największych tragedii w naszej historii – obławy augustowskiej, ludobójstwa na Wołyniu czy Powstania Warszawskiego. To nie są drobne przeoczenia. To zdrada pamięci, zdrada tożsamości, zdrada Polski.

Obawia się Pan tego, że 6 sierpnia pojawią się prowokacje, próby rozbicia tej wspólnotowej mobilizacji?

Oczywiście – nie żyjemy w próżni, a realia polityczne są takie, że przy tym rządzie należy być gotowym na wszystko. Władza, która boi się własnych obywateli, potrafi uciec się do prowokacji, do prób kompromitowania masowego, spontanicznego zrywu. Historia zna takie przypadki – nie trzeba daleko szukać. Trzeba mieć oczy szeroko otwarte, ale i zimną krew. Jednak co do jednego nie mam wątpliwości: tego święta Polakom już nikt nie odbierze. Tego wyboru – dokonanego w majestacie prawa, z bezprecedensowym poparciem – nie da się unieważnić ani zagłuszyć medialnym jazgotem. 6 sierpnia Karol Nawrocki zostanie zaprzysiężony na prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej i to będzie moment, w którym miliony ludzi powiedzą głośno: „To jest nasz prezydent. Z serca, z przekonania, z nadziei”. I żadne krzywe miny z Wiejskiej tego nie zmienią.

Dlaczego zamieni Pan parlament na Kancelarię Prezydenta RP?

To była decyzja serca i rozumu. Bo trudno sobie wyobrazić większy zaszczyt niż możliwość służenia Rzeczypospolitej u boku prezydenta. Mam głęboką nadzieję, że moje doświadczenie parlamentarne przełoży się na sprawne, kompetentne i nowoczesne funkcjonowanie Kancelarii Prezydenta RP. Chcę, żeby ten urząd nie tylko działał jak dobrze naoliwiona maszyna, ale też by prezydentura Karola Nawrockiego spełniła nadzieje milionów Polaków – tych, którzy na niego głosowali, i tych, którzy dopiero z czasem przekonają się do jego siły. Jako wiceszef Kancelarii będę odpowiadał za obszary administracyjne, ale nie tylko. W kampanii prezydenckiej Karola Nawrockiego byłem odpowiedzialny za komunikację społeczną – i tę linię chcę kontynuować. Zadbam o to, żeby Pałac Prezydencki był nie zamkniętą twierdzą, ale miejscem otwartym, reagującym na głosy obywateli. Komunikacja w sieci, media społecznościowe, bezpośredni kontakt z ludźmi – to będzie serce tej prezydentury. Ma być dynamicznie, nowocześnie i blisko ludzi.

Dziękuję za rozmowę.

Rafał Stefaniuk/„Nasz Dziennik”

drukuj