Naród bez przyszłości?

Prezydenckie wybory to test prawdziwości polskich łez wylanych po tegorocznej
tragedii pod Katyniem. Słowa te, wypowiedziane przez jednego z kapłanów w pewnej
świątyni podczas niedzielnej Mszy Świętej wyraźnie wstrząsnęły zgromadzonymi
wiernymi mającymi już jakieś własne wyborcze plany na ten dzień, pewnie plany
różne. Jeszcze raz zaczęliśmy sobie przypominać, czego dotyczył ten narodowy
płacz.

Nieraz ludzki płacz ma niewłaściwy kierunek, jak na to zwrócił uwagę Chrystus
płaczącym kobietom jerozolimskim na widok losu "zielonego drzewa", zapominającym
jednak o swoich synach, nierozpoznającym godziny nawiedzenia, a zamiast tego
rojącym sobie w głowach (pod wpływem rozpowszechnianej przepowiedni) zastąpienie
Imperium Romanum własnym panowaniem nad światem. Materialne znaki owoców, które
wydało to "suche drzewo", to Ściana Płaczu, pozostałość po wspaniałej Świątyni
Jerozolimskiej, a w Rzymie – triumfalny Łuk Tytusa zbudowany dla upamiętnienia
krwawego stłumienia powstania żydowskiego i zburzenia Jerozolimy w 70. roku.
Również Sokrates oburzył się na widok swoich płaczących uczniów towarzyszących
mu w celi więziennej podczas wykonywania wyroku śmierci. Nawet "kat" – jeśli tak
godzi się nazwać strażnika ateńskiego więzienia, tylko mielącego cykutę i
podającego ją skazańcom – wzruszył się głęboko w tej chwili, zaświadczając, że
jeszcze nigdy nie widział tutaj tak dobrego człowieka. Zbyt dobrego – dodać
należy dla utrwalenia prawdy historycznej – aby nie ściągnąć na siebie
nienawiści ateńskich pedofilów, regularnie upominanych przez ojca etyki. Czyż
jednak nie należało płakać, kiedy ginął Sokrates, za to, że był zbyt dobry? Ale
Sokrates zdaje się nie tyle ganić sam ból i płacz swoich uczniów, co jakieś jego
niewłaściwe ukierunkowanie czy bezowocność. Pochwalił jednak kata i jego
wzruszenie w słowach: "Jaki to grzeczny człowiek (…) on tu cały czas do mnie
przychodził i rozmawiał nieraz, i był najpoczciwszy w świecie. I teraz – jak on
mnie szlachetnymi łzami żegna!". Zganił jednak ostro uczniów, którzy wybuchnęli
płaczem, widząc Mistrza pijącego truciznę, jak to relacjonuje Platon słowami
Fedona: "Z nas wielu aż do tej chwili umiało jako tako opanować łzy, ale
kiedyśmy zobaczyli, jak pije, i że już wypił, to już nie sposób, tylko mi się
samemu długo tłumione łzy ciurkiem puściły, tak żem sobie twarz zasłonił i sam
nad sobą płakał. Bo nie nad nim przecież, ale na swój własny los, żem takiego
człowieka tracił, przyjaciela".
Niewątpliwe jest jednak, że cudze nieszczęście, cierpienie i krzywda to lustro,
przy pomocy którego należy spojrzeć także na siebie. Skoro z "zielonym drzewem
to czynią, cóż się stanie z suchym"? Jeszcze w tym samym stuleciu zamordowania
Sokratesa (399 r. przed n.Chr.) Grecy stracili pod Cheroneą swoją polityczną
niepodległość, a chociaż w ten sposób zapłodnili swoim duchem resztę świata, to
sami już nie byli w stanie dźwignąć swojego nieprzemijającego dziedzictwa. To
tylko ze względu na wspaniałą przeszłość Aten Sulla darował ich wystraszonym
mieszkańcom winę bezsensownego buntu przeciwko Rzymowi (w 86 r. przed n.Chr.).
Czyż o tej narodowej klęsce nie należało jednak myśleć już wtedy, kiedy skazano
na śmierć niewinnego Sokratesa?
W kwietniowy poranek pewnie zrobiliśmy sobie narodowy rachunek sumienia, bez
słów, a którego zewnętrznym wyrazem był ów narodowy wielki płacz nad sobą.
Dziwiły się inne narody (jak pisano w Italii) na ten zdumiewający widok,
traktujące widać swoich polityków jako tylko urzędników na państwowych posadach.
Polacy płakali nad swoimi ojcami, bo takie jest zadanie polityków: troszczyć się
o życie i rozwój powierzonych im obywateli.
Jaki jednak czyn wyborczy wyłoniliśmy z tych naszych łez? Czy wybraliśmy tego,
który będzie troszczył się o życie wszystkich obywateli? Czy też raczej staliśmy
się w tym wyborze "Narodem bez przyszłości" – przed czym ostrzegał Jan Paweł II
– skoro zlekceważyliśmy sobie wskazówkę polskich księży biskupów, iż
bezwzględnie nie należy w prezydenckich wyborach poprzeć zwolennika zabijania
dzieci przy okazji procedury in vitro? Cóż się zatem stanie z naszym "suchym
drzewem"?

Marek Czachorowski
 

drukuj