Życie bez przyszłości
W tych dniach do naszego klasztoru w Betlejem przyjechało troje włoskich wolontariuszy: są przedstawicielami organizacji zajmującej się w sposób szczególny pomocą dla ubogich rodzin i osieroconych dzieci. Na czas ich pobytu w Ziemi Świętej stałem się ich przewodnikiem i kierowcą. W Betlejem, Jerozolimie, Betanii, Ain Karem odwiedzamy sierocińce, żłobki, szpitale dla dzieci. To dla mnie kolejna okazja, by zetknąć się z dramatyczną sytuacją panującą od lat na terytoriach Autonomii Palestyńskiej. Wszystko wydaje się jeszcze bardziej bolesne, gdyż dotyczy najmniejszych, najbardziej niewinnych.
Nie trzeba jednak specjalnych wizyt gości z zagranicy, by zrozumieć rozgrywający się wokół nas dramat. Nasz franciszkański klasztor, jak zresztą wszystkie inne domy zakonne rozsiane po Betlejem, na co dzień jest świadkiem tego, co rzeczywiście się tutaj dzieje. Wystarczy przez kilka godzin posiedzieć na probostwie, by zetknąć się z obliczem nędzy materialnej, beznadziei, bezsilności. Czasami odnoszę wrażenie, że urząd proboszcza w Betlejem polega przede wszystkim na płaceniu rachunków dla najuboższych. W pierwszej kolejności wspomagani są chrześcijanie, choć nie brak i muzułmanów, którzy w Betlejem stanowią zdecydowaną większość.
Odcięci od świata
Życie w Betlejem nie jest łatwe dla przeciętnego Palestyńczyka, czasami wprost graniczy z koszmarem. Zdecydowana większość mieszkańców nie ma pozwolenia na wyjazd poza terytorium miasta. Aby wjechać do Izraela lub jakiegokolwiek miasta znajdującego się w Autonomii Palestyńskiej, trzeba przekroczyć punkt kontrolny. Wjazd i wyjazd jest kontrolowany przez żołnierzy izraelskich. Pewnie trudno w to uwierzyć, ale w Betlejem jest wiele osób, które od lat nie były na przykład w oddalonej o 10 km Jerozolimie. Czasami „głupio” mi nawet mówić komuś, że byłem w Galilei lub nad Morzem Martwym, bo spontanicznie cisną się moim rozmówcom na usta słowa: „Dlaczego nie zabierzesz mnie ze sobą?”, „Jak bardzo chciałbym pojechać do Jerozolimy”. Wida, córka moich znajomych, poza Betlejem była ostatni raz jako niepełnoletnia. Nie potrzebowała wtedy pozwolenia na przekroczenie granicy. Oczywiście, dziś pogodziła się już z panującą sytuacją, choć niełatwo jej myśleć o takim stanie rzeczy: „Chciałabym, a jakże, pojechać do Jerozolimy, do Nazaretu, nad morze, ale jestem potencjalną 'terrorystką’, więc muszę siedzieć zamknięta tutaj”.
Zamknięte szczelnie drogi wjazdowe i wyjazdowe wokół Betlejem i innych miast Autonomii to nie jedyny problem, z którym borykają się tutejsi mieszkańcy. Wewnątrz murów „getta”, jak niektórzy mówią, brak często najbardziej podstawowych struktur niezbędnych do codziennej egzystencji. „Czasami mam wrażenie – opowiada mi pewien lekarz, że nasze życie zostało ograniczone do najbardziej niezbędnego minimum: rodzimy się, jemy, umieramy. Nie stać nas na sport, rozrywkę, kulturę”. W Betlejem istnieje jedno kino, utrzymywane zresztą z funduszy kościelnych. Pomarzyć jedynie można o teatrze, o koncertach muzycznych; nie ma nawet jednego ośrodka sportowego z prawdziwego zdarzenia. Wieczorem życie szybko zamiera; w mieście panują ciemności, bo zarządu miasta nie stać na opłaty za prąd. Czy można w takiej sytuacji myśleć o jakiejkolwiek przyszłości? Potwierdzeniem tego są coraz liczniejsi emigranci; najczęściej wyjeżdżają na zawsze. Czy możemy mieć im to za złe? Często dziwimy się, że rodzimi chrześcijanie tak łatwo opuszczają Ziemię Świętą i sanktuaria. Jeżeli ktoś trochę dłużej tutaj pobędzie, rozumie taki wybór. Innym zagadnieniem pozostaje fakt, że na wyjeździe chrześcijan z Ziemi Świętej zdaje się komuś szczególnie zależeć.
Dramat dzieci
Ze wspomnianymi już wolontariuszami włoskimi staramy się dotrzeć szczególnie do ośrodków dziecięcych: żłobków, sierocińców, szpitali. Los dzieci jest tutaj wyjątkowo ciężki. Sprawa ich edukacji jest często odkładana na dalszy plan: przede wszystkim powinny zarabiać. Sprzedają gazety, żebrzą, czyhają na autobusy z turystami i pielgrzymami. Niejednokrotnie są surowo karane, kiedy nie przyniosą do domu odpowiedniej sumy pieniędzy. Niektóre z nich niemalże codziennie spotykam przy punkcie kontrolnym. Próbują coś sprzedać (gumę do żucia, cukierki, drobiazgi codziennego użytku) lub zwyczajnie proszą o kilka szekli. Wiele dzieci ma powikłania natury psychicznej lub fizycznej – dla nich praktycznie nie istnieją wyspecjalizowane ośrodki pomocy. Proboszcz z Betlejem wspomina, że jest sporo dzieci chorych na białaczkę. Na miejscu nie ma dla nich żadnego specjalistycznego szpitala. Trzeba korzystać wtedy z pomocy medycznej w Izraelu, co bardzo kosztuje, gdyż żadne dziecko nie ma ubezpieczenia. Jeszcze gorszy jest los dzieci upośledzonych, zwłaszcza umysłowo. Dla nich nie istnieją nawet najbardziej podstawowe struktury, w których mogłyby znaleźć opiekę i schronienie. Zupełnie osobny rozdział stanowią też dzieci nieślubne. W Palestynie nadal panuje i jest powszechnie praktykowane „prawo honoru”. Polega ono najzwyczajniej na tym, że najczęściej sama rodzina zabija kobietę, która urodzi nieślubne dziecko. Dzieci urodzone z nielegalnych związków najczęściej trafiają do państwowych sierocińców. Bardzo rzadko udaje się instytucjom chrześcijańskim w jakiś sposób uchronić kobiety z nieślubnym dzieckiem od stosowania „prawa honoru”. Adopcja dzieci jest ogromnie skomplikowana. Zazwyczaj palestyńscy przedstawiciele opieki społecznej nie zezwalają, aby dzieci muzułmańskie były adoptowane przez rodziny chrześcijańskie. Rolę dobrego samarytanina w obronie dzieci spełniają w sposób szczególny organizacje chrześcijańskie. W Betlejem jest szczególnie znany sierociniec La CrÝche (żłóbek), prowadzony przez siostry św. Wincentego á Paulo. Charyzmatyczna siostra Sophie z Libanu jest prawdziwą duszą tego ośrodka. Słuchając jej, można się bardzo wiele dowiedzieć na temat tragedii palestyńskich dzieci. Do CrÝche docierają dzieci porzucone na śmietnikach, przy kościołach, meczetach. Nie brak tutaj również dzieci z trudnych środowisk rodzinnych. Siostra Sophie często jeździ też do okolicznych wiosek, by zapoznać się z sytuacją rodzin, losem matek i dzieci. CrÝche, podobnie jak wszystkie inne charytatywne instytucje chrześcijańskie, nie może liczyć na pomoc finansową ze strony państwa.
Nowe getto
Wszyscy, którzy przyjeżdżają do Ziemi Świętej, pytają o słynny mur. Dotychczas jedynym słynnym murem w Izraelu była Ściana Płaczu. Dziś to słowo odnosi się tylko do jednego muru: tego, który powoli, ale systematycznie i szczelnie dzieli terytoria Autonomii Palestyńskiej i Izraela. Z Jerozolimy do Betanii prowadziła niegdyś wygodna droga. W kilkanaście minut można było dojechać autobusem lub samochodem od Bazyliki Konania w Jerozolimie do grobu Łazarza. Dziś wysoki na kilka metrów mur oddziela Betanię i Betfage od Jerozolimy. Na murze ktoś napisał dużymi literami po angielsku: „’Nie’ dla nowego getta warszawskiego”. W Betlejem mur staje się coraz bardziej widoczną i przerażającą rzeczywistością. Każdy zadaje sobie pytanie, co się stanie po jego ukończeniu. Będziemy jeszcze bardziej zamknięci, odseparowani od reszty świata? Trudno przewidzieć, choć większość jest zgodna, że ten mur nic dobrego Betlejem nie przyniesie. Nastąpi jeszcze większa separacja Palestyńczyków i mieszkańców Izraela. A przecież kiedyś tak nie było. Świadczą o tym chociażby hebrajskie napisy na wielu sklepach i warsztatach. Izraelczycy chętnie przyjeżdżali do Betlejem na zakupy, do dentysty, do mechanika samochodowego, bo wychodziło taniej. Dzisiaj do tego miasta Żydzi albo wcale nie wjeżdżają, albo robią to w towarzystwie uzbrojonych po zęby żołnierzy.
Chcą żyć
Pozostaje pytanie o przyszłość. W ostatnium dniu pobytu włoskich wolontariuszy w Betlejem jedziemy na północ Izraela, niemalże na granicę z Libanem. Włosi pragną poznać ich rodaczkę Angelikę, która żyje w kibucu. Po ponad 3 godzinach jazdy samochodem docieramy do domu Angeliki. Jest bardzo zajęta, gdyż przygotowuje kolację dla kilkudziesięciu osób, które są zaangażowane w organizacji założonej przez Angelikę. Ta organizacja ma na celu pogłębianie relacji pomiędzy młodzieżą żydowską i arabską. Założycielka stawia przede wszystkim na edukację, bowiem według niej to jest najlepsza droga do zbliżenia zwaśnionych ze sobą stron. Opowiada z wielką radością o inicjatywach, które już udało jej się zrealizować. Założyła między innymi grupę teatralną, w której występuje młodzież żydowska, muzułmańska i chrześcijańska. Bardzo wielki nacisk jest kładziony na wzajemne poznawanie się: „Staramy się przede wszystkim zrozumieć, że nie wszyscy możemy należeć do tej samej kultury czy religii. Nikt z nas nie powinien się wyrzekać ani własnej religii, ani własnej kultury. Potrzebne jest nam raczej wzajemne poznanie się i zrozumienie. Mamy sobie wzajemnie tyle do przekazania. Często spotykam młodych muzułmanów, których jedynym marzeniem jest umrzeć za wolność Palestyny. Mówię im wtedy: nie powinieneś myśleć tylko o umieraniu za ojczyznę. Ty masz przede wszystkim żyć dla niej”. Organizacja pokojowa założona przez Angelikę jest znakiem, że na tej ziemi targanej od dziesiątek lat wojną pomiędzy narodami i religiami można myśleć oraz działać inaczej. Jest to jednak, niestety, tylko kropla w morzu.
Rzeczywistość wygląda zupełnie inaczej. Wzajemna nienawiść Żydów i Arabów rośnie szybko niczym ten mur, który fizycznie będzie ich oddzielał. Inicjatyw pokojowych jest ciągle za mało i nie mają siły przebicia. Środki masowego przekazu jednej i drugiej strony zbyt często podsycają nienawiść i wrogość do siebie. Każdy zamach w autobusie, każdy młody Palestyńczyk z terytoriów Autonomii zabity lub uwięziony to kolejny krok ku przepaści.
Żyć na terytoriach Autonomii Palestyńskiej, dzielić w pewnym sensie los tych ludzi nie przez dzień lub dwa, lecz przez lata, to wielkie i pouczające doświadczenie. Człowiek zaczyna rozumieć, jak ogromnie skomplikowany jest ten problem, jak wiele zagadnień trzeba wziąć pod uwagę. Ani wspomniana przeze mnie Wida, ani żadna inna osoba, z którą na co dzień żyję, nie są potencjalnymi terrorystami. Nie chcą zabijać, nienawidzić, ranić. Pragną normalności, chcą realizować młodzieńcze zamiary, marzenia, sny. Wbrew temu, co myśli Angelika, oni naprawdę chcą żyć. Tymczasem bardzo często lęk przed nagłą śmiercią lub więzieniem jest wypisany na ich twarzach.
o. Seweryn L. Lubecki OFM
