Zorganizowana akcja polityczna

Z adwokatem Andrzejem Lew-Mirskim, pełnomocnikiem Jana Kobylańskiego,
prezesa Unii Stowarzyszeń i Organizacji Polskich Ameryki Łacińskiej w procesie
przeciwko dziennikarzom zniesławiającym jego dobre imię, rozmawia Katarzyna
Cegielska

W marcu, jak zapowiada sędzia prowadzący, ma zostać wydany wyrok w procesie
wytoczonym przez Jana Kobylańskiego 17 dziennikarzom zniesławiającym jego dobre
imię. Jak Pan Mecenas postrzega toczący się od ponad 5 lat proces?

– Nie traktuję go jako oskarżenia konkretnych osób. Jest to pewne zjawisko,
które nie jest obojętne niektórym jego patronom spod znaku "Gazety Wyborczej"
czy też innych środków "masowego rażenia" i które należy zdecydowanie zwalczać.
To, że znajdzie się jeden czy drugi "dociekliwy dziennikarz", nieposiadający
żadnych hamulców przed zrobieniem największego draństwa, jest bez znaczenia, bo
tacy ludzie byli zawsze i z pewnością będą. Istotne jest to, że należy z całą
mocą przeciwstawiać się takim zorganizowanym akcjom politycznym. A jest ona
bardzo groźna, bowiem pewne środowisko, bardzo konkretne i łatwe do
identyfikacji, postanowiło ze znanych tylko sobie powodów zrobić z wielce
zasłużonego dla Polski i polskiej diaspory człowieka – prezesa Jana
Kobylańskiego – zwierzynę łowną, licząc na całkowitą bezkarność.

Dlaczego?
– To wydaje się środowiskowy atak. Jan Kobylański musiał okrutnie zadrzeć z
tymi, którzy z dnia na dzień przefarbowali się z komunistycznych czynowników na
demokratów. On ich zaczął odbrązawiać, tylko poprzez mówienie o nich prawdy.
Mówił wprost: "Ty byłeś ubekiem". A przecież większość ludzi wyjeżdżających np.
na placówki dyplomatyczne w tzw. minionej epoce to byli właśnie tacy ludzie,
którzy nie pojechaliby tam inaczej. Gdybyśmy nie przeciwstawili się tym
wszystkim pomówieniom, to mogłyby one wyrzucić Jana Kobylańskiego absolutnie
poza nawias społeczeństwa – "kapo, morderca, malwersant, szmalcownik, zabił
brata, podszył się pod jego tożsamość, to nie on, to w ogóle ktoś inny" – takie
opowieści marginalizują osobę, jej dorobek, osiągnięcia, dyskwalifikują jako
potencjalnego przywódcę czy też partnera do poważnego dyskursu.

Na czym polega specyfika tego procesu?
– Patrzę na to w sposób, który z pewnością różni się od oceny przeciętnego
obserwatora. Mam przede wszystkim świadomość, jak olbrzymią pracę wykonali sąd i
strony, aby to nietuzinkowe przecież postępowanie zostało należycie przygotowane
i sprawnie przeprowadzone. Przebrnięcie przez tak obszerny materiał nie jest
sprawą prostą. Sam akt oskarżenia nie miał chyba do tej pory żadnego
odpowiednika w polskim sądownictwie. W tym wszystkim sąd doskonale się porusza i
– co być może zabrzmi paradoksalnie – szybko prowadzi sprawę. Oczywiście odnoszę
się tu do czasu, w którym została otwarta pierwsza rozprawa, a nie do terminu
złożenia aktu oskarżenia w sądzie. Niewiele osób zdaje sobie sprawę ze specyfiki
takiego postępowania, gdzie odmiennie aniżeli w "normalnym" procesie karnym to
na oskarżonych ciąży bezwzględny obowiązek przekonania sądu, że wszystko to, co
napisali i powiedzieli o Janie Kobylańskim, jest prawdą. Ale i to jeszcze nie
wystarczy. Bowiem nie powinna to być prywatna dintojra dokonywana na człowieku w
celu stworzenia mu dyskomfortu psychicznego, lecz społecznie uzasadnione
działanie w celu ochrony owego interesu.

A sformułowania, że "Kobylański podszył się pod tożsamość własnego brata,
zarabiał na szmalcownictwie, współpracował z dyktatorami
południowoamerykańskimi" bądź też inne tego typu pomówienia świadomie
rozpowszechniane, by zniesławić osobę Jana Kobylańskiego? Czy tylko skazańcy
mogą czuć się komfortowo?

– Wydaje się, że oskarżeni czynili całe zło z pełnym przekonaniem o swojej
bezkarności i ze złudnym – jak się okazało – przeświadczeniem, że zamieszkały na
końcu świata Jan Kobylański nie będzie miał w sobie tyle siły i determinacji,
aby przeciwstawić się tym wszystkim głosicielom zasad cywilizacji miłości,
tolerancji i dobrego smaku. Tymczasem materiał dowodowy zaprezentowany przez
oskarżonych i ich obrońców nie potwierdził do tej pory – moim zdaniem –
publicznie głoszonych przez nich osądów. A ja – co zabrzmi być może nieskromnie
– byłem od początku przekonany, że potwierdzić nie może, sprowadza się bowiem do
takiej metody dowodzenia, gdzie we wszystkie te domniemane przewiny oskarżyciela
posiłkowego mielibyśmy uwierzyć na słowo, a brak rzeczywistych dowodów zastąpić
opowieściami, iż "jedna pani słyszała, że gdzieś w Urugwaju albo może gdzie
indziej mieszka pewien pan, o którym mówili, że był antysemitą albo że w
obozie koncentracyjnym zachowywał się nieprzyzwoicie"…
Jest obecnie rzeczą wysoce niepopularną powoływanie się na jakieś zasady czy też
powinności dziennikarskie, które z definicji powinny chronić przeciętnego
obywatela przed pisaniem o nim w stylu, jakiego doświadczył bezpośrednio mój
klient. Ale zdaję sobie sprawę z faktu, że w środowisku, gdzie brak zasad jest
najcenniejszą i najpowszechniej stosowaną zasadą, z pewnością wymagam nazbyt
wiele. Nadal będę jednak uważał, że aby wypowiadać o kimś obrazoburcze sądy,
trzeba mieć na nie konkretne, niepodważalne dowody bądź też opierać je na
dokumencie korzystającym z domniemania prawdy. Inaczej będziemy działali na
prawach buszu, gdzie dominuje osobnik wykazujący się  największą brutalnością
bądź siłą, a nie stosowali cywilizowane, znane już od dawna w niektórych
państwach zasady.

Panie Mecenasie, jak ocenia Pan świadków, ich tłumaczenia, ich zeznania?
– Nie jestem od oceny zeznań świadków, a już z pewnością nie na tym etapie
postępowania i przed dokonaniem tej czynności przez sąd. Mam oczywiście na ten
temat swój pogląd, ale wolałbym, żeby za komentarz posłużył opis przebiegu
przesłuchania pewnej pani, radcy ambasady z czasów ambasadorowania tam przez
jednego z oskarżonych. Wykonywała ona na sali sądowej heroiczne zabiegi, aby
pogodzić bezboleśnie ogień z wodą, co jak powszechnie wiadomo, nie jest sztuką
łatwą. I tym razem też się ona nie powiodła. A świadek odwołująca się do
dokumentów znajdujących się jakoby w archiwach MSZ – a mających uwiarygodniać
stawiane przez oskarżonego zarzuty – przysporzyła dodatkowego bólu głowy swojemu
byłemu pryncypałowi, bowiem owe dokumenty nigdy się oczywiście nie odnalazły i
tym samym oszczercza teza nie znalazła żadnego potwierdzenia w materiale
źródłowym. Niech więc teraz sama pani redaktor oceni stopień wiarygodności
zeznań świadków obrony.

Czy warto zatem wytaczać procesy o zniesławienie, szczególnie w sytuacji,
kiedy oskarżeni to głównie dziennikarze, którzy mogą zasłaniać się tajemnicą
źródła rzekomych informacji? Ponadto za nimi stoją wielkie koncerny medialne,
które raz opublikowane oszczerstwo multiplikują w kolejnych mediach i tak się
kłamstwo szerzy, a na dodatek tego typu procesy przeciągają się ponad miarę.

– Trudno, niech się przeciągają, sąd nie może być przecież limitowany pośpiechem
i nie w długości samego postępowania leży główny problem. Czas jest zresztą
czynnikiem, który rzutuje równie negatywnie na sytuację oskarżyciela, jak i
oskarżonych. Trzeba bowiem zdawać sobie sprawę z faktu, że dla tzw. normalnego,
przeciętnego człowieka samo otrzymanie wezwania do sądu – i to jeszcze w
charakterze oskarżonego – jest niezwykle niekomfortowym i stresującym
przeżyciem. A co musi odczuwać osobnik, który do tej pory sam ferował wyroki i w
ogóle nie liczył się realnie z możliwością poniesienia jakichkolwiek prawnych
konsekwencji. Tymczasem zmuszony jest teraz zasiąść na sali sądowej, z piętnem
oskarżonego, a "wredna ciemnogrodzka prasa" używa sobie na nietykalnych dotąd
"luminarzach" polskiego życia dziennikarskiego, mając jeszcze ku temu słuszny
tytuł. Inaczej siedzi się na ławie oskarżonych np. za politykę, a inaczej w
takiej sprawie.

Jeśli oskarżeni przychodzą…
– Raz przychodzą, a raz nie. Ale słyszy się: "Oskarżony Michnik, Lizut, Gugała,
Schnepf, Passent" i inni. To jest dla nich nie tylko olbrzymi dyskomfort, ale
także swoisty środek resocjalizacyjny oraz poważny sygnał ostrzegawczy przed
podobnym nieetycznym i moralnie nagannym postępowaniem. No i może poza wszystkim
uświadomienie sobie po raz pierwszy bardzo bolesnej prawdy, że czasy bezkarności
minęły bezpowrotnie i należy może zacząć ważyć słowa. Jest jeszcze jedna istotna
kwestia. Nigdy jeszcze w krótkiej historii naszej raczkującej demokracji nie
zasiadło na ławie oskarżonych tylu "najwybitniejszych" przedstawicieli
dziennikarskiego fachu, którzy w tak bezpardonowy i niewybredny sposób, nie
posiadając ku temu żadnych dowodów, złamali reguły rzetelnego wykonywania
zawodu. Nie przywoła mi pani drugiego takiego procesu. To daje jakąś moralną
satysfakcję i patrząc tylko z tego punktu widzenia, można powiedzieć, że jednak
warto.

Jak Pan Mecenas myśli, jaki będzie werdykt sędziów?
– Nie będę zgadywał, ale mam taką nadzieję, że oskarżeni zostaną uznani za
winnych i skazani. Żeby w takim procesie należycie wyważyć racje, właściwie
zastosować wszystkie obowiązujące w nim reguły, trzeba mieć należytą perspektywę
i doświadczenie zawodowe. Procesy o zniesławienie czy też ochronę dóbr osobowych
są dość trudne, bo jak wcześniej powiedziałem, inaczej rozkładają się w nich
akcenty, a ciężar dowodu spoczywa na stronie przeciwnej. Wydaje mi się jednak,
że uczyniliśmy wystarczająco dużo, aby Jan Kobylański uzyskał należną mu
satysfakcję, a oskarżeni ponieśli zasłużoną karę.  

Dziękuję za rozmowę.

drukuj