Zaczynamy wielkie sprzątanie
Nie będzie więcej apelowania do poczucia godności Polaka i próśb o usunięcie komunistycznych reliktów z polskiej przestrzeni publicznej. Samorządom lokalnym, które nie zdążyły lub nie chciały tego uczynić przez 17 lat, pomoże w podjęciu decyzji Sejm Rzeczypospolitej Polskiej
Kiedy przed miesiącem pisałem o reliktach komunistycznych w naszej przestrzeni publicznej (Pora oczyścić dom ze śmieci, „Nasz Dziennik”, 14-15 IV 2007), stwierdziłem, że czas samorządów, od których zależą nazwy ulic, placów, pomniki, tablice etc., już się skończył: „Nie można się ograniczyć tylko do apelowania i perswazji. Państwo musi przygotować dużą miotłę w formie odpowiedniej ustawy, gwarantującej egzekwowanie zaleceń IPN. Nie można pozwalać na dalsze upokarzanie Polski i jej bohaterów. Nie można tak haniebnie rujnować edukacji historycznej”. W najśmielszych oczekiwaniach nie spodziewałem się, że moje życzenie, będące zarazem życzeniem milionów Polaków, zostanie tak szybko spełnione. Przed paru dniami dowiedzieliśmy się, że odpowiedni projekt ustawy w tej sprawie trafił właśnie do Sejmu!
Prezes Instytutu Pamięci Narodowej nie będzie już musiał zaklinać przewodniczących rad gmin w Polsce, by zamienili nazwy ulic, którym patronują bolszewicy (Marchlewski, Świerczewski i im podobni), na godnych patronów, którzy mogą być wzorem dla polskiej młodzieży. Według projektu ustawy, ociągającym się pomogą wojewodowie, którzy otrzymają prawo znoszenia nienawistnych nazw, tablic i pomników w formie nakazu administracyjnego. Tak trzeba, skoro inaczej nie udało się tego zrobić. Ujawnili się już przeciwnicy ustawy, którzy bronią „demokracji lokalnej”. Demokracji czy zakazanej przez Konstytucję RP propagandy komunistycznej?
Mimo wszystko szkoda, że tej naszej demokracji lokalnej nie stać było na większy wysiłek na rzecz historycznej edukacji, która tak bardzo była nam potrzebna po latach komunizmu. Do dziś samorządy demonstrują niezadowolenie z powodu kosztów, jakie musiałyby ponieść, by zmienić na przykład ulicę Karola Świerczewskiego na Zbigniewa Herberta. To tak, jakby człowiek chodził z ubrudzonym czołem, bo woda kosztuje… Ta „oszczędność” sprawiła, że mamy w Polsce ulice i osiedla 10-lecia, 20-lecia, 30-lecia, 40-lecia nie wiadomo czego! Dzięki Panu Bogu, że 50-lecia PRL już nie było… Sejmowy projekt uprzedza ewentualne lamenty i przewiduje, że państwo poniesie koszta zmian. Prawdę mówiąc, nie jest to zupełnie zgodne z obowiązującym w Polsce prawem, bo nazwy, tablice i pomniki należą do zadań gmin. Są zadaniami własnymi, a nie zleconymi przez państwo. Autorom projektu chodzi chyba jednak o wytrącenie wszystkich argumentów z rąk opornych. Mamy więc absurdalną sytuację: państwo musi się uciekać do wybiegów i musi dopłacać, by wyegzekwować konstytucyjny zapis o zakazie propagandy komunistycznej!
Estonia dała przykład
Nie spodziewałem się przed miesiącem, że nasz problem zobaczymy na nowo w tak dramatycznym kontekście. Oto w Estonii postanowiono przenieść pomnik sowieckich żołnierzy, wraz ze znajdującymi się pod nim prochami, z centrum stolicy na cmentarz. To jest właściwe miejsce dla ludzkich prochów. Wyjątek robi się dla miejsc szczególnych, symbolicznych, takich jak grób nieznanego żołnierza pod Łukiem Tryumfalnym na paryskim placu de Gaulle?a czy nasz, na placu Marszałka Piłsudskiego. Nie sądzę jednak, by Estończycy, chcąc wzorem Francuzów i Polaków zbudować pomnik nieznanego żołnierza, składali tam prochy sołdata spod znaku czerwonej gwiazdy. Tak samo jak u nas, w Estonii uznano, że tak zwane pomniki wdzięczności nie były budowlami upamiętniającymi poległych, lecz raczej symbolami sowieckiej okupacji, która w przypadku państw nadbałtyckich była jeszcze bardziej dotkliwa niż u nas, bo tam nie istniała nawet namiastka państwa, nawet takiego dominium, jakim była PRL.
Akcja władz estońskich wywołała wściekłość w Rosji. To stary problem. Wydawało się nam, naiwnie, że kiedy upadnie Związek Sowiecki, nowa Rosja całkowicie odetnie się od sowieckiego dziedzictwa ideologicznego. Mimo iż Rosja jest następcą prawnym państwa sowieckiego, bo taki następca musiał być (tak samo Rzeczpospolita jest następcą prawnym PRL ze wszystkimi tego konsekwencjami), myśleliśmy, że ograniczy się to tylko do sfery prawa. Tymczasem od wielu lat obserwujemy z największym zdumieniem następstwo nie tylko prawne, ale przede wszystkim mentalne! W Rosji stoją pomniki Lenina, czci się Stalina i innych zbrodniarzy sowieckich. A przecież te zbrodnie dotyczyły nie tylko Polaków i innych narodów zniewolonych. Dotyczyły samych Rosjan! W Lesie Katyńskim spoczywają nie tylko nasi oficerowie. Także obywatele Związku Sowieckiego, zamordowani tam wcześniej przez NKWD. W Kuropatach pod Mińskiem zamordowano i zakopano dziesiątki tysięcy obywateli sowieckich. To tylko bardziej znane przykłady, takich miejsc na terytorium byłego Związku Sowieckiego są tysiące! Dlaczego naród rosyjski, tak doświadczony, czci ciągle czerwoną gwiazdę, znak morderców z Czeka, GPU, NKWD, NKGB, KGB? Może dlatego że nawet najstarsi Rosjanie nie pamiętają czasów sprzed krwawej bolszewickiej rewolucji? Nie ma się do czego odwołać, nie ma ludzi z autorytetem, którzy powiedzieliby swoim rodakom: nie żałujcie Sowietów! Bądźcie szczęśliwi, że mamy to już za sobą! Rosja jest narodem o wielowiekowej tradycji chrześcijańskiej. Komunizm, choć trwał tak długo, był mimo wszystko tylko epizodem w obliczu całej historii.
Rosjanie nie chcą też zrozumieć, że czerwona armia, wyzwalając od Niemców, narzucała narodom Europy nowe zniewolenie; że tym narodom czerwona gwiazda kojarzy się ze zbrodniami i przemocą. Teraz, gdy odzyskały niepodległość, chcą urządzić swój dom po swojemu i żadne pohukiwania z Moskwy nie skłonią ich do uległości. Wręcz przeciwnie, utwierdzą ich w przekonaniu, że Rosja nie jest Rosją, lecz przepoczwarzonymi Sowietami, których trzeba się strzec.
Patrzyliśmy na moskiewskie „demonstracje”, kierowane przez urzędników państwowych (!) nie tyle ze strachem, co z niesmakiem i smutkiem. Zobaczyliśmy Rosję, jakiej byśmy w Europie nie chcieli widzieć. Koszmarnej mieszanki sowieckiej agresji z czymś w rodzaju „narodowego komunizmu”, przypominającego raczkujący faszyzm Hitlera: „Zemścimy się!” – wygrażali młodzi ludzie z organizacji „Mołodaja Gwardia”, podnosząc do góry ręce zaciśnięte w pięść. „Estonia jest krajem faszystowskim!”. Telewizja pokazała burmistrza Moskwy, który wrzeszczał z wykrzywioną twarzą i wygrażał pięścią!
Władze Polski zareagowały szybko i bez wahania. Poparcie dla Estonii było jednoznaczne. Byliśmy z tego dumni. Władze Estonii podziękowały nam, z wyrazami poparcia pospieszyła też natychmiast Litwa. Unia Europejska nie miała wyboru. Choć bardzo pielęgnuje dobre stosunki z Rosją, poparła władze Estonii.
We Lwowie
Rada miejska, zachęcona dobrym przykładem Estonii, powołała komisję, która ma zinwentaryzować miejsca i symbole gloryfikujące sowiecki komunizm. Na 57 radnych za powołaniem komisji głosowało 50. „Te symbole poniżają naród ukraiński. Po ich inwentaryzacji rada miasta zdecyduje, czy powinny być one całkowicie usunięte, czy też przeniesione w inne miejsca. Nie chcemy pomników ludzi, którzy gnębili Ukraińców w czasach kolektywizacji i wielkiego głodu. Domagamy się, by z Ukrainy znikły pomniki Lenina, Dzierżyńskiego i innych przestępców. Jest to nasz własny problem. Rosja powinna w końcu zrozumieć, że ma do czynienia z niepodległymi państwami” – powiedział Ołeh Tiahnybok, przywódca partii Swoboda. Powołał się przy tym na dobry przykład Polaków i Estończyków. Jego partia wydała oświadczenie, w którym napisano: „Z szacunkiem odnosimy się do ludzi, którzy zginęli na frontach II wojny światowej i podkreślamy, że dostrzegamy wyłącznie konieczność likwidacji symboli imperialistyczno-bolszewickiej władzy”.
„Demokraci”
To, co oczywiste dla Estończyków i Ukraińców, nie jest oczywiste dla środowisk postkomunistycznych w Polsce. W klubie EMPiK kupiłem kuriozum: gazetę „Trybuna Robotnicza” wydawaną przez postkomunistów. Sam tytuł nawiązuje do nieboszczki „Trybuny Robotniczej” – komunistycznej gadzinówki, organu PPR, potem KW PZPR w Katowicach. Tematem numeru były wydarzenia w Tallinie. Relacja spodobałaby się na pewno „Mołodoj Gwardii”: „Policja brutalnie rozprawiła się z protestującymi mieszkańcami Tallina (…). Usunięcie Brązowego Żołnierza jest policzkiem wymierzonym w rosyjskojęzyczną mniejszość (…). Wśród demonstrantów przeważali ludzie młodzi. Wielu trzymało również [podkreślenie P.Sz.] flagę Estonii (…). Ludzie użyli kamieni, a potem wszystkiego, co mieli pod ręką”. Gazeta nie ukrywa poparcia dla rosyjskiej piątej kolumny w Estonii. Propagandę komunistyczną uważa za „lewicową”.
Władze Rosji
uznały, że mają w dalszym ciągu – jak przed laty – prawo do pouczania Polaków, jakie pomniki powinny stać w naszym kraju. Wyraziły „rozczarowanie” z powodu przygotowywania przez Sejm RP projektu ustawy „dopuszczającej demontaż pomników radzieckich żołnierzy”. „Uważamy, że wydarzenia w Tallinie powinny otrzeźwić tych, którzy dążą do napisania od nowa historii i pragną po nowemu spojrzeć na lekcję II wojny światowej” – oświadczył rzecznik MSZ Michaił Kamynin. Pan Kamynin chciałby, byśmy na „lekcję historii” patrzyli po staremu…
„Pamięć o zwycięstwie nie przygasa. Pamięć ta jest dla nas święta” – powiedział szef rosyjskiej dyplomacji Siergiej Ławrow. Panie Ławrow, pamięć o zwycięstwie jest też święta dla Polaków. O zwycięstwie nad bolszewikami w roku 1920. Niewiele brakowało, a bolszewia odebrałaby nam wtedy niepodległość, dopiero co odzyskaną. Pamięć o roku 1945 jest dla nas też święta. To był czas początku nowej okupacji, na którą Naród Polski nie zasłużył, będąc wiernym sojusznikiem tych, którzy podjęli walkę z Hitlerem – w czasie, gdy wy „kumaliście się z diabłem” – jak napisał polski poeta emigracyjny Kazimierz Wierzyński.
Mówię „wy”, mając na myśli Sowiety, najlepszego sojusznika Hitlera. Państwo, które stworzyło Hitlerowi warunki do rozpoczęcia wojny i razem z nim odbierało niepodległość Polakom, Litwinom, Estończykom, Łotyszom, Rumunom. Żołnierz sowiecki nie był nigdy żołnierzem wolności. „Czekamy ciebie, czerwona zarazo, byś wybawiła nas od czarnej śmierci. Byś kraj nam przedtem rozdarłszy na ćwierci, była zbawieniem, witanym z odrazą”. Tak, panie Ławrow, pisał inny polski poeta, żołnierz Powstania Warszawskiego, Józef Szczepański. Zginął razem z 200 tysiącami żołnierzy i mieszkańców Warszawy, którym Sowieci nie pospieszyli z pomocą, choć stali po drugiej stronie rzeki.
Żołnierz sowiecki
Kim był żołnierz sowiecki, który umierał w 1944 i w 1945 roku na polskiej ziemi? Był młodym Rosjaninem, Ukraińcem, Białorusinem, Litwinem, Estończykiem, Polakiem wcielonym wbrew jego woli do armii sowieckiej, może nawet byłym żołnierzem Armii Krajowej, zagarniętym na przykład na Wileńszczyźnie po operacji „Ostra Brama”! Mało prawdopodobne, by – zanim poszedł na front – modlił się do czerwonej gwiazdy, pod którą dziś spoczywa na cmentarzu w Polsce. Cmentarzu zadbanym, posprzątanym. Tylko ludzie boją się tam chodzić. Bo wieje stamtąd jakiś chłód, nie widać krzyża ani jakiegokolwiek znaku religii, której ci ludzie byli wyznawcami. To jest problem, panie Ławrow, a nie monumenty sowieckie w estońskich, ukraińskich czy polskich miastach stawiane przez komunistyczną władzę jako symbol panowania nad naszymi narodami. One i tak znikną – czy to się komuś podoba, czy nie.
Porządki
Rząd RP przygotował dwa projekty ustaw, porządkujących naszą zbiorową pamięć i jej odzwierciedlenie w przestrzeni publicznej.
Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego pracuje nad ustawą o miejscach pamięci narodowej. Ureguluje ona problematykę ochrony miejsc pamięci narodowej, wzmocni ochronę byłych obozów zagłady, miejsc kaźni, grobów i cmentarzy wojennych. „Jednym z przepisów zawartych w projekcie jest regulacja dająca wojewodom możliwość usuwania pomników, które są świadectwami dwóch największych totalitaryzmów XX wieku – komunizmu i nazizmu” – czytamy w oświadczeniu ministra Kazimierza Ujazdowskiego, który zapewnił też, że „możliwość usuwania pomników komunistycznych z przestrzeni publicznej w żadnym wypadku nie obejmuje mauzoleów i cmentarzy, na których spoczywają żołnierze polegli na terytorium Polski”. Żaden Polak nie będzie się o to upominał. My wiemy, czym jest cmentarz.
Drugi projekt dotyczy usunięcia symboli komunizmu z życia publicznego czy też z przestrzeni publicznej, jak przywykliśmy mówić. Chodzi nie tylko o nazwy ulic. Także o wszelkie „materialne symbole komunizmu” (pomniki, tablice), o unieważnienie orderów, odznaczeń i tytułów przyznanych przez władze komunistyczne za zasługi dla sowietyzacji Polski i utrwalania władzy komunistycznej.
Zmiany nazw obiektów dokonają ci, którzy są do tego powołani z mocy prawa (głównie samorządy lokalne). Ustawa zachęca do zmian dobrowolnych. Mają one większą wartość niż zmiany nakazane, kompromitujące dla każdego samorządu. W razie braku reakcji będzie wkraczał wojewoda jako przedstawiciel interesów państwa. I to jest zasadnicza sprawa. Na dobrą wolę samorządów, opanowanych często przez „demokratów” spod znaku „Trybuny Robotniczej”, raczej bym nie liczył…
Projekt ustawy
o usunięciu symboli komunizmu z życia publicznego dostępny jest już na stronach internetowych. Polecam jego uważną lekturę przewodniczącym rad gmin. Może warto uprzedzić sytuację, gdy trzeba będzie usuwać patrona ulicy Juliana Marchlewskiego, Karola Świerczewskiego czy „dąbrowszczaków”. Z takim nakazem będzie się wiązało publiczne ogłoszenie i… publiczna kompromitacja całej gminy.
Zgodnie z ustawą, wojewoda będzie korzystał z konsultacji Instytutu Pamięci Narodowej. Jednym z pionów IPN jest Biuro Edukacji Publicznej, którego zadania wynikają z samej nazwy. Już teraz wyznaczeni pracownicy Biura gromadzą informacje na temat reliktów komunizmu i faszyzmu w polskiej przestrzeni publicznej.
Żołnierze Stalina
Wśród komunistycznych nazw, które szczególnie gęsto zalegają Polskę, są ulice „dąbrowszczaków” – komunistów z Polski (Żydów, Polaków i innych narodowości), uczestniczących w hiszpańskiej wojnie domowej w latach 30. Po wojnie wielu z nich trafiło do UB, pełniło też ważne stanowiska w sowietyzowanej Polsce. Dziś znajdują wielu obrońców – jako ci, co rzekomo jako pierwsi walczyli z faszyzmem… Pisał o nich niedawno w „Rzeczpospolitej” dr Piotr Gontarczyk, historyk z IPN, autor głośnej książki „PPR – droga do władzy”: „Członkowie Brygad Międzynarodowych w Hiszpanii byli wiernymi żołnierzami Stalina, gotowymi wykonać wszystkie jego rozkazy. W lutym 1939 r. Inicjatywna Grupa do spraw Polskich przy Kominternie, kierowana przez byłego dowódcę XIII Brygady Międzynarodowej Bolesława Mołojca, wydała „Biuletyn Informacyjny”, w którym powielała wszystkie frazesy sowieckiej propagandy. Nawet rozwiązanie KPP i masowe wyniszczenie jej przywódców określali jako cios zadany faszyzmowi. W kwestii swego światopoglądu jasno deklarowali: „Nie mamy partii w kraju, ale jesteśmy żołnierzami Wszechświatowej Komunistycznej Partii, na czele której stoi nasz wielki, nieugięty Dymitrow i z nami Stalin – epokowa postać, najwierniejszy nauczyciel marksizmu-leninizmu, mistrzowski budowniczy socjalizmu ZSRR, ostoja komunistycznego ruchu całego świata”. Żołnierze Brygad Międzynarodowych nie byli obrońcami hiszpańskiego republikanizmu. Został on bowiem zniszczony przez lewicowy radykalizm gwałtami, mordami i bezprecedensowymi w tej części Europy prześladowaniami religijnymi, przeciwko którym wybuchł bunt prawicy. Dąbrowszczacy nie bronili też niczyjej wolności. Byli jeźdźcami komunistycznej apokalipsy. Z perspektywy doświadczeń XX w. wydaje się, że powinniśmy w równy sposób traktować oba zbrodnicze totalitaryzmy – i komunizm, i faszyzm. Zwolennicy sowieckich łagrów nie zasługują na wiele więcej szacunku niż miłośnicy hitlerowskich obozów koncentracyjnych”.
Ostatnie cytowane zdanie to jest właśnie sedno sprawy. Tego dotyczą proponowane regulacje prawne. Byśmy, jako Naród doświadczony i przez faszyzm, i przez komunizm, poważnie traktowali zapisany w artykule 13 Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej zakaz publicznego propagowania tych nienawistnych systemów, które zabrały życie milionom ludzi na całym świecie.
IPN Gdańsk
