Z Narodem czy z dworem? cz.2

W poprzednim artykule („Nasz Dziennik”, 20 marca) szeroko omawiałem różne negatywne przejawy funkcjonowania kancelarii prezydenckiej, jej lewicowy przechył, oderwanie od realiów polskiego społeczeństwa. Szczególnie krytycznie oceniałem dwie nader prominentne osoby w tej kancelarii: minister Ewę Junczyk-Ziomecką i szefową gabinetu prezydenta Elżbietę Jakubiak. Ostrzegałem przed skutkami przekształcenia się kancelarii w rodzaj dworu odległego od prawdziwych narodowych celów.

Zanim przejdę do precyzowania najważniejszych z tych celów, wspomnę jeszcze pokrótce o dwóch bardzo wpływowych postaciach z prezydenckiej kancelarii, faktycznie niepasujących do otoczenia prezydenta wybranego przez szeroki elektorat patriotyczny. Pierwszą z nich jest minister Maciej Łopiński. W ubiegłym tygodniu pan minister Łopiński wystąpił z żądaniem, by Ojciec Dyrektor Tadeusz Rydzyk przeprosił prezydentową za wypowiedź o niesławnym spektaklu, jaki rozegrał się z udziałem licznych tendencyjnych lewicowych dziennikarek w Pałacu Prezydenckim 8 marca 2007 roku. Dziwne, że szanowny pan minister nie rozumie, iż to Polakom należą się pokorne przeprosiny ze strony inicjatorek tej jakże żałosnej imprezy z minister Junczyk-Ziomecką na czele. Dziwne, że minister Łopiński dotąd nie zrozumiał, ile szkody przyniosła ta inicjatywa, którą sam premier Kaczyński określił jako „akcję całkowicie chybioną”. Niestety, i pan Łopiński wywodzi się z nurtu dalekiego od chrześcijańsko-patriotycznej prawicy. Jak akcentowano w „Newsweeku” z 28 grudnia 2005 r., Łopiński był gdańskim dziennikarzem „niezwiązanym wyraźnie z prawicą”. Znamienne, że jeszcze w 1998 r. (w „Tygodniku AWS”, nr 7/1998) Łopiński oceniał pozytywnie dotychczasowy bilans rządów AWS z Unią Wolności, choć już wtedy dla każdego uważnego obserwatora sceny politycznej koalicja z UW wyglądała jednoznacznie na katastrofalną pomyłkę. Jako rzecznik prezydenta Łopiński próbował rozpaczliwie bronić Urbańskiego w wypowiedzi z 2 czerwca 2006 r., głosząc ewidentną nieprawdę o rzekomym niezwiązaniu jego spółki z SLD-owskim działaczem Nawrotem, oskarżonym wówczas o korupcję.

„Salonowiec” Urbański
Po moim bardzo krytycznym tekście o Andrzeju Urbańskim w „Naszym Dzienniku” (17-18 marca) parę osób, głównie pań, wystąpiło z telefonami w jego obronie. Dodaję więc tu jeszcze trochę wyjaśnień dostatecznie wymownie pokazujących, dlaczego akurat ten kandydat szczególnie mocno nie nadaje się na prezesa telewizji publicznej. Przypomnijmy tu najpierw fakt niezwykle obciążający Urbańskiego. W swojej karierze był on nie tylko politykiem i dziennikarzem, ale również gospodarczym lobbystą. Co więcej, jako lobbysta wykazywał dość szczególne lewicowe preferencje. Na przykład w 2000 roku jako minister w kancelarii Buzka namawiał szefów Polskiej Agencji Prasowej, aby zgodzili się na zakup ich firmy przez Agorę, wydającą „Gazetę Wyborczą” (wg „Newsweeka” z 28 grudnia 2005 roku).
W „Rzeczpospolitej” z 2 czerwca 2006 r. pisano: „Dziś mało kto pamięta, że właśnie Urbański zwołał konferencję prasową po odwołaniu Lecha Kaczyńskiego ze stanowiska ministra sprawiedliwości. I to on dobitnie tłumaczył dziennikarzom, dlaczego taka decyzja premiera była niezbędna”. Doprawdy trudno zrozumieć w tej sytuacji tak dziwną wyrozumiałość pana prezydenta dla Urbańskiego. Czy chce go mianować prezesem telewizji, tylko dlatego że nie ma on żadnych skrupułów przy służeniu kolejnym panom? Tak jak to zrobił, usprawiedliwiając szokujące zdymisjonowanie Lecha Kaczyńskiego przez Buzka! Warto dodać, że Urbański został wiceministrem w kancelarii premiera Buzka w 2000 r. z polecenia Barbary Labudy, ówczesnej minister w Kancelarii Prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego, znanej z zajadłej nienawiści do Kościoła (wg „Rzeczpospolitej” z 2 czerwca 2006 roku).
Znamienne były jego szczególnie bliskie stosunki z ministrem geremkowcem Stefanem Mellerem. Urbański wyznawał redaktorkom „Wyborczej”, że właśnie w jego towarzystwie „czuje się komfortowo”. Dodajmy, że Urbański stwierdził, iż gotów byłby do rozmów w sprawie przejścia do TVP Tomasza Lisa dosłownie w „każdej chwili”, pod warunkiem, że nie żądałby dla siebie fotela prezesa TVP. Sugestia o gotowości do natychmiastowego przyjęcia Lisa do TVP wydaje się szczególnie skandaliczna, gdy zważymy, że dziennikarz ten jest od wielu miesięcy najbardziej zajadłym i oszczerczym przeciwnikiem braci Kaczyńskich i samej idei IV Rzeczypospolitej. Czyż to wszystko nie dowodzi szczególnie wyraźnie, że dla pana Urbańskiego poglądy i idee nie mają żadnych wartości i gotów jest – wbrew zasadom – dogadywać się ze wszystkimi?
„Salonowiec” Urbański ma dość szczególne „kwalifikacje” na szefowanie tak potężnej firmie jak telewizja. Ten dżentelmen zdążył już bowiem w swoim życiu „położyć” trzy gazety. Mianowany został redaktorem naczelnym „Telegrafu” – gazety, która wydała tylko kilka próbnych numerów. Nie udało mu się uratować przed upadkiem „Expressu Wieczornego”, którym kierował jako redaktor naczelny. Po kilku próbnych numerach upadł „Polski Czas”, który miał być polskim odpowiednikiem „Timesa”. Nie należał do udanych również czas, gdy Urbański kierował „Życiem Warszawy”. Pismo niezadługo potem padło. Przypominający wszystkie te fiaska Marcin D. Zdort z całym uzasadnieniem konstatował w „Rzeczpospolitej”: „Prasowa kariera Urbańskiego nie wygląda zbyt imponująco”. Chyba głównie pamięć o tych niepowodzeniach skłoniła polityka PiS Adama Bielana do krytyki pomysłu powołania Urbańskiego na szefa telewizji publicznej i stwierdzenia, że telewizją powinien kierować menedżer, a nie polityk. Jeśli bowiem będzie kierował TVP z równą skutecznością, co dziennikami, to… odpowiedź sama się nasuwa.
W „Rzeczpospolitej” z 2 czerwca 2006 r. zamieszczono dość ciekawą opinię jednej z osób, które współpracowały z Urbańskim w przygotowywaniu programów telewizyjnych: „Był strasznym leniem” – znów dość szczególna kwalifikacja do kierowania takim kolosem jak telewizja.

Stworzyć prawdziwe zaplecze intelektualne
W czasie gdy rząd prowadzi intensywne działania dla rozwiązywania aktualnych problemów kraju – urząd prezydencki i szeroko rozbudowana kancelaria prezydencka powinny tworzyć szersze strategiczne koncepcje rozwoju Rzeczypospolitej, koncepcje wybiegające w przyszłość, z pewnym dystansem w stosunku do spraw bieżących. W świetle tego, co tu wcześniej napisałem, wyraźnie widać, że pod tym względem otoczenie prezydenta i jego kancelaria absolutnie zawodzą. Zaznaczający się tam przechył lewicowy i rola takich osób, jak minister Junczyk-Ziomecka, szefowa gabinetu Jakubiak, były minister, a później doradca Urbański oraz minister Łopiński sprawili, że zbyt wielka część działań kancelarii prezydenckiej szła w złym kierunku, prowadziła na manowce. Niesławne spotkanie 8 marca 2007 r. w Pałacu Prezydenckim było pod tym względem tylko swego rodzaju czubkiem góry lodowej, spektakularnym przejawem głębszego kryzysu funkcjonowania otoczenia prezydenta. Zbyt wielką cenę płaci się za nieprzygotowanie intelektualne różnych paniuś minister i ich podwładnych.
Fatalne skutki przynoszą zaniedbania w stworzeniu mocnego zaplecza intelektualnego dla prezydentury i rządu. Prezydent opiera się na dywagacjach swoich dawnych koleżanek typu minister Junczyk-Ziomecka, która robi nadzwyczajną, niczym nieuzasadnioną karierę. Zamiast tego powinien był od początku urzędowania sięgnąć do prawdziwych prawicowych ekspertów intelektualnych wysokiej klasy, których przecież nie brakowało, i stworzyć wokół Pałacu Prezydenckiego radę doradczą złożoną z wybitnych intelektualistów. Pomogłaby mu ona na pewno w uniknięciu szeregu znaczących błędów, wynikłych z braku wyrazistości i niepotrzebnych kompromisów z różnymi kręgami lewicowo-liberalnymi, których przedstawicieli ma aż nadto we własnej prezydenckiej kancelarii. Przypomnijmy, że wśród intelektualistów nie wykorzystanych dotąd dla stworzenia takiego silnego gremium doradczego są osobowości prawdziwie dużego formatu, by wymienić choćby takie postacie, jak profesorowie: Zdzisław Krasnodębski, Andrzej Nowak, Andrzej Zybertowicz, Witold Kieżun. Dodajmy do tego choćby silne grupy profesorów krakowskich, warszawskich czy poznańskich.
Niedawno, bo 15 marca 2007 roku, profesor Zdzisław Krasnodębski ostrzegał w artykule w „Rzeczpospolitej”: „Niestety, agresywna krytyka i wrogość elit sprawiają, że obóz rządzący zamiast się otwierać i szukać szerszego poparcia, zwłaszcza w środowiskach inteligenckich, zamyka się i traci rozpęd”. Zbyt duże są już dziś koszty zmienienia kancelarii prezydenckiej w rodzaj dworu i skupiania się głównie na polityce gabinetowej, już pół roku temu tak słusznie krytykowanej na łamach „Naszego Dziennika” przez prof. Bogusława Wolniewicza. Premier, prezydent i inne postacie z kierownictwa PiS dawno już powinny były postawić na stworzenie jak najszerszego ruchu społecznego, wspierającego jakże trudne reformy zmierzające do zbudowania IV Rzeczypospolitej i rozbicia patologicznych starych układów. Z wielu środowisk wciąż podnoszone są apele na rzecz powstania takiego ruchu. Myślę, że czas najwyższy, by przystąpić do jego organizacji w skali krajowej. Ruch taki powinien być zarówno ruchem maksymalnie wspierającym działania rządu koalicyjnego na rzecz reformatorskiego przełomu, jak i środkiem presji na rzecz naprawdę radykalnych przemian, ich wyrazistości, zapobiegania zgniłym kompromisom i zbaczania w stronę jakże szkodliwych dogadywań się z PO.
Dogadywań, o których niestety ciągle jeszcze marzą niektórzy PiS-owscy liderzy, których jak widać niczego nie nauczyła dotychczasowa tak destrukcyjna polityka Platformy opartej na środowiskach oligarchicznych.

Budować Polskę solidarną!
W czasie niedzielnej konwencji PiS padło wiele ważnych stwierdzeń na temat programu „dobrego rządzenia”, zwłaszcza w wystąpieniach premiera Jarosława Kaczyńskiego i wicepremiera Ludwika Dorna. Bardzo ważne były stanowcze zapewnienia premiera o tym, że: „Będziemy bronić polskiej własności”, że trzeba „umacniać poczucie godności, patriotyzm, dumę narodową”, że trzeba przeciwstawiać się polityce klientyzmu w sprawach zagranicznych. Za zdecydowanie najważniejszą sprawę uważam tak mocno zaakcentowany na konwencji przygotowany zespół posunięć antybiurokratycznych, nazwany „pakietem Romana Kluski”. A jednak odczuwałem duży niedosyt, oglądając transmisję z obrad PiS. W zbyt małym stopniu mówiono bowiem o tym, co jest szczególnie ważne dla milionów Polaków i co przecież tak mocno było zaakcentowane w kampanii wyborczej sprzed półtora roku – o programie budowy Polski solidarnej. Zabrakło mi dokładnego przedstawienia, co robi się dla zmniejszenia ogromnej przepaści pomiędzy bogatymi i biednymi, dla przyspieszenia wyrównywania szans startu dla ludzi biedniejszych, spoza układów. Nigdy jeszcze w ostatnich stu kilkudziesięciu latach nie było w Polsce takich zapór dla awansu społecznego ludzi z uboższych środowisk wiejskich czy małomiasteczkowych jak te, które powstały w ciągu 17 lat po 1989 roku. Szkoda, że nic nie usłyszeliśmy o tym, co władze już dziś robią i co zamierzają zrobić w przyszłości dla zapobieżenia rosnącej emigracji setek tysięcy Polaków z kraju, przeważnie ludzi młodych i wykształconych. Wynikłe z tego powodu straty mogą okazać się nieodwracalne. Nie usłyszeliśmy nic o tym, jak wygląda sprawa postępów w programie budowy zapowiedzianych 3 milionów mieszkań. Zdaję sobie sprawę, że program ten napotyka na bardzo poważne przeszkody, ale o tym też należy mówić. Niestety, także w tej sprawie zauważalne jest coś bardzo niedobrego i wciąż powtarzającego się w działaniach obecnych władz – za mało, o wiele za mało mówią z Narodem o sprawach trudnych. A czasami nawet w sposób niedopuszczalny o nich milczą, tak jak o niesłusznych, niczym nieuzasadnionych rozmowach z żydowskimi szantażystami roszczeniowymi na czele z osławionym złodziejem Israelem Singerem.
Premier Jarosław Kaczyński mówił na niedzielnej konwencji, iż: „Historia zna wiele przykładów, gdy cele giną wśród kompromisów i codziennej szarpaniny”. Myślę, że słowa te w najwyższym stopniu należałoby odnieść do spraw polityki społecznej, do ciągle zbyt małych wysiłków dla polepszenia sytuacji milionów Polaków żyjących poniżej minimum socjalnego, wegetujących na skraju nędzy. W tych sprawach obserwujemy jakieś mizerne „ciurkanie zmian”, które wreszcie musi zostać zastąpione przez energiczny program działań dla usuwania różnych przejawów niesprawiedliwości społecznej i wyrównywania szans. W dzisiejszej Polsce jak najszybciej musi powstać nowa „Solidarność”, „Solidarność” ludzi ograbionych i pokrzywdzonych, ograbionych przez czerwone i różowe „łżeelity” czy raczej „lumpenelity” jak je określa prof. Anna Pawełczyńska.
Przypomnijmy tu również jakże ważkie uwagi wypowiedziane w tej kwestii przez przebywającego od paru dziesięcioleci w Polsce francuskiego korespondenta Bernarda Margueritte”a. Piętnując narzucany Polsce latynoamerykański wzór neofeudalizacji Polski, jej rosnące uzależnienie od zagranicznych koncernów, Margueritte pisał: „Latynoamerykanizacja jest również związana z lekceważeniem kultury, nauki i oświaty. Jak mi szczerze powiedział zwolennik Balcerowicza: „Po co wydawać na oświatę i naukę? Technologie dostaniemy z Zachodu, potrzebujemy tylko zwykłych robotników i dobrych menedżerów, pracujących dla firm zagranicznych”. Jaki ambitny program dla Polski! Kraj feudalny w rzeczy samej nie potrzebuje naukowców. „Rzeczpospolita” przypomniała niedawno, że Polska jest na ostatnim miejscu pod względem wydatków na jednego badacza wśród wszystkich krajów OECD (…). W tym szaleństwie jest metoda, jeszcze 10 lat takiej polityki i Polska nie będzie miała innego wyboru, jak zostać na dobre klientem międzynarodowego biznesu” („Tygodnik Solidarność” z 9 lipca 1999 roku).
Jeśli chcemy prawdziwego przełomu, to musimy postawić na konsekwentne zwiększanie wydatków na oświatę, naukę i kulturę. Jest to jedno z podstawowych zadań na drodze do obrony tożsamości narodowej, a zarazem na drodze zabezpieczenia realizacji interesów narodowych zamiast wpadnięcia w pułapkę neokolonializmu.

Wygrać wojnę o media
Za szczególnie ważną uważam walkę o zmianę sytuacji w mediach, które faktycznie stanowią dziś w Polsce pierwszą, a nie czwartą władzę. Dodajmy – władzę, w której jakże prominentni przedstawiciele najczęściej robią wszystko, by przeszkodzić prawdziwie głębokim zmianom na rzecz IV Rzeczypospolitej. Dlaczego to robią? Wiele pod tym względem wyjaśnia obłędny tumult antylustracyjny, podnoszony przez część bardzo wpływowych dziennikarzy, który – mam nadzieję – szybko zakończy się ich totalną porażką. W wojnie o media szczególne znaczenie będą mieć wysiłki dla odzyskania dla Narodu telewizji publicznej. Na pewno nie zrobi tego Urbański, jeśli tę nieszczęsną kandydaturę na prezesa telewizji ostatecznie się przeforsuje. Tym istotniejsze są więc apele, by władze PiS rozejrzały się za lepszymi kandydatami na szefa telewizji, zdolnymi do prawdziwie rewolucyjnych zmian dla oczyszczenia tego bastionu starych sił. Z telewizji publicznej, podobnie jak z radia publicznego, muszą jak najszybciej zostać usunięci wszyscy dziennikarze, którym udowodni się świadome, tendencyjne fałsze polityczne, oszczerstwa antykościelne i antyreligijne czy popieranie i nagłaśnianie antypolonizmu.
Myślę, że trzeba będzie rozliczyć tych wszystkich, którzy stosowali w okresie od 1989 roku nową „cenzurę” w telewizji. Tych, którzy blokowali pokazywanie jakże wielu filmów, nowych „pułkowników”, tylko dlatego że sprzeczne były z postkomunistyczną lub liberalno-lewicową poprawnością polityczną. Tych, którzy wprowadzali zapisy na nazwiska różnych nonkonformistycznych naukowców czy publicystów. Tych, którzy na wiele lat uniemożliwiali w telewizji przypominanie tekstów Jana Pietrzaka, na czele ze szczególnie niebezpieczną, bo „nacjonalistyczną” pieśnią „Żeby Polska była Polską”! Tych, którzy wprowadzili blokadę na występy równie nielubianego przez postkomunę Andrzeja Rosiewicza. Szokujący wprost był jego wywiad dla „Dziennika Łódzkiego” z 1 lipca 2005 r., opisujący m.in. konsekwencję, z jaką wycinali go przez lata w III RP różni decydenci telewizyjni. Czy to, jak był blokowany przy tworzeniu różnych kabaretonów na festiwalach piosenki w Opolu. Rosiewicz podał też inny znamienny przykład: „Estrada Warszawska robi sto imprez w roku i od sześciu lat nie ma na nich Rosiewicza”. Czy jest tak, dlatego że Rosiewicz przy różnych okazjach „pozwalał sobie” na szydzenie z postkomunistów, choćby ze sławetnego Leszka Millera?! A nawet, o zgrozo, wystąpił w Radiu Maryja! Za to wszystko trzeba płacić! Bo u nas, wbrew michnikowskim lamentom z 1990 roku, ostrzegającym przed antykomunistycznym „polowaniem na czarownice” – faktycznie to te stare komunistyczne czarownice wciąż na nas polują!
Dlatego jeśli ma być rzeczywisty przełom, to musimy się ostro zabrać za wszystkich decydentów – nowych cenzorów z ostatniego kilkunastolecia w radiu i telewizji. Blokowałeś różne programy, tworzyłeś nowe zapisy na nazwiska, to znaczy, że nie dojrzałeś do demokracji. Jeśli jesteś tak mocno od stóp do głów przesiąknięty mazią ze starego PRL, to uwolnij nas wreszcie od swych totalitarnych zapędów w publicznym radiu czy telewizji! Naród powinien się dowiedzieć, kto konkretnie odpowiadał przez te szesnaście lat za konsekwentne cenzurowanie, a więc ogromne zubażanie naszych elektronicznych mediów publicznych. I tu przydałaby się nowa swoista „Księga hańby” z dokładnym wyszczególnieniem wszystkich osób odpowiedzialnych za likwidowanie ostrych programów publicystycznych, zakazy „niepoprawnych” filmów, wyeliminowanie z małego ekranu lub radia jakże wielu naukowców, publicystów lub artystów estrady typu Pietrzaka czy Rosiewicza. Niech taka księga stanie się wymownym ostrzeżeniem przed kolejnymi zapędami cenzorskimi w przyszłej prawdziwie demokratycznej Polsce.
Przydałoby się również skrupulatne rozliczenie różnych nowych cenzorów w mediach i księgarniach, choćby węszących speców ze stowarzyszenia Otwarta Rzeczpospolita, którzy niejednokrotnie „popisali się” donosicielskimi praktykami wobec nielubianych przez siebie wydawnictw. Stanisław Michalkiewicz opisywał praktyki takich „nowych cenzorów”, którzy chodzili po warszawskich księgarniach w towarzystwie jednego czy paru radnych i straszyli wielkimi podwyżkami czynszu w przypadku dalszego sprzedawania „niebłagonadiożnych” książek! Przecież za takie praktyki, haniebnie naruszające wolność słowa w demokracji, powinno się surowo płacić! Tylko mocne uderzenie po kieszeni nowych cenzorów na ogół starego komunistycznego chowu może ich ostatecznie „wyleczyć”!
Niezbędne jest pokazanie rozmiarów opanowania rynku medialnego w Polsce przez krajowe i zagraniczne siły antykościelne, a także rozmiarów spenetrowania przez nich środowisk katolewicowych (na czele z „Tygodnikiem Powszechnym”). Osobny istotny temat badań w zakresie zagrożeń dla Kościoła i wartości chrześcijańskich powinno stanowić analizowanie przejawów masonerii w Polsce i rodowodów jej liderów. Typowy przykład – wielki mistrz polskiej masonerii prof. Andrzej Nowicki, „religioznawca”. W latach stalinizmu był on najbardziej prymitywnym propagandystą antyreligijnym, autorem rozlicznych paszkwili przeciw religii i Kościołowi katolickiemu, po 1956 r. prezesem Stowarzyszenia Ateistów i Wolnomyślicieli. Z takimi „dokonaniami” życiowymi Nowicki rzeczywiście pasował, by zostać czołową postacią dzisiejszego polskiego wolnomularstwa.
Jakże groteskowo na tle takich życiorysów wypadają publiczne wypowiedzi niektórych polskich masonów łżących wszem i wobec, że masoneria nie żywi żadnej niechęci do religii i Kościoła. Propagatorzy idei masońskich jako rzekomego ucieleśnienia humanitaryzmu i tolerancji liczą na nieznajomość okrutnych antychrześcijańskich działań ze strony masonerii w przeszłości – zwłaszcza dwóch szczególnie bezwzględnych przykładów takich prześladowań katolików: w Meksyku lat 20. i 30. oraz republikańskiej Hiszpanii w dobie wojny domowej lat 1936-1939. Przypomnijmy, że inicjator najokrutniejszych prześladowań duchowieństwa i prostych wierzących katolików w Meksyku – prezydent Eliasz Calles, był odpowiedzialny za zamordowanie wielu księży i zniszczenie rozlicznych kościołów. Swym barbarzyńskim terrorem wobec Kościoła katolickiego sprowokował w końcu wybuch wojny domowej w Meksyku. W toku tej wojny zginęło około 100 tysięcy osób. Oto był prawdziwy efekt „tolerancji” w masońskim stylu!
Warto tu przypomnieć, że masoneria została rozwiązana oficjalnym dekretem państwowym w 1938 r. w czasie poważnego zagrożenia II Rzeczypospolitej. Dekret ten nie został nigdy odwołany po wojnie, stąd faktycznie działanie masonerii powinno być uznane za nielegalne. Dodam, że w sytuacji, gdy Polska znowu jest krajem bardzo poważnie zagrożonym, nie powinno się tolerować żadnej organizacji odznaczającej się skłonnością do utajniania wielkiej liczby swoich wpływowych członków i mającej utajnione międzynarodowe powiązania.

W obronie polskości
Najsłynniejszy polski dyplomata książę Adam Czartoryski pisał pod koniec lat czterdziestych XIX wieku: „Mamy w Polsce tylko dwie partie – partię polską i partię antypolską”. To stwierdzenie jest aktualne także dziś. W czasie, gdy tak wiele osób skompromitowało się lub kompromituje jako pseudoprawicowcy („łżeprawica”) w stylu Platformy Obywatelskiej, należy skończyć z fetyszyzowaniem podziału na prawicę i lewicę jako główną linię rozdzielającą Polaków. Prawdziwym najważniejszym podziałem jest dziś podział na tych, którzy bronią interesów Polski, i tych, którzy im szkodzą – i nie ma wyjątków od tej reguły.
Musimy w ciągu najbliższych lat doprowadzić do ostatecznego przezwyciężenia sytuacji, w której Polak lżony jest za patriotyzm, a nagradza się jurgieltników. Niech tych ostatnich otoczy tak należna im infamia, powszechna pogarda, jaka powinna ścigać krajowych wrogów Polski. Trudno nie zgodzić się z gniewnym apelem jednego z najwybitniejszych polskich poetów, krytyka literackiego i publicysty Jarosława Marka Rymkiewicza. W wywiadzie udzielonym „Rzeczpospolitej” z 31 grudnia 2004 r. Rymkiewicz powiedział: „Są nawet ludzie, którzy uważają, że Polska jest czymś tak marnym i nędznym, że byłoby lepiej, gdyby jej nie było. Kiedyś, kilka lat temu, w pewnym literackim pisemku przeczytałem artykuł pani – nie podam jej nazwiska, bo nie chcę jej zawstydzać – która dowodziła, że istnienie literatury polskiej jest rzeczą nonsensowną, gdyż można przecież nauczyć się angielskiego i nad Wisłą czytać książki amerykańskie. Dyskusja z ludźmi pokroju tej autorki wydają mi się niepotrzebne, nie ma powodu jej wszczynać. Ludzi takich można tylko delikatnie poprosić, żeby stąd zniknęli. To właśnie im mówię: „Wyjeżdżajcie stąd, zniknijcie nam z oczu. Zostawcie nam nasze polskie sprawy, damy sobie z nimi radę, bo to są nasze sprawy”.
Marian Hemar pisał kiedyś w dramatycznym wierszu o losie Polski we wrześniu 1939 roku:
Tę Polskę tak po cichu wziąć
w dwie zbrodnie, zdrady dwie,
w dwa ognie.
I oto dziś znów, po 68 latach od tragicznego Września, jesteśmy jako kraj brani „w zdrady dwie, w dwa ognie”. Z jednej strony przez dyktat Unii Europejskiej z przemożnym naszym „niemieckim adwokatem”, a raczej „prokuratorem”. Z drugiej strony, od wewnątrz, przez siłę rodzimej Targowicy AD 2007, łakomą łupów zgraję jurgieltników pseudoelit.
Niestety, ciągle jeszcze mamy w kraju bardzo silne bastiony antypolonizmu, od niektórych bardzo wpływowych mediów począwszy po Ministerstwo Spraw Zagranicznych. Niestety, pani minister Anna Fotyga, wbrew nadmiernym pochwałom na jej temat, wygłoszonym na ostatniej konwencji PiS, faktycznie prawie nic nie uczyniła dla ukrócenia przejawów antypolonizmu wewnątrz samego MSZ. Nie zdobyto się nawet na ukaranie sprawców skrajnie antypolskiej dywersji, jakim był przygotowany przez Macieja Kozłowskiego całkowicie tendencyjny anglojęzyczny wybór tekstów o książce „Strach” J.T. Grossa. Dotąd nie usunięto z placówek nawet najgorszych ambasadorów typu Reiter z USA, Suchocka z Watykanu czy Labuda z Luksemburga.
Trzeba raz na zawsze skończyć z niegodnym lekceważeniem spraw Polaków w krajach ościennych. Fatalny ton nadały tu już rządy Mazowieckiego i początek prezydentury Wałęsy. By przypomnieć wprost żałośnie groteskową wypowiedź Wałęsy na temat praw Polaków na Litwie: „Wystarczy, by mogli mówić po polsku w kuchni i w kościele”. Odpowiedzią na takie dictum Wałęsy było stwierdzenie starej wilnianki: „Bardzo dziękujemy Panu Wałęsie. A toż i Hitler nam na to pozwalał”.
Emigracyjny publicysta M. Broński już w marcu 1984 r. postulował na łamach paryskiej „Kultury” (s. 29-33): „(…) nie wystarczą protesty. Można by i należało stworzyć polską organizację tego typu, co istniejąca w USA żydowska Anti-Defamation League, która nie protestuje, tylko przyciska szkalujących pismaków do muru, wytacza procesy o zniesławienie, ma dokumentację na temat kto, gdzie i za czyje pieniądze wyprodukował jakiś paszkwil i w ogóle means business (…), należy bojkotować osoby lub instytucje, o których na pewno wiadomo, że przyczyniły się do zniesławienia Polaków (…)”.
O ileż silniejsi od nas materialnie i pod względem pozycji międzynarodowej Francuzi wprowadzili u siebie w szkołach przedmiot „wizerunek Francji i Francuzów”. Uznali to za rzecz konieczną dla ukształtowania u francuskiej młodzieży troski o polepszenie obrazu Francji i Francuzów u innych nacji. W Polsce przy tak niskiej dziś, wręcz masochistycznej ocenie tym bardziej potrzebne jest wprowadzenie w szkołach przedmiotu „wizerunek Polski i Polaków”, szczególnie duży nacisk kładącego na wzmocnienie narodowego marketingu i tożsamości narodowej.

Jakiej Polski pragnę
– Polski, która raz na zawsze zejdzie z drogi do bananowego państwa;
– Polski, w której powróci „godność starej daty” i w której odrzuci się na skrajny margines wszystkich antypolaków, od Urbana po Kutza i Warszawskiego (Geberta);
– Polski, w której postawi się wreszcie na polską przedsiębiorczość i polską inwencję, polskie patenty i polskich inżynierów;
– Polski, w której wreszcie rozliczy się zbrodniarzy, którzy zniewalali Naród, wpisze ich na trwałe do Ksiąg Hańby, choćby setki publicystów nazywało ich „ludźmi honoru”;
– Polski, w której bezwzględnie rozliczy się ze wszystkimi, którzy okradli Naród;
– Polski, w której znów doceni się naukę i kulturę, uznając je za naszą najlepszą wizytówkę wobec świata;
– Polski, która będzie szanować Polonię i jej wkład intelektualny, która prawdziwie zadba o Polaków na Wschodzie;
– Polski, w której zdrajcy będą traktowani jak zdrajcy;
– Polski, w której zrobi się wszystko, by zmniejszyć patologiczne rozpiętości dochodów, w której zrobi się wszystko dla zmniejszenia dystansu pomiędzy głównymi centrami a „Polską B i C”;
– Polski, w której Polacy będą dumni, że są Polakami, w której Polska będzie Polską, a nie kawałkiem sukna rozgrabianym przez obcych i rodzimych złodziei.

Odbierzmy Polskę łżeelitom!
Publicysta Włodzimierz Paźniewski pisał kiedyś, że w miejsce PRL powstała PRK – Polska Rzeczpospolita Korupcyjna. Określił ją jako chorą narośl nowotworową, w której „gangrena objęła wszystkie sfery życia publicznego”. Ostrzegał: „Stan dzisiejszy jest nie do utrzymania. Inaczej państwo polskie rozsypie nam się w rękach. Niewykluczone, że niektórym sąsiadom o taki scenariusz w Polsce właśnie chodzi”. Aby temu zapobiec, Paźniewski wzywał do zastosowania jak najbardziej radykalnych środków do wymuszenia przestrzegania prawa. Apelował o podjęcie nieubłaganej walki z korupcją: „Odbierzmy nasze państwo draniom”.
Zwracam się do wszystkich Polaków myślących i czujących po polsku. Starajcie się wziąć sprawy w swoje ręce, działając na rzecz przepędzenia dotychczasowych pseudoelit, które tak długo fatalnie rządziły Polską po 1989 r., i stworzenia nowych prawdziwie polskich elit. Nie miejcie kompleksów – wcale nie jesteście gorsi od przedstawicieli tak długo dominujących „lumpenelit”, od nich naprawdę trudno być gorszymi. Jesteście od nich lepsi, bo chcecie dobra Polski, a nie dominacji interesów jednostkowych lub grupowych nad publicznymi. Uwierzcie w siebie. Pamiętajcie, że jest to być może ostatnia szansa ratowania polskiej gospodarki, polskiej tożsamości narodowej – całej naszej Ojczyzny, zapobieżenia sprowadzeniu Polski na trwałe do roli popychadła. Pokażcie, że jesteście godni być Polakami, że Polska może znowu stać się Polską!

drukuj