Wpłynęli na życie wielu osób

Z o. Jackiem Lisowskim OFMConv, delegatem prowincjała franciszkanów w
Peru, rozmawia Małgorzata Pabis

Mija 20 lat od śmierci o. Zbigniewa Strzałkowskiego i o. Michała Tomaszka. Na
ile ludzie, wśród których ewangelizowali, pamiętają o męczennikach z Polski?

– Jestem przekonany, że możemy mówić o pamięci "żywej", tzn. wiele osób wciąż o
nich pamięta, wspomina ich i opowiada, jak reagowali w takiej czy innej sytuacji
i czego nauczali, w czym im pomogli i jak bardzo żałują, że nie byli w stanie
ich obronić przed terrorystami. To oznacza, że w ich życiu są bardzo obecni.
Zresztą nie tylko w życiu bezpośrednich świadków wydarzeń sprzed 20 lat. Po
ulicach miasteczka biegają kilkuletnie dzieci, których imiona brzmią dosyć
swojsko, jak: Zbigniew, Michał czy Jarek…

Wiemy, że Słudzy Boży zginęli, bo nie wyparli się swojej wiary. Czy dziś
chrześcijanie w Peru mogą bez przeszkód wyznawać Chrystusa?

– Na szczęście na terenie naszej misji zagrożenia nie ma. Po wielu latach
konfliktu członkowie Świetlistego Szlaku, maoistowskiej organizacji
terrorystycznej odpowiedzialnej za śmierć ojców, przenieśli się do dżungli,
gdzie zajęli się produkcją i przemytem kokainy. Ich rewolucyjne mrzonki
kosztowały życie 70 tysięcy ludzi, więc pamięć o nich przywołuje jedynie ból i
cierpienie minionej epoki, stąd ich oddziaływanie na życie społeczne i
polityczne zostało znacznie ograniczone. Co nie znaczy, że problem nie istnieje.
W kraju, w którym 38 procent społeczeństwa żyje na granicy ubóstwa, wiele może
się zdarzyć, nawet z dnia na dzień, jednak o powrocie do sytuacji sprzed 20 lat
nie ma już chyba mowy. Peru, kraj w większości i tradycyjnie katolicki,
gwarantuje wolność religijną. Jako misjonarz czuję się tu bardzo bezpiecznie i
unikając wszelkich porównań, pragnąłbym, by w innych częściach świata traktowano
nas z taką życzliwością.

Jak wygląda dziś praca misjonarzy w Peru?
– Jako franciszkanie, którzy należą do krakowskiej prowincji franciszkanów,
przyjechaliśmy tutaj, by zaszczepić nasz zakon w Peru. Oczywiście posługujemy w
miejscach szczególnie trudnych ze względu na ubóstwo mieszkańców, na konflikty
społeczne, na oddalenie od miast, na brak kapłanów itp. Taki to już misyjny los:
żaden biskup by nas nie zaprosił, gdyby sam mógł wyjść naprzeciw tym potrzebom.
Spora więc część naszej posługi to pomoc socjalna, edukacja, niekończące się
budowy i inwestycje. Ale to nie wszystko. Tak jak w przypadku naszych
męczenników, którzy umarli za wiarę, naszym powołaniem jest odpowiedź na nakaz
misyjny Jezusa: "Idźcie i głoście". Jako wierzący staramy się więc ofiarować
ludziom, do których zostaliśmy posłani, to, co niezbędne, i doprowadzić ich
następnie do wiary.

I na koniec bardzo osobiste pytanie – dlaczego Ojciec został misjonarzem i
wyjechał do Peru?

– Powiem krótko: bo tak chciał Pan Bóg. W głowie młodego oficera marynarki
handlowej było wiele pomysłów na życie, ale dlaczego spotkał on w porcie w Peru
polskich misjonarzy, potem z nimi trochę pobył i zdecydował się potem do nich
dołączyć, to jedna z wielkich tajemnic mojej wiary.
 

Dziękuję za rozmowę.

drukuj