Wolni ludzie są nadzieją mojej ojczyzny
Z Borysem Pustyncewem, rosyjskim dysydentem i obrońcą praw człowieka,
rozmawia Piotr Falkowski
Borysie Pawłowiczu, zna Pan sowiecki system prawny z własnego doświadczenia.
Co go odróżnia od norm europejskich?
– Sowiecki system prawny różni się od modelu zachodniego zwłaszcza brakiem
kontradyktoryjności postępowania i bezwzględną zasadą domniemania niewinności
państwa w jakimkolwiek konflikcie z obywatelem. W rzeczywistości sędzia i
prokurator występowali w procesie jako jeden zespół, a sędzia w swoim wyroku
często po prostu powtarzał argumenty prokuratury. Rola obrońcy w procesie była
minimalna, a w wielu przypadkach czysto formalna: zapewniano przestrzeganie
prawa gwarantującego oskarżonemu posiadanie obrońcy. Jeżeli sąd oceniał konflikt
pomiędzy obywatelami, doświadczony adwokat mógł czasami mieć wpływ na wynik
sprawy, na przykład uzyskać mniejszą karę, niż domagał się prokurator, ale nawet
w takich przypadkach rzadko kiedy udało się doprowadzić do uniewinnienia.
Uniewinnienie w sądzie zawsze było traktowane jako błąd w ściganiu i
dochodzeniu, a tak ważny przedstawiciel państwa jak prokurator nie mógł się
mylić. Stąd brak w tradycjach rosyjskich sądów uzasadnienia wyroków
uniewinniających i stanowią one około 0,5 proc. wszystkich orzeczeń sądowych.
Reportaż sądowy jako gatunek dziennikarski w ogóle nie był nieobecny:
twierdzono, że przestępczość w ZSRS stale słabnie. Materiały "z sali sądowej"
ukazywały się tylko jako uzasadnienie propagandy jakiejś kampanii politycznej.
Wiele procesów było zamkniętych dla publiczności, nie tylko politycznych, ale
także w przypadku poważnych przestępstw. Sędzia zazwyczaj ma prawo nie wpuścić
na salę sądową lub usunąć z niej każdego.
Co znaczył obywatel przed sowieckim sądem?
– Jeżeli jedną ze stron w sądzie jest państwo, to argumenty prawnika drugiej
strony były otwarcie lekceważone, a sędzia przepisywał zdanie z tekstu aktu
oskarżenia słowo w słowo. Jeden przykład. W maju 1957 roku byłem sądzony w
Petersburgu (wówczas Leningradzie) w sprawie antyradzieckiej propagandy i
agitacji. Jeden z ostatnich i najmniej znaczących punktów oskarżenia brzmiał:
"rozpowszechniał czasopisma 'Times’ i 'Newsweek’, zawierające artykuły
antyradzieckie". Rzeczywiście, podczas "odwilży", za Chruszczowa, przez krótki
okres (od lutego do października 1956 roku) w czytelniach dużych bibliotek
publicznych możliwe było czytanie niektórych zachodnich czasopism. Znałem
angielski i zwięźle wynotowywałem to, co było najciekawsze dla mnie, aby
zapoznać z tym moich przyjaciół. Moja adwokat okazała w sądzie zaświadczenie
wydane przez kierownictwo biblioteki, że te czasopisma były w tym czasie
dostępne publicznie i każdy gość mógł się z nimi zapoznać, zatem oskarżanie mnie
o rozpowszechnianie tych materiałów jest po prostu niemożliwe. Niemniej jednak
sędzia w wyroku powtarza: "za rozpowszechnianie czasopism 'Times’ i 'Newsweek’,
zawierających artykuły antyradzieckie".
Sądy zostały przekształcone w pożyteczny dla państwa aparat. Na przykład
Chruszczow w 1961 roku z jakiegoś powodu rozeźlił się na dwóch aresztowanych
obywateli, Rokotowa i Fajbyszenkę, oskarżonych o zakup i sprzedaż zachodniej
waluty, którzy już zostali skazani na wieloletnie więzienie, i zmusił parlament
do wprowadzenia kary śmierci za spekulacje walutowe na dużą skalę. Następnie
przeciw Rokotowowi i Fajbyszence wszczęto nowy proces, skazano na karę śmierci i
rozstrzelano. Nawet jak na ZSRS to był dziki przypadek – stosowanie prawa wstecz
w przypadku zwiększenia kary. Niemniej jednak sędziowie wszystkich instancji (bo
były oczywiście odwołania) wyrazili w pełni zgodę na to wyjątkowe naruszenie
zasad prawa.
Jakie zmiany zaszły po rozpadzie ZSRS i formalnej zmianie ustroju?
– Zmiany w przepisach były jak najbardziej radykalne. Konstytucja z 1993 roku
głosiła absolutny priorytet praw obywatelskich wobec uprawnień państwa i nadal
jest główną przeszkodą dla rządzącej dziś grupy czekistów w jej dążeniu do
umocnienia autorytarnego reżimu. Nowa konstytucja pozwoliła w latach 90. na
uchwalenie ustaw o prywatnej własności, o adwokaturze, kodeksu cywilnego,
kodeksu ziemskiego, prawa o sądownictwie i wielu innych przepisów, które
kształtują ramy prawne społeczeństwa demokratycznego. Próby "poprawiania"
konstytucji występują stale, często z powodzeniem (na przykład w 2008 roku
rozszerzono z czterech do pięciu lat kadencje prezydenta i parlamentu), ale jej
podstawowe przepisy pozostają w mocy, przynajmniej formalnie. Dlatego władza
wykonawcza, która skutecznie tłumi bezpośrednią działalność polityczną w kraju,
natknęła się na opór podczas próby opanowania aktywnego społeczeństwa
obywatelskiego.
Czyli w Rosji to nie przepisy są problemem, ale ich stosowanie?
– Tak, prawa mamy mniej lub bardziej zadowalające. Ale ludzie, którzy zostali
powołani do egzekwowania tych przepisów w praktyce, to katastrofa. Dziś w Rosji
i za granicą przeważa pogląd, że nasi demokraci, którzy dostali do rąk władzę i
nie umieli jej utrzymać, są zdyskredytowani. Ale przez te wszystkie lata nie
mogę od nikogo uzyskać odpowiedzi na proste pytanie: jak mogło w Rosji
Sowieckiej tak nagle pojawić się tylu demokratów, którzy mieliby dojść do
władzy? I gdzie te demokratyczne masy, które do niedawna tak skutecznie ukrywały
się przed oczami i uszami wszechobecnego KGB?
Kim są ludzie sprawujący władzę w Rosji?
– Demokratów w europejskim znaczeniu tego słowa w ZSRS zawsze było znikomo mało,
a ci, co byli – jak to prawdziwi demokraci – nie byli w stanie zintegrować
swoich celów i działań. Do władzy w nowej Rosji doszli ludzie deklarujący się w
owym czasie jako przywiązani do demokracji. Ale większość z nich to wczorajsi
komuniści, będący już kiedyś w strukturach władzy na różnych szczeblach, tak
naprawdę stuprocentowi konformiści. Ich główną troską było ponowne umocnienie
ich władzy. Zwolennicy głębokich reform demokratycznych w rządzie i parlamencie
są w mniejszości i znowu, jak zawsze, koncentrują się na roztrząsaniu różnic
między sobą, co oczywiście przeszkadza im w przyciągnięciu biernego
antykomunistycznego elektoratu.
Co się stało z demokratyczną opozycją?
– Ruch demokratyczny był niepowtarzalną szansą osiągnięcia znacznego poparcia w
wyborach parlamentarnych w 1996 roku, gdy wiosną 1995 roku Grigorij Jawliński (z
partii Jabłoko) zgodził się na propozycję Jegora Gajdara (Demokratyczny Wybór
Rosji) wystawienia jednej listy demokratycznych kandydatów. Wtedy Gajdar
zasugerował, że w następnych wyborach prezydenckich wszystkie demokratyczne
partie i ruchy poparłyby kandydaturę Jawlińskiego na to stanowisko. Obaj byli w
popularnym programie telewizyjnym i poinformowali o porozumieniu. Wszyscy
cieszyliśmy się i byliśmy pewni sukcesu. Ale następnego dnia Jawliński w tym
samym programie powiedział, że rezygnuje z umowy i że Jabłoko pójdzie do wyborów
z oddzielną listą. A następnie opublikował w gazecie artykuł o wymownym tytule
"W rozłamie u demokratów nie ma tragedii". Ciężkim grzechem jest taki
egocentryzm. W wyniku jego wysiłków wielu naszych potencjalnych zwolenników
zawiodło się i przestali chodzić na wybory. A przeciętny obywatel, plując na
"demokratyczny chaos", oddał głos na "partię silnej ręki" Żyrinowskiego.
Od samego początku demokratycznych przeobrażeń przedstawiciele odchodzącego
reżimu zaciekle walczyli o miejsca w nowej władzy, uniemożliwili przyjęcie
ustawy o lustracji, zorganizowali energiczną kampanię przeciwko domniemanym
"polowaniom na czarownice". Nawet wielu demokratów połączyło się z nimi i
skandowali: "Nie dopuścić do polowania na czarownice!". W połowie lat 90., gdy
upewnili się, że odpowiedzialność za dawne zbrodnie ich nie dosięgnie,
przeciwnicy demokracji podjęli kontratak. Na polowanie wyszły… same
czarownice.
Wracając do wymiaru sprawiedliwości – co stało się z tym systemem w latach
90. XX wieku?
– Po upadku Związku Sowieckiego poszczególne ogniwa w rosyjskim systemie prawnym
przekształciły się na różne sposoby. Wymiar sprawiedliwości to w państwie prawa
najwyższy organ w hierarchii władzy. W ciągu pierwszych dziesięciu lat po
pieriestrojce przeszedł długą drogę i, w przeciwieństwie do prokuratury i
policji, można powiedzieć, że wszedł do przestrzeni europejskiej. Wielu sędziów,
szczególnie przedstawiciele młodego pokolenia, bardzo poważnie traktuje swój
status niezależności, uzyskany w 1992 roku. Główną rolę w tym procesie odegrało
otwarcie granic i ustanowienie bliskiej współpracy międzynarodowej w sferze
zawodowej.
Rosyjski sędzia zaczął komunikować się regularnie z zagranicznymi kolegami, czuł
smak przynależności do międzynarodowej społeczności sądowej. Zwiedzając Anglię,
Holandię czy Szwecję, widzi na własne oczy, jakim szacunkiem społeczeństwa
cieszą się jego miejscowi koledzy. Widzi, że słowo sędziego może mieć znacznie
większą wagę niż ministra, prezydenta albo króla. Zaczyna zazdrościć swoim
kolegom i nadchodzi moment, kiedy mówi do siebie: "Do diabła, w czym ja jestem
gorszy od nich?". Ale wtedy zaczyna zdawać sobie sprawę, że taki wysoki poziom
poważania jego zawodu wynika z tego, że obywatele wierzą w kompetencje sędziego,
w jego uczciwość, jego niezależność! Podoba mu się to wszystko i po powrocie do
domu zaczyna przynajmniej marzyć o przeniesieniu takiego stanu rzeczy, a czasami
podejmuje odpowiednie działania.
Zna Pan przykłady upominania się przez sędziów o należne im prawa?
– W 1996 roku w jednym z moskiewskich sądów rejonowych rozpatrywano sprawę
morderstwa dziennikarza Dmitrija Chołodiowa, który badał korupcję na najwyższych
szczeblach władzy wojskowej. Młoda sędzia (niestety, nie pamiętam jej nazwiska)
wezwała do sądu w charakterze świadka ministra obrony Pawła Graczowa, wysyłając
mu pocztą wezwanie. Ten zaplanowane posiedzenie zignorował. Sędzia wezwała go na
kolejne. Minister po raz kolejny się nie stawił. Sędzia na otwartej sesji
publicznie ogłosiła, że na następną rozprawę Paweł Graczow, w przypadku
niepojawienia się, zostanie doprowadzony w milicyjnym konwoju! I wszechwładny
minister obrony (trwała pierwsza wojna czeczeńska) przyszedł do sądu i złożył
bardzo nieprzyjemne dla siebie zeznania przeciwko swoim podwładnym. Ten
przypadek roztrąbiły wszystkie lokalne media (zupełnie swobodne w epoce Jelcyna)
jako dowód, że niezależne sądownictwo w Rosji staje się rzeczywistością.
Obecnej władzy to chyba nie w smak?
– Każda służba specjalna uważa wolną prasę za rzeczywistego lub potencjalnego
przeciwnika, a dla formacji, która jest obciążona tradycją KGB, wolna prasa to
wróg najgorszy. Przypomnijmy publiczną histerię Putina wobec dziennikarzy po
jego spotkaniu z rodzinami marynarzy, którzy zginęli na okręcie podwodnym
"Kursk". "Oni kłamią, kłamią, kłamią" – powtarzał. Ale wyeliminowanie lub
podporządkowanie sobie niezależnych środków społecznej komunikacji w okresie
istnienia niezależnego sądownictwa jest niemożliwe. Odtąd "jasnym snem" grupy
Putina i Sieczina [bliski współpracownik Putina, obecnie wicepremier], która
doszła do władzy, stało się zniszczenie instytucji niezależnego sądu, który to
sen staje się rzeczywistością. Ostatnim uderzeniem w wymiar sprawiedliwości była
nowelizacja ustawy o statusie sędziów, która weszła w życie w styczniu 2010
roku, zakazująca sędziom podróży do innych krajów za pieniądze otrzymane z
zagranicznych fundacji. Zmiany te mają na celu ograniczanie udziału rosyjskich
sędziów w międzynarodowych programach współpracy, był to więc kolejny krok
obecnego rządu na rzecz przywrócenia izolacji Rosji od cywilizowanego świata.
I co na to sędziowie?
– Nie można powiedzieć, że korpus sędziowski nie sprzeciwia się próbom
opanowania go ponownie przez władzę wykonawczą, a przynajmniej w niektórych
regionach. Na przykład w Petersburgu w 2008 roku Federalna Służba Rejestracji
(FRS), instytucja utworzona w celu wdrożenia drakońskiej ustawy z 2006 roku,
mającej na celu zniszczenie niezależnych organizacji pozarządowych, zażądała,
aby stowarzyszenie Kontrola Obywatelska dostarczyło całą naszą korespondencję
przychodzącą w ciągu ostatnich trzech lat. Ponieważ zawiera ona poufne
informacje (w listach obywateli są informacje stanowiące tajemnicę medyczną i
rodzinną, chronioną przez prawo), to zaskarżyliśmy to do sądu. Sąd rejonowy
orzekł na korzyść FRS, oświadczając, że "działania organizacji publicznych
powinny być przejrzyste". Odwołaliśmy się do Sądu Miejskiego w Sankt
Petersburgu, a ten podtrzymał naszą skargę, pisząc w swoim orzeczeniu, że
żądanie FRS narusza konstytucyjne prawa obywateli Federacji Rosyjskiej.
W 2009 roku Sąd Rejonowy w Petersburgu uwzględnił skargę lokalnego oddziału
organizacji Memoriał na miejską prokuraturę, który to urząd dopuścił się
poważnego uchybienia proceduralnego podczas rewizji w biurze Centrum
Naukowo-Badawczego Memoriału. Prokuratura złożyła apelację w sądzie miejskim,
który nakazał ponowne rozpoznanie sprawy w tym samym sądzie rejonowym, ale w
nowym składzie. Nowy sędzia wydał bardziej surowe i potępiające działania
prokuratury orzeczenie, którego już nikt nie kwestionował. Niemniej jednak moi
koledzy twierdzą, że w Moskwie to byłoby niemożliwe.
W 2010 roku dwa sądy rejonowe w Sankt Petersburgu uznały za nielegalną decyzję
ministerstwa sprawiedliwości w sprawie zamknięcia dwóch lokalnych organizacji
pozarządowych za domniemane naruszenia prawa. Ministerstwo się nie odwołało.
Jaki jest status organów prowadzących dochodzenia?
– Prowadzącymi śledztwa w Rosji są policja [do sierpnia tego roku "milicja"] i
prokuratura. Obie te struktury powstały w czasach sowieckich w celu ochrony
systemu totalitarnego i w nowych warunkach nie mogły na płaszczyźnie zawodowej
zacząć wykonywać żadnych innych zadań. Zostały one utworzone na wzór wojskowy i
tak jak armia stały się zamkniętymi korporacjami, wyalienowanymi ze
społeczeństwa. Wszelkie reformy tych instytucji w latach 90. miały charakter
kosmetyczny, dekoracyjny. Skuteczne reformy będą możliwe tylko w wyniku
demilitaryzacji, aby na przykład policja nie była "siłą", lecz "służbą".
Niemniej jednak i w prokuraturze, i w policji stopniowo pojawia się coraz więcej
ludzi, zwłaszcza na średnim szczeblu, którzy widzą korzyści płynące z
europejskiego modelu stosunków między systemem egzekwowania prawa a
społeczeństwem. Są gotowi do współpracy ze społeczeństwem obywatelskim,
organizacjami broniącymi praw człowieka, ale starają się nie afiszować z tą
współpracą. Oznacza to, że jest nadzieja, ale na razie to nie oni "ustalają
pogodę".
Najbardziej zacofany element to śledczy. Przez wiele lat obiecywano stworzenie
jednolitego komitetu śledczego, niezależnego od innych organów, skutkiem czego
ośrodki edukacyjne ani w MSW, ani w prokuraturze nie zajmują się poważnie
przygotowaniem śledczych. Dzisiaj niezależny śledczy to jak biały słoń – rzadka
figura.
Jak te instytucje odnajdują się w mimo wszystko zmienionej rzeczywistości?
– Prokuratorzy z bardzo wielkim trudem przyzwyczajają się do nowej roli jako
strony postępowania kontradyktoryjnego, znacznie gorzej niż sędziowie. Na jednym
z głośnych procesów w Sankt Petersburgu prokurator po ogłoszeniu wyroku poszedł
do sędziego, który już wyszedł z sali rozpraw, i miał pretensje: "Dlaczego nie
ostrzegł mnie pan, że zamierza uniewinnić?". Sędzia odpowiedział: "Adwokata też
nie ostrzegałem". Prokuratura również nie zdołała jeszcze zdjąć mundurów i stać
się cywilnym urzędem. Tak na marginesie, oddzielne sądy wojskowe zostaną
zniesione w przyszłym roku.
Jaką pozycję w rosyjskim systemie ma obrońca?
– Adwokaci są w znacznie lepszej sytuacji. Są aktywni i skutecznie opierają się
wszelkim próbom ponownego ograniczenia ich roli. Poprzez adwokatów mamy szansę,
aby pozytywnie wpływać na rozwój systemu sądownictwa. Na przykład siedem lat
temu, 10 października 2003 roku, Sąd Najwyższy wydał postanowienie "w sprawie
stosowania przez sądy powszechne ogólnie przyjętych zasad i norm prawa
międzynarodowego i umów międzynarodowych Federacji Rosyjskiej". Ten dokument
wprost pokazywał rosyjskim sędziom potrzebę bezpośredniego stosowania
Europejskiej Konwencji Praw Człowieka przy podejmowaniu decyzji.
Jednak rosyjskie sądy rzadko korzystają dziś z tych przepisów, głównie dlatego,
że sędziowie tradycyjnie rozpatrują w sprawie jedynie argumenty zgłoszone przez
strony procesu. Jeżeli strony i ich przedstawiciele nie powołają się podczas
posiedzenia sądu na normy prawa międzynarodowego w sferze praw człowieka, to sąd
nie rozważy przedmiotu sporu w świetle standardów międzynarodowych. A jeśli
chcemy, żeby odwołanie się do prawa międzynarodowego stopniowo stawało się normą
w naszych sądach, inicjatorami tego procesu i jego główną siłą napędową powinni
być przede wszystkim adwokaci. Przecież jeśli obrońca, przedstawiając swoje
stanowisko w sądzie, przywołuje ogólnie przyjęte przepisy międzynarodowe, które
mają, zgodnie z konstytucją, pierwszeństwo przed prawem krajowym, to, jak
pokazuje praktyka, może to pobudzić dobrego sędziego, aby uzasadniając wyrok,
również odnieść się do tych samych standardów światowych.
Zdecydowaliśmy się wspierać ten proces, by tak rzec – od dołu. Od początku 2010
roku stowarzyszenie Kontrola Obywatelska we współpracy z izbą adwokacką w Sankt
Petersburgu realizuje projekt mający na celu podniesienie kwalifikacji adwokatów
okręgu w praktycznym zastosowaniu międzynarodowych standardów praw człowieka
podczas rozpraw sądowych. Szkolenie przechodzi 25 prawników, którzy są
odpowiedzialni za organizowanie i prowadzenie programu szkoleń w różnych
lokalnych zespołach adwokackich. Będą przekazywać wiedzę zdobytą podczas
warsztatów swoim kolegom.
Jak ocenia Pan kierunek zmian w systemie prawnym Federacji Rosyjskiej?
– Jest stary dowcip: Kto to jest pesymista? – Jest to dobrze poinformowany
optymista. Jednak historycznie ja wolę być optymistą. Kraj zbyt mocno zmienił
się w ciągu ostatnich 20 lat, aby doszło do powrotu starego, totalitarnego
modelu relacji władzy i społeczeństwa. A przyczyn jest kilka. Obecnie rządzący
to bardzo bogaci ludzie, jak na ich czekistowskie miary – fantastycznie bogaci.
Na pewno chcą zachować to bogactwo i przekazać je swoim dzieciom, i to zgodnie z
prawem, żeby broń Boże nie przyszli nowi bolszewicy i znów wszystko nie zostało
odebrane. Przechowują pieniądze na Zachodzie, kupują nieruchomości na Zachodzie,
kształcą dzieci na Zachodzie. Podoba im się, gdy przywódcy zachodni poklepują
ich i mówią: "OK, Wania". Oni już czują się częścią światowej elity władzy. I
nie mogą sobie pozwolić na luksus ponownej izolacji Rosji od Zachodu – w tym
przypadku sami straciliby zbyt wiele.
Z drugiej strony jesteśmy w ostatnim czasie świadkami tego, że rosyjska władza
okresowo podejmuje kroki w celu wznowienia tej izolacji. To znaczy, że
jednocześnie skłania się ku dwóm równoległym, ale przeciwstawnym kierunkom. I
rzecz nie tylko w tym, że taki sposób działania powoduje nieuchronny rozwój
schizofrenii. Prędzej czy później te dwa trendy zderzą się i rządzący będą
musieli wybrać, który z nich odrzucić, a który zachować. Nie mam wątpliwości, że
osobisty interes pozwoli im dokonać właściwego wyboru. Wtedy polityczne wahadło
ruszy z powrotem w drugą stronę.
Co jest źródłem tej nadziei?
– Jest jeszcze jedno zjawisko. Tylko dzisiaj w wieku dorosłym, po wyższych
studiach, jest pokolenie ludzi, którzy w okresie pieriestrojki mieli po pięć lub
sześć lat, którzy nie zostali przepuszczeni przez młyn sowieckiego systemu
szkolnictwa, którzy wychowywali się w warunkach wolności. Tak, było to
wychowanie w ideologicznej próżni, więc wielu z nich wyrosło na
przystosowujących się do każdych warunków konformistów. Ale dla nich nie ma
granic znanych odchodzącym pokoleniom, ani fizycznych, ani informacyjnych.
Międzynarodowa komunikacja, internet to dla nich jak powietrze. Są znacznie
bardziej obywatelami świata niż ich poprzednicy. I wśród przedstawicieli każdej
kolejnej generacji będzie coraz więcej niezależnych osobowości. Niemożliwe
będzie, żeby dyktować im, z kim się komunikować, a z kim nie; co czytać, a co
nie; gdzie iść, gdzie nie. Większość z nich będzie czuć się komfortowo tylko w
warunkach wolności.
Inna rzecz, że jest to bardzo długi proces. Ale czego innego można się
spodziewać po 70 latach tyranii? Mojżesz 40 lat prowadził swój lud przez
pustynię, aby – wyrażając się współczesnym językiem – zakończyć proces jego
rehabilitacji. Da Bóg, że w posowieckiej Rosji proces ten zajmie mniej czasu.
Dziękuję za rozmowę.
