W Brukseli na ulicy Mysiej

Ktokolwiek w Polsce żywi złudzenia, że Unia Europejska, Parlament
Europejski są instytucjami demokratycznymi, stojącymi na straży podstawowych
praw człowieka, w tym fundamentalnego prawa do wolności słowa, powinien się ich
jak najprędzej wyzbyć. Każdy, kto żył w PRL, pamięta adres cenzury w Warszawie
na ulicy Mysiej – siedziby Głównego Urzędu Kontroli Prasy, Publikacji i
Widowisk. Teraz europarlament ma również swoją cenzurę. Mieści się ona w
Brukseli, a jej szefem jest przewodniczący PE Jerzy Buzek.

W nocy z 9 na 10 kwietnia, w sobie tylko właściwy sposób, rosyjskie służby
zdjęły w Smoleńsku tablicę Stowarzyszenia Rodzin Katyń 2010 upamiętniającą
dramat smoleński i ludobójstwo katyńskie. Na jej miejsce zawiesiły nową,
dwujęzyczną tablicę, z której starannie usunięto zapis o celu podróży delegacji
prezydenckiej, jakim było oddanie hołdu pomordowanym w Katyniu. Rzekomo tablica
polska, która wisiała w tym miejscu od listopada 2010 (!), znalazła się tam bez
uzgodnienia z władzami rosyjskimi. Zdjęto ją natomiast dopiero w przeddzień
uroczystości smoleńskich. Dlaczego? Ano żeby "Paliaczkom" pokazać, jak ich
bracia Rosjanie z KGB szanują, jak bardzo zależy im na "przyjaźni i poprawie
stosunków". A przyjaźń to taka, jak w znanej anegdocie o niedźwiedziu i
zającu…
Rzekomo rozmowy na temat tablicy polskiej toczyły się od paru miesięcy między
naszym Ministerstwem Spraw Zagranicznych a Rosjanami. Jeśli tak było, to
dlaczego MSZ o tym nie informowało, dlaczego nie zapobiegło w porę skandalowi i
kolejnemu pohańbieniu Polski? Na co liczyli minister Radosław Sikorski i jego
urzędnicy? Że problem rozejdzie się po kościach, że jakoś to będzie? Post factum
najpierw trochę pomruczeli, a potem zatrudnili jak zwykle legion medialnych "usprawiedliwiaczy"
i stróżów prawa. A jakże, rosyjskiego prawa nad polskim. Prawa silniejszego,
które zna tylko przemoc, obce są mu zasady empatii dla dotkniętych tragedią.
No i znowu sami jesteśmy sobie winni. Tak jak polscy piloci winni są katastrofy,
a generał Błasik – presji i pijaństwa na pokładzie Tu-154M. A nasz prezydent,
żeby dalej ocieplać stosunki polsko-rosyjskie, jak gdyby nigdy nic udał się do
Smoleńska na spotkanie z rosyjskim prezydentem Dmitrijem Miedwiediewem. Przeszli
obok tablicy, jakby nie istniała, i złożyli wieńce… pod brzozą. Wskazanie
Tomasza Nałęcza, że poprawa stosunków z Rosją warta jest każdej ofiary, zostało
wypełnione.
We wtorek, 12 kwietnia, w europarlamencie w Brukseli została otwarta wystawa
fotografii z katastrofy smoleńskiej, wśród których znalazły się zupełnie
nieznane szerokiej opinii zdjęcia Anity Gargas przedstawiające proceder
niszczenia przez Rosjan łomem wraku samolotu. Kwestorzy (któż to taki?) PE
wykazali niebywałą rewolucyjną czujność i nakazali usunięcie podpisów pod
zdjęciami. W liczbie tych pięciu czujnych kwestorów była posłanka Lidia Geringer
d’Oedenberg z SLD, a decyzję tajnego lobby Putina zaakceptował przewodniczący
europarlamentu Jerzy Buzek. Nie tak dawno temu pan przewodniczący nie znalazł
czasu, aby wziąć udział w tzw. publicznym wysłuchaniu w PE w związku z tragedią
smoleńską, a teraz poszedł o krok dalej. Z pisma, jakie czujni kwestorzy
przedłożyli organizatorom wystawy, nie wynika, aby podpisy pod zdjęciami w
jakikolwiek sposób naruszały unijne normy demokracji i swobody wypowiedzi. Ale
zdaniem kwestorki z Luksemburga – "były nieobiektywne". Zupełnie jak odczucia
tysięcy Polaków, zarejestrowane w filmach Ewy Stankiewicz i Jana
Pospieszalskiego…
W ten oto sposób, cenzorskim aktem, reprezentanci PE pokazali Polakom, gdzie
raki zimują, mówiąc w podtekście: "Wot wam Paliaczki, Jewropa". A pan
przewodniczący Buzek do licznych zaszczytnych tytułów, jakimi się posługuje,
dopisał sobie funkcję cenzora. Gdziekolwiek w Brukseli mieści się siedziba
Parlamentu Europejskiego, powinna zmienić adres na: Bruksela, ul. Mysia. Brussel,
rue de Souris.
 

Dr Elżbieta Morawiec

Autorka jest krytykiem teatralnym i literackim, publicystką, członkiem
Stowarzyszenia Pisarzy Polskich.

drukuj