Uratowały mnie obowiązki duszpasterskie
Z ks. dr. Józefem Żyłką, kapelanem Polskiego Związku Hodowców Gołębi Pocztowych, proboszczem parafii pw. św. Elżbiety Węgierskiej
w Kluczu, trzy lata po katastrofie budowlanej, podczas której na zwiedzających wystawę gołębi pocztowych zawaliła się hala Międzynarodowych Targów Katowickich, rozmawia Maria S. Jasita
Kiedy zrodziła sie u Księdza pasja hodowania gołębi?
– Od kiedy pamiętam, gołębie zawsze były obecne w moim życiu… Kiedy miałem sześć lat, zachorowałem na świnkę. Wyglądałem przez okno i z zazdrością patrzyłem na biegających po podwórku kolegów. Nagle zobaczyłem, że na parapecie przysiadł biały gołąb. Był jeszcze młodziutki, bardzo mi się spodobał. Kiedy tata wrócił z pracy, złapał go specjalnie dla mnie, zrobił klatkę i postawił w domu. W ten sposób miałem już towarzysza niedoli i nie potrzebowałem kolegów. Niestety, gdy tylko wyzdrowiałem, dowiedziałem się od taty, że prawdopodobnie jest on własnością naszych sąsiadów, więc musiałem go oddać. Tak się skończyła moja pierwsza przygoda z gołębiem. Natomiast blisko rok później – latem, zaraz przed pójściem do szkoły – miałem już swojego własnego gołębia: złapałem go w kartoflach tuż za naszym płotem – biedak nie miał jednej nóżki. Zamknąłem go w króliczoku i zacząłem się nim opiekować. Ponieważ okazało się, że to samiec, za jakiś czas, będąc u wujka, uprosiłem, żeby podarował mi samiczkę. Z niecierpliwością zaglądałem, kiedy wykluje się pierwsze młode – i ten ich potomek z tego króliczoka towarzyszył mi aż przez 19 lat! Potem tata zrobił mi gołębnik i tak się zaczęło. Ta moja pasja trwa po dziś dzień. Jako młodzieniec wstąpiłem do polskiego Związku Hodowców Gołębi Pocztowych, zacząłem lotować, hodować, aż dwadzieścia lat temu objąłem funkcję ogólnopolskiego kapelana i głównie tym się zajmuję, ale oczywiście nadal mam swoje gołębie.
Czy hodowanie gołębi nie przeszkadza Księdzu w pełnieniu kapłańskich obowiązków?
– Absolutnie nie! Szczególnie od kiedy jestem ogólnopolskim kapelanem, gołębie często są niezawodnym kluczem do zdobycia serca człowieka. Dlatego że to właśnie pasje zbliżają ludzi: niekoniecznie wyznanie czy pochodzenie, ale właśnie pasja. Ona powoduje, że człowiek szuka osób o tych samych zainteresowaniach. W mojej pracy duszpasterskiej wielokrotnie zdarzało się, że początkowa rozmowa na temat gołębi prowadziła do kolejnych rozmów już na tematy dotyczące wiary, a w dalszej kolejności do chrztów, ślubów… Poprzez te gołębie mogę dotrzeć do środowisk, które określiłbym jako dotknięte „wtórnym analfabetyzmem religijnym”: nieochrzczonych, zaniedbanych w dziedzinie wiary, bo im rodzice tego nie przekazali. Stąd też celem naszych spotkań jest gołębiarstwo, ale zazwyczaj temat schodzi na księdza, na religię i jest okazja, żeby delikatnie coś powiedzieć, poruszyć sumienia. Nie potrafiłbym tylu ludzi zdobyć dla Pana Boga, gdyby nie gołębie, bo bym miał tylko nalepkę „ksiądz”. A tak najpierw jestem dla nich kolegą i dopiero potem, jak mnie poznają jako kolegę, jestem dla nich księdzem. W dzisiejszych czasach profesja niewiele znaczy – można być biskupem czy prezydentem, ale najpierw pada pytanie: „Jaki to jest człowiek?”. Bo człowiek chce przede wszystkim spotkać człowieka.
W ten sposób – z racji obowiązków kapelana oraz jako hodowca gołębi – był Ksiądz tamtego feralnego dnia, 28 stycznia 2006 roku, na wystawie gołębi pocztowych, podczas której zawaliła się hala Międzynarodowych Targów Katowickich…
– Byłem… Również dlatego, że od 20 lat jestem sędzią na ogólnopolskich wystawach – takim „selekcjonerem gołębi”. Stąd także wtedy, w 2006 roku, zacząłem od sędziowania, potem było zwiedzanie i spotkania z kolegami. Ponadto brałem udział we wręczaniu nagród za miniony sezon lotowy. Spotykałem się z dziesiątkami kolegów prywatnie i oficjalnie, niemal non stop, ponieważ mieszkałem w pobliskim hotelu. Jednakże obowiązki duszpasterskie skłoniły mnie do tego, żeby pomyśleć o tym, iż jestem też proboszczem i mam parafian w swojej miejscowości, do których trzeba pojechać, zwłaszcza że zbliżał się sobotni wieczór i trzeba było odprawić nabożeństwa. W związku z tym wyjechałem stamtąd w kierunku domu gdzieś około godziny 16.00. Widziałem, że już praktycznie cały parking opustoszał. Wielu ludzi, podobnie jak ja, wracało do domu.
Kto Księdza zawiadomił o tej katastrofie?
– Kiedy hala się zawaliła, odprawiałem Mszę Świętą. W tym czasie na moim telefonie komórkowym nagrała się wiadomość – o tym, co się stało, powiadomił mnie jeden z kolegów, a potem powiedzieli mi o tym w domu, pojawiły sie też informacje w telewizji.
Czy miał Ksiądz takie odczucie, że został cudownie ocalony przez Pana Boga?
– Myślę, że każdy człowiek nie raz w swoim życiu odczuł to, iż Anioł Stróż pokierował tak, a nie inaczej daną sprawą. W ogóle cały czas myślałem, co by było, gdyby to się stało trzy godziny wcześniej, kiedy między 13.00 a 14.00 wręczane były nagrody? Wtedy hala była tak pełna, że ja miałem trudności z przedostaniem się z jednego końca na drugi. Byliśmy tam stłoczeni jak śledzie w beczce – jeden obok drugiego. Gdyby hala wówczas się zawaliła, byłyby tysiące zabitych, dlatego że jeden drugiego by zgniótł… Mimo że wydarzyła się ogromna tragedia, to jednak nastąpiła dopiero wtedy, kiedy już 90 procent ludzi opuściło teren wystawy.
Uczestniczył Ksiądz w jakiś sposób w akcji ratunkowej?
– Cóż można było zrobić? Pozostały tylko kontakty telefoniczne. Z hali dzwoniono do mnie spod gruzów, a ja do kierownictwa akcji ratunkowej z informacją, że tam jeszcze jest człowiek. Trwało to praktycznie przez całą noc… A później jeździłem do rodzin, które miały bliskich w szpitalach albo którym ktoś zginął.
Znał Ksiądz osobiście kogoś z tych, którzy zginęli?
– Tak, nie tylko znałem, ale z kilkoma osobami w tym dniu rozmawiałem zaraz przed moim wyjazdem – i nigdy więcej już się nie spotkaliśmy… Jedyne, co mogłem potem zrobić, to pojechać do ich rodzin, aby wyrazić swój ból wobec tych, którzy przeżywali tragedię. Bo w moim mniemaniu przy śmierci kogoś bliskiego słowa pociechy nie istnieją, jedynie słowa współczucia, które zresztą w tym momencie są też niemożliwe do wypowiedzenia… Dlatego że ten człowiek przeżywa to zawsze tak głęboko, iż tylko obecność czy chęć konkretnej pomocy odczuje jako wyraz solidarności z nim – to jedyne, co można zrobić. I oczywiście modlitwa. Natomiast nie siliłem się – i nigdy nie silę – na wyrazy jakiegoś współczucia, bo wiem, że to jest nierealne: w momencie, kiedy ktoś nagle straci kogoś z bliskich, to jakiekolwiek słowa pociechy są w takiej chwili nietaktem. Przecież także Chrystus, kiedy się dowiedział o śmierci przyjaciela, również zapłakał, chociaż był Bogiem i mógł wskrzesić Łazarza – trzeba po prostu z tymi ludźmi popłakać.
Zna Ksiądz większość tych wszystkich historii… Czy ci, których bliscy nie wrócili do domu, mieli chwile buntu przeciwko Bogu?
– Nie mogę dokładnie powiedzieć, jak to przeżywali, ale wydaje mi się, że nie ma się co dziwić, iż człowiek w pierwszym momencie buntuje się i pyta: „Panie Boże, dlaczego?”. Bo przypomnijmy sobie znaną scenę z Ewangelii, w której Marta powiedziała do Jezusa: „Panie, gdybyś tu był, mój brat by nie umarł”. Sądzę, że to zdanie z Pisma Świętego jest zawsze aktualne. Człowiek zazwyczaj dopiero potem jest w stanie zrozumieć czy poddać się decyzji odgórnej – woli Bożej, ale ta pierwsza reakcja zazwyczaj wygląda tak jak u Marty, przyjaciółki Jezusa. Dopiero potem człowiek stopniowo może się pogodzić z utratą kogoś bliskiego, zresztą nie ma innego wyjścia. Jednakże zgadzanie się z wolą Bożą z pewnością nie jest rzeczą prostą i trzeba być świętym człowiekiem, żeby móc modlitwę „Ojcze nasz” odmówić i szczerze powiedzieć: „Bądź wola Twoja”. Bo każdy ma jakieś swoje plany, swój konkretny cel, który chciałby zrealizować, więc niełatwo jest zrezygnować z tego i powiedzieć Bogu: „Niech się stanie tak, jak Ty chcesz”.
Jak Ksiądz ocenia przebieg akcji ratunkowej?
– Myślę, że akcja ratunkowa była przeprowadzona bardzo sprawnie, na tyle, na ile to było w ludzkiej mocy. Bo pamiętajmy, że panowały bardzo trudne warunki, głównie ze względu na potężne zwały zlodowaciałego śniegu. Ci ludzie pracowali na wielostopniowym mrozie. Każdy chciał dać z siebie wszystko, a zadanie nie było łatwe. Kiedy tam pojechałem w poniedziałek po tragedii, widziałem ogromne zmęczenie strażaków i policjantów. Chcieli ocalić wszystkich, ale niestety było to nierealne. I tak myślę, że pomimo ogromu tragedii szczęście w nieszczęściu polegało na tym, że wydarzyła się ona w Chorzowie. Gdyby to się stało w innym miejscu, w którym nie ma tylu szpitali, tylu możliwości pomocy, to byłoby jeszcze więcej ofiar! Myślę, że ratownicy zrobili tam wszystko, co mogli.
Wiele osób zostało ciężko rannych, a ich leczenie wymagało ogromnych nakładów, inni stracili najbliższych – jak wyglądała pomoc finansowa dla ofiar i ich rodzin?
– Tu muszę zwrócić uwagę na pewną kwestię: z jednej strony były tam osoby, które należały do Polskiego Związku Hodowców Gołębi Pocztowych, jak również i takie, które do Związku nie należały, np. były z kimś na tej wystawie, zajmowały się obsługiwaniem stoisk albo po prostu ją zwiedzały, nie będąc jednak hodowcami. Wiem, że oczekiwania tych ludzi były dużo większe, jeśli chodzi o pomoc po katastrofie, tym bardziej że już w pierwszych chwilach po tragedii wszystkim przyrzekano niesamowitą pomoc. Milion obiecywał prezydent, milion obiecywał premier… O ile pierwsza pomoc medyczna była bez zarzutu, jak już wcześniej wspomniałem, o tyle gorzej było z pomocą już po wypisaniu ze szpitala do domu, przy zorganizowaniu pogrzebu rodzinie, która kogoś straciła itd. Tym, którzy należeli do Związku, pomogli pozostali członkowie, pozyskując pieniądze od kolegów – hodowców z kraju i zagranicy, które zostały rozdzielone na poszczególne rodziny. Natomiast obiecane pieniądze, o których była mowa w środkach masowego przekazu, przeznaczono na likwidację skutków katastrofy: rozebranie hali, pokrycie kosztów akcji ratunkowej, sprzątanie rumowiska, pokrycie kosztów dokumentacji. To były potężne rachunki, które po zakończeniu akcji ktoś musiał zapłacić. Gorzej wyglądała pomoc osobom poszkodowanym w katastrofie i ich rodzinom. Pomoc ze strony Związku poszła tylko do hodowców i ich rodzin, natomiast ci, którzy nie byli związkowcami, w większości nie mieli z tego nic. Jednak tam, gdzie mogliśmy pomóc – robiliśmy to. Przykładowo: PZHGP w listopadzie 2006 roku zorganizował aukcję „Gołębie pomocy”, na której wybitni hodowcy wystawili gołębie. Zostały one sprzedane i pieniądze rozdzielono między 19 najbardziej poszkodowanych osób. Niestety, wielkim problemem jest to, że kilku ludzi ma trwałe uszczerbki na zdrowiu. Sprawa kalectwa będzie się ciągnęła wiele lat, a to zawsze wymaga znacznej pomocy finansowej. Jest to m.in. bardzo ciężki przypadek mężczyzny z Czarnowąs koło Opola, który stracił nogę już od biodra, więc w żaden sposób nie da się założyć protezy. Dowiadywaliśmy się w tej sprawie nawet w USA. Gdyby taka możliwość była, zrobilibyśmy drugą aukcję, byleby on mógł znowu chodzić.
Ma Ksiądz kontakt z osobami poszkodowanymi. Jak wygląda ich życie trzy lata po katastrofie?
– Czas zabliźnia rany, muszą nauczyć się na nowo żyć. A jak sobie poradzili? Trzeba by indywidualnie rozpatrywać każdy przypadek. Jedni wykorzystali fundusze w bardzo dobry sposób, inni to zmarnowali. Były niestety i takie przypadki, że nawet pojechaliśmy do niektórych osób, mając ze sobą pieniądze, aby je wesprzeć, bo według opisu były w dość trudnej sytuacji, ale jak na miejscu zobaczyliśmy, że w rodzinach tych był alkohol, rozpusta, gdy najwyraźniej dostały nagle za dużo pieniędzy naraz – wycofaliśmy się. Dać jednorazowo jakąś pulę środków jest najprościej, ale w wielu przypadkach oznacza to katastrofę dla obdarowanego człowieka, nieraz te pieniądze mogą mu zaszkodzić, gdyż nie każdy umie zrobić z nich właściwy użytek. Spośród tych, którymi opiekował się Związek, bardzo różnie zostały wykorzystane te fundusze. Jest np. bardzo pozytywny przykład wspaniałego wykorzystania pieniędzy w rodzinie, gdzie zostało osieroconych dwoje dzieci i opiekują się nimi dziadkowie: z pieniędzy zebranych przez PZHGP kupiono każdemu z nich komputer, drukarkę, biurko i inne sprzęty potrzebne do nauki, a resztę dostał dziadek, który te pieniądze złożył na koncie, żeby procentowały dla tych dzieci.
Dziękuję za rozmowę.
