Ujrzałem proroka
Dwa lata temu, 19 kwietnia 2005 r., ks. kard. Joseph Ratzinger, prefekt Kongregacji Nauki Wiary i dziekan Kolegium Kardynalskiego, został wybrany na Następcę Świętego Piotra
Z księdzem biskupem Zygmuntem Zimowskim,
ordynariuszem radomskim, rozmawia Sławomir Jagodziński
Obchodzimy II rocznicę wyboru ks. kard. Josepha Ratzingera na Stolicę Piotrową. Jakie refleksje towarzyszyły przed dwoma laty Księdzu Biskupowi, gdy Ekscelencja dowiedział się, że Papieżem został prefekt Kongregacji Nauki Wiary, kardynał, który udzielił Ekscelencji sakry biskupiej?
– Rocznice mają to do siebie, że są okazją nie tylko do wspomnień, ale także do spojrzenia w przyszłość. Wspomnienie dnia, w którym poznaliśmy nowego Papieża – Benedykta XVI – napełnia mnie tą samą radością i wdzięczną modlitwą, jaka nieustannie towarzyszy mi wtedy, gdy myślę o dalszej jego posłudze na Stolicy Piotrowej. Wspominam więc tamte dni sprzed dwóch lat jako dni pełne intensywnych przeżyć, związanych także z odejściem Jana Pawła II do domu Ojca.
Wybór nowego Papieża po raz kolejny objawił tajemnicze drogi Bożej Opatrzności. A są to drogi dobra i miłości, pokoju i miłosierdzia. To Bóg prowadzi poszczególnego człowieka i całą ludzkość do ostatecznej pełni zbawienia. Dlatego z wiarą w Bożą Opatrzność nasze serca „odprowadzały Jana Pawła II do domu Ojca”. Ale z tą samą wiarą nasze serca przyjęły Benedykta XVI, gdy dwa lata temu na placu św. Piotra jego otwarte ramiona zwiastowały Kościołowi i światu orędzie nadziei. Tej nadziei, która jest tak potrzebna na progu nowego tysiąclecia. Nadziei złożonej w Bogu.
Pracując przez wiele lat w Kongregacji Nauki Wiary, mógł Ksiądz Biskup obserwować postać przyszłego Papieża. Czy dziś Benedykt XVI bardzo różni się od tego człowieka, którego Ksiądz Biskup poznał jako ks. kard. Josepha Ratzingera?
– Kardynał Ratzinger pozostał sobą. Ma również swój styl bycia jako Papież. Nie naśladuje swojego poprzednika Jana Pawła II, choć nieustannie powołuje się na jego nauczanie i czuje obecność oraz pomoc Sługi Bożego z domu Ojca. Często śledzę działalność Benedykta i modlę się w jego intencji. Widziałem go w akcji w Kolonii i na Błoniach krakowskich z młodzieżą. Wzruszyłem się. Pomyślałem: „Oj, księże kardynale, i na co ci to przyszło?”. Podziwiałem go, gdy widziałem, że ten człowiek wielkiej delikatności przemawia do milionów. To była nowa sytuacja: przecież kardynał jako prefekt nie mógł głaskać dzieci na placu św. Piotra, bo powiedziano by, że robi konkurencję Papieżowi. On po prostu wiernie spełniał to, co miał spełniać. Ale w Kolonii i w czasie pielgrzymki do Polski zobaczyłem moc Ducha Świętego. Tak jak dwa tysiące lat temu potrząsnął Wieczernikiem, tak teraz „potrząsnął” tym skromnym teologiem. Co ciekawe, Benedykt XVI do każdego narodu mówił o jego problemach: do Francuzów o niedzielnej Mszy Świętej, do Włochów o Katechizmie Kościoła, Polakom dziękował za przywiązanie do wiary. Ja w Kolonii nie widziałem już skromnego intelektualisty. Ujrzałem proroka.
W homilii wygłoszonej w czasie Mszy św. przed rozpoczęciem konklawe ówczesny dziekan Kolegium Kardynalskiego ks. kard. Ratzinger w bardzo zdecydowanych słowach zwrócił uwagę, że dziś „posiadanie jasnej wiary, zgodnej z credo Kościoła, zostaje często zaszufladkowane jako fundamentalizm”. Dalej mówił, że ustanawiany jest rodzaj dyktatury relatywizmu, która nie uznaje niczego za pewnik, a jedynym miernikiem ustanawia własne „ja” i jego zachcianki. Dlaczego relatywizm jest groźny dla człowieka?
– Jezus, odpowiadając kiedyś na pytanie o to, które przykazanie jest najważniejsze, wskazał na miłość do Boga z całego serca, z całej duszy i ze wszystkich sił. A bliźniego – jak siebie samego. I dodał, że na tych dwóch przykazaniach opiera się całe Prawo i Prorocy. Czyli Jezus, mówiąc, że na tych dwóch przykazaniach opierają się inne, pouczył, że są one fundamentalne; stanowią fundament dla innych. Jeśli zatem w ciągu wieków, a także dzisiaj mówi się o kimś, kto – jak zauważył we wspomnianej homilii ks. kard. Ratzinger – „posiada jasną wiarę, zgodną z credo Kościoła”, trzeba się liczyć z tym, że zostanie on „zaszufladkowany jako fundamentalista”. Ponieważ jest to zaszufladkowanie niesłuszne i niesprawiedliwe, ksiądz kardynał nazwał je dyktaturą.
Są to, owszem, mocne i zdecydowane słowa, ale rzecz dotyczy czegoś najważniejszego – właśnie fundamentów. Nie dziwi więc fakt, że gdy później, już jako Papież, przemawiał do młodzieży (Kraków 2006) napominał ją, aby budując swój dom – dom swojego przyszłego życia – nie zapomniała o fundamencie. Aby człowiek budował swoje życie na Skale, na Jezusie Chrystusie i Jego nauce. Słowa te zabrzmiały tym wymowniej, że powojenna Polska dobrze poznała, co to jest dyktatura – nie tylko w sensie społecznym.
Widocznie trzeba było to młodzieży w Polsce powiedzieć, a poprzez to spotkanie dotrzeć z tym napomnieniem do młodzieży całego świata, skoro zagrożenie wspomnianą dyktaturą jest aktualne – chociaż w nowej postaci.
Czy zauważa Ekscelencja jakieś formy tej dyktatury relatywizmu w naszej Ojczyźnie?
– Czy można nazwać to po imieniu i wskazać jej dzisiejsze formy? Niestety, nie byłaby to krótka lista. Ale cokolwiek by na tej liście się znalazło, każda z tych postaci „dyktatury relatywizmu” ma wspólną cechę: brakuje jej fundamentów. Albo inaczej mówiąc, fundamenty zostały zamienione, gdyż postawiono miłość do człowieka na pierwszym miejscu, zamiast miłości do Boga.
Głównym celem nauczania i posługi Benedykta XVI jest odzyskanie tożsamości chrześcijańskiej w całym jej autentyzmie oraz wyjaśnianie i utwierdzanie rozumowego poznawania wiary w kontekście powszechnego sekularyzmu – powiedział niedawno ks. kard. Tarcisio Bertone. Czy istnieje dziś problem z rozumowym poznawaniem wiary przez chrześcijan?
– Dotknął pan w tym pytaniu szczególnie przykrej dla nas, ludzi wierzących, kwestii. Na skutek wielu czynników historycznych i filozoficznych człowiek wierzący jest dzisiaj często postrzegany jako ktoś, kto „zrezygnował z siebie”, „zatracił swoją osobową tożsamość” i „przestał samodzielnie myśleć”. Przeciwnie zaś, w wielu środowiskach osoba deklarująca się jako niewierząca przyjmowana jest z podziwem – za jej „odwagę bycia sobą i samodzielnego myślenia”. W ten sposób – świadomie lub nieświadomie – wyraźnie przeciwstawia się rozum i wiarę.
Czym jest zatem sekularyzm, jeśli nie jakąś rozpaczliwą próbą „obrony rozumu człowieka przed wiarą w Boga”? Ale jest to próba zawsze skazana na niepowodzenie, gdyż „pokonując” w ten sposób Boga, człowiek „zostaje sam”. To się stało już wtedy, gdy pierwszy człowiek w raju spojrzał na Boga jak na swego przeciwnika. Odrzucił Boga, przekroczył Jego przykazanie i zamiast „wolności i zachowanej tożsamości” – został sam, bo ostatecznie przegrał nie z Bogiem, ale z samym sobą.
Jeśli więc ks. kard. Tarcisio Bertone słusznie akcentuje w posłudze Benedykta XVI zagadnienie tożsamości, przy jednoczesnym ukazywaniu rozumowego charakteru wiary chrześcijańskiej, to jest to zwrócenie uwagi na pilną potrzebę upowszechniania tego rodzaju poglądu w dzisiejszym świecie – właśnie ze względu na zjawisko zeświecczenia.
Patrząc na encyklikę i adhortację Benedykta XVI, a także na inne dokumenty i wypowiedzi papieskie, choćby orędzie do młodych na Niedzielę Palmową czy orędzie wielkanocne, dostrzec można, że Ojciec Święty wraca ciągle do tematu miłości. Stara się na różne sposoby „odkłamać” to pojęcie, co sprawia, że wkrótce może zostać nazwany Papieżem Miłości. Czemu ten temat jest taki ważny dla Ojca Świętego?
– Bo jest ważny dla Boga i dla każdego człowieka. Myślę, że każdego Papieża można nazwać Papieżem Miłości. To zaś, że wiele dokumentów obecnego Ojca Świętego posiada jako wiodący temat „caritas” – czyli miłość Boga do człowieka, pozostaje czytelnym znakiem nieustannego „powrotu do źródeł” w życiu i nauczaniu Kościoła.
Być może w ten sposób – jak pan to ujął – dokonuje się także jakieś „odkłamanie” tego pojęcia w dzisiejszym świecie. A „odkłamanie” oznacza jeszcze większe powiązanie z Prawdą – pisaną przez duże „P”, czyli z osobą Jezusa Chrystusa.
Mam okazję prowadzić wykłady z wybranych zagadnień eklezjologicznych na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Spotykając się z młodzieżą, zauważam, że charakteryzuje ją dobrze rozumiana nieufność do tzw. utartych pojęć. Dlatego w czasie wykładów wciąż trzeba sięgać do źródeł, aby we właściwy sposób „dotrzeć” do głębi danego pojęcia. Wydaje się, że do tej grupy „utartych pojęć” można dzisiaj zaliczyć także pojęcie miłości. Dlatego należy to pojęcie nieustannie „odświeżać”, „pogłębiać” i „oczyszczać”. Czy tego właśnie nie czyni obecny Ojciec Święty, idąc za nauką soborową i nauczaniem swoich poprzedników?
Jedną z tendencji współczesnych społeczeństw jest próba sprowadzania obecności chrześcijan w świecie, sprowadzania religii do sfery prywatności. Czy katolicy mogą się na to zgodzić, aby w działalności społecznej, politycznej ukrywać swą wiarę?
– I znowu mamy przykład, jak wiele zamieszania powstaje wtedy, gdy słowa, którymi się posługujemy, nie dla wszystkich wyrażają tę samą treść. Weźmy prosty przykład: w czasach powojennych w Polsce wielu ludzi głosiło, że religia to sprawa prywatna. Dzisiaj, w warunkach demokracji, też nie brakuje apeli i rozpowszechnianych argumentów, że religia to sprawa prywatna. Słowa niemal identyczne, ale „zawartość” inna. Dawniej system polityczny zdawał się bronić państwa przed religią, próbując ją „zepchnąć” do sfery prywatnej ludzkiego życia. Dzisiaj za pomocą pojęcia „prywatności” zdaje się, że sam człowiek chce się obronić przed Bogiem, wiarą i religią.
Nie chciałbym tego spostrzeżenia uogólniać, ale propagowanie takiej koncepcji religii i wiary – że to sprawa „czysto prywatna” – jest często ukrytą formą „poniżania” religii i wiary, czyli głoszenia jej „bezwartościowości” – bądź to dla całego państwa, bądź to dla pojedynczego człowieka.
O tym zaś, jak bardzo ten sposób patrzenia na religię i wiarę odbiega od nauczania Jezusa, świadczy wiele fragmentów Ewangelii. Na przykład Jezusowa przypowieść o skarbie ukrytym w roli. Kto ten skarb znalazł – skarb wiary – „sprzedał wszystko, co miał i kupił tę rolę”. Czyli to nie my mamy „ukrywać wiarę”, np. w życiu społecznym, politycznym, ale mamy ją odkrywać, bo ona z samej swej natury jest skarbem ukrytym. Ukrytym także w tej „roli”, która nazywa się życie społeczne i polityczne.
Wiary trzeba poszukiwać i wiarę trzeba „odkrywać”. Trzeba ją „odkrywać”, czyli stawiać w centrum, uważając ją za największy skarb, bez którego „nie kupimy żadnej roli”. A zatem im więcej będzie w życiu społecznym i politycznym „odkrytej” wiary, tym cenniejsze będzie to życie. Dlatego w niczym nie przestały być aktualne słowa Jana Pawła II: „Otwórzcie drzwi Chrystusowi!”.
Benedykt XVI w homilii podczas inauguracji swego pontyfikatu (24.04.2005 r.), przypominając te słowa Jana Pawła II, powiedział: „Wciąż na nowo brzmią mi w uszach jego słowa: nie lękajcie się! Otwórzcie, otwórzcie na oścież drzwi Chrystusowi! Papież przemawiał do możnych tego świata, którzy obawiali się, że Chrystus mógłby zabrać im coś z ich władzy, gdyby dali Mu wejść i pozwolili na wolność wiary. Owszem, On z pewnością coś by im zabrał: władzę korupcji, naginania prawa, samowoli. Ale nie zabrałby niczego, co dotyczy wolności człowieka, jego godności, budowania sprawiedliwego społeczeństwa. Papież mówił ponadto do wszystkich ludzi, zwłaszcza młodych. Czyż my wszyscy nie boimy się w jakiś sposób, że jeśli pozwolimy całkowicie Chrystusowi wejść do naszego wnętrza, jeśli całkowicie otworzymy się na Niego, to może On nam zabrać coś z naszego życia.
Czyż nie boimy się przypadkiem – pytał dalej Ojciec Święty – zrezygnować z czegoś wielkiego, jedynego w swoim rodzaju, co czyni życie tak pięknym? Czyż nie boimy się ryzyka niedostatku i pozbawienia wolności? Jeszcze raz Papież pragnie powiedzieć: nie! Kto wpuszcza Chrystusa, nie traci nic, absolutnie nic z tego, co czyni życie wolnym, pięknym i wielkim. Nie! Tylko w tej przyjaźni otwierają się na oścież drzwi życia. Tylko w tej przyjaźni rzeczywiście otwierają się wielkie możliwości człowieka. Tylko w tej przyjaźni doświadczamy tego, co jest piękne i co wyzwala. Tak też dzisiaj chciałbym z wielką mocą i przekonaniem, począwszy od doświadczenia swojego długiego życia, powiedzieć wam, droga młodzieży: nie obawiajcie się Chrystusa! On niczego nie zabiera, a daje wszystko. Kto oddaje się Jemu, otrzymuje stokroć więcej. Tak! Otwórzcie, otwórzcie na oścież drzwi Chrystusowi, a znajdziecie prawdziwe życie”.
Sługa Boży Jan Paweł II nazywany jest Papieżem Życia, Benedykt XVI w swych wystąpieniach tak często apeluje o poszanowanie życia od poczęcia do naturalnej śmierci. W niedawno ogłoszonej adhortacji zaapelował wprost od katolickich polityków, aby dawali świadectwo swej wierze, także w tej kwestii. Na ile dziś możliwe jest odwrócenie tej tragicznej tendencji w prawodawstwie tak wielu krajów, które sankcjonują aborcję, eutanazję, związki tej samej płci?
– Nieraz się zastanawiam, dlaczego coś, co wydaje się przecież i dobre i szlachetne – jak szacunek dla życia od poczęcia aż do naturalnej śmierci – wywołuje w dzisiejszym świecie taki zamęt i niezgodę? Odpowiedzi nasuwa się wiele. Ale chciałbym zwrócić uwagę na jedną z nich. Otóż wydaje mi się, że pośród przyczyn tego stanu rzeczy jest fakt, że my nie umiemy ze sobą na ten temat rozmawiać. I tak jest często w przypadku tematów błahych i nieważnych, ale ze wzmożoną siłą ujawnia się to wtedy, gdy tematy zaczynają być poważne, i to bardzo poważne.
Powiedziałbym to w ten sposób, że jeśli Jan Paweł II, a także – bez wątpienia – obecny Papież Benedykt XVI są dla dzisiejszego świata czytelnymi „orędownikami życia”, to między innymi dlatego że są postrzegani jako ludzie dialogu. A dialog to nie tylko mówienie, ale także słuchanie. Wyobraźmy sobie, ile dobra można byłoby pomnożyć w naszych domach rodzinnych, w szkole, w zakładzie pracy, przy wspólnym spotkaniu i posiłku, a także gdy rozmowa toczy się w ramach debat politycznych lub w programie oglądanym przez tysiące telewidzów, gdyby wtedy, gdy pojawi się temat życia, aborcji, związków tej samej płci itp., starać się pozostać człowiekiem dialogu.
Postawa dialogu jest budowaniem na prawdzie. Jest szukaniem i obroną prawdy. Jest źródłem wierności Bożej prawdzie – w tym przypadku wierności prawdzie o Bogu jako Jedynym Panu życia i śmierci. On jest Stwórcą i Celem wszelkiego istnienia. Kto broni ludzkiego życia – od chwili poczęcia do naturalnej śmierci – ten staje „po stronie Boga”, a tym samym „po stronie człowieka”. Dlatego w kontekście dialogu o życiu tak ważna jest modlitwa, czyli dialog z Bogiem. Bo modlitwa to najwspanialsza szkoła dialogu, aby potem „w imieniu Boga” skutecznie bronić życia i budować cywilizację miłości.
Chrześcijaństwo zawsze przemieniało świat, zaczynając od ludzkich serc. Nie dokona się to bez duszpasterzy. W tegoroczny Wielki Czwartek Ksiądz Biskup podkreślał, że współczesny kapłan powinien charakteryzować się trzema cnotami: miłością, wiernością i pokorą. Czy te cnoty są w stanie pokonać zagrożenia i próby, na jakie wystawiany jest dzisiejszy ksiądz?
– Przeżywamy rocznicę wyboru Ojca Świętego Benedykta XVI. Nawiązując do tej okoliczności, warto podkreślić, że szczególną troską obecnego Papieża jest świętość życia kapłańskiego. Co więcej, świętość widziana w „świetle Eucharystii”. Mogę osobiście potwierdzić, że dla samego Ojca Świętego nie jest to jakaś kwestia teoretyczna. Mając szczęście być blisko niego przez wiele lat w Kongregacji Nauki Wiary, zauważyłem, że jego duchowość kapłańska jest duchowością na wskroś eucharystyczną. To wszystko znajduje później swoje odzwierciedlenie w słowach, jakie kieruje do kapłanów na całym świecie.
I tu widziałbym odpowiedź na postawione przez pana pytanie – o siłę zagrożeń dla świętości życia kapłańskiego. Jezus zapewnił swoich uczniów: „Ja jestem z wami przez wszystkie dni”. Te dni mogą być rzeczywiście różne – czasem nawet mogą być to dni wielkiego zagrożenia i próby. Ale uczeń nigdy nie jest sam – jest z nim Ten, który go powołał i „do końca umiłował”.
Dlatego wezwanie Ojca Świętego Benedykta XVI do stałej formacji kapłanów jest tak bardzo aktualne. I jeśli Eucharystia będzie w centrum tej formacji, wówczas wierni powierzeni opiece duszpasterskiej kapłanów będą formowani również „w świetle Eucharystii”, czyli – jak rozważałem o tym z kapłanami w Wielki Czwartek – na fundamencie miłości, wierności i pokory.
Jednym z pierwszych spotkań Benedykta XVI po wyborze na Papieża była audiencja dla dziennikarzy. Czy zgodzi się Ekscelencja z tezą, że skuteczność głoszenia Ewangelii, wyjaśniania stanowiska Kościoła w różnych kwestiach zależna jest obecnie w bardzo dużym stopniu od mediów? W niektórych momentach środki społecznego przekazu stają się niemal pierwszą władzą w państwie. Udowodniła to choćby sprawa ks. abp. Stanisława Wielgusa…
– Nasza rozmowa, która będzie opublikowana, jest kolejnym potwierdzeniem, że obecność treści wiary w środkach masowego przekazu jest w wielu krajach i środowiskach niemal codziennością, a co najmniej istotnym elementem we współczesnym życiu społecznym. Z tego faktu wynikają jednak liczne wnioski i postulaty, które odnoszą się zarówno do „mass mediów”, jak i do samego Kościoła. Jest to temat bardzo ważny i interesujący, ale przekraczający ramy naszej rozmowy. Wspomnę jedynie, że dziennikarze nie powinni nigdy pochopnie osądzać. Miało to miejsce po wyborze kardynała Ratzingera na Papieża. Radzę dziennikarzom wrócić do pytań, które wtedy stawiali, i do tekstów publikowanych w tamtym czasie. Nie dawano mu wówczas prawie żadnych szans na to, aby był w przyszłości wielkim i otwartym Papieżem. Widzimy po dwóch latach, że tamte obawy okazały się bezpodstawne.
Chciałbym zwrócić uwagę na jedną kwestię. W Ewangelii – która też sama w sobie jest jakąś formą „społecznego przekazu” – są zapisane słowa Jezusa: „Nie może dobre drzewo wydać złych owoców ani złe drzewo wydać dobrych owoców. Każde drzewo, które nie wydaje dobrego owocu, będzie wycięte i w ogień wrzucone. A więc: poznacie ich po ich owocach” (Mt 7, 18-20).
Odnosząc te słowa do kwestii oceny tzw. władzy mediów w dzisiejszym świecie, można powiedzieć, że ewangeliczna zasada „poznawania drzewa po owocach” jest niesłychanie aktualna. Ale paradoksalnie „mass media”, które są tak bardzo powiązane z kategorią czasu, zdają się „nie lubić” tego ewangelicznego kryterium. A przecież „czas” jest podstawową „częścią” środków przekazu, w których niemal wszystko „przeliczone jest na czas” – nieraz co do sekundy. Dla „mass mediów” to, co jest „na czasie”, „na bieżąco”, „na żywo” – jest szczególnie cenione i poszukiwane.
Gdy więc czytamy słowa Jezusa o cierpliwym oczekiwaniu na owoce, aby poznać, z jakim drzewem mamy do czynienia – ze złym czy z dobrym – „tempo zmian”, jakim charakteryzują się dzisiejsze „mass media”, nie ułatwia tego ewangelicznego zadania. A nawet można odnieść wrażenie, że upływający czas jest dla wielu „mass mediów” jakimś ratunkiem przed moralną odpowiedzialnością za głoszone poglądy – bo „czas płynie”, „zmieniają się okoliczności”, „ludzka pamięć jest krótka” itp.
Chcę przez to powiedzieć, że byłoby dobrze, gdyby było coraz więcej wieloaspektowych dyskusji na temat tzw. władzy mediów i skutków tej władzy w życiu poszczególnych osób – np. wobec osoby ks. abp. Stanisława Wielgusa – jak i całego społeczeństwa.
Kościół pragnie głosić Bożą prawdę za pomocą środków przekazu. Głoszona jednak przez Kościół prawda jest ponadczasowa. Dlatego ewangeliczna zasada „poznacie ich po owocach” jest bardzo ważnym kryterium wiarygodności nauczania Kościoła. Ale tego rodzaju kryterium nie jest łatwe dla współczesnego „zagonionego” świata. Ocena prawd głoszonych przez Kościół wymaga czasu, zwłaszcza wobec zasad moralnych, które są uznawane – nieraz właśnie przez niektóre „mass media” – za poglądy „nie na czasie”.
Dziękuję za rozmowę.
