Trzyletni rasista i homofob

Już nawet trzyletnie dziecko, które dopiero uczy się słów i ich znaczenia,
może trafić na czarną listę brytyjskiego rządu za stosowanie tzw. mowy
nienawiści. Wystarczy, że niefortunnie powtórzy jakieś zasłyszane w telewizji
lub na ulicy słowo, które zostanie następnie zinterpretowane przez nadgorliwych
nauczycieli jako "politycznie niepoprawne", a do końca życia może się za nim
ciągnąć łatka "rasisty" bądź "homofoba".

Do prowadzonej przez brytyjskie ministerstwo edukacji bazy, w której
odnotowywane są skargi nauczycieli na "rasistowskie", "homofobiczne" lub
"niepoprawne politycznie" wypowiedzi uczniów, każdego roku trafia około 34 tys.
dzieci, przy czym z każdym rokiem liczba podobnych zgłoszeń rośnie. Jak
informuje stowarzyszenie "Manifesto Club", które broni wolności obywatelskich,
ponad 20 tys. ubiegłorocznych przypadków stanowiły dzieci poniżej 11. roku
życia, a wśród nich nawet trzylatki. Do rządowego rejestru dziecko może trafić
już nawet za nazwanie kolegi "brokułową głową" – co zdarzyło się pewnemu
10-latkowi, bądź też za nazwanie kogoś "gejem" lub "lesbijką".
Uważać muszą więc nawet dzieci w przedszkolach, ponieważ i tam sięgają macki
"Wielkiego Brata". Wystarczy, że przedszkolak niefortunnie wspomni o "czarnych"
bądź powie, że ktoś "śmierdzi", a już jego uczynny nauczyciel doniesie o tych
"rasistowskich" wypowiedziach. W raporcie odnotowywane są też przykłady drobnych
sprzeczek z placów zabaw i szkolnych korytarzy, podczas których padające
wypowiedzi dzieci zostały uznane przez ich nauczycieli za tzw. mowę nienawiści.
Według cytowanej przez portal LifeSiteNews gazety "The Daily Mail" ministerstwo
edukacji tłumaczy się, że w ten sposób podejmuje zdecydowaną walkę z przemocą w
szkołach, o co apelowali rodzice. Jednak zdecydowana większość – około 95 proc.
odnotowanych przypadków, dotyczy drobnych sprzeczek koleżeńskich, w trakcie
których dzieci obrzucają się przezwiskami, bez użycia jakiejkolwiek przemocy
fizycznej. W rejestrze znaleźć się można nawet za "niepoprawne politycznie"
wypowiedzi wygłoszone przez dziecko podczas zajęć, które to opinie mogą nie
wpasowywać się w poglądy nauczyciela (szkoły mają bowiem dowolność w
decydowaniu, które z zachowań zakwalifikować do tzw. mowy nienawiści). Jak
informowały już wielokrotnie brytyjskie media, wiele dzieci, które w ten sposób
podpadły nauczycielom, poza wpisem do rejestru ukarane zostały jeszcze drobnymi
pracami porządkowymi, a nawet kilkudniowym zawieszeniem.
Obowiązek raportowania podobnych sytuacji nałożył w 2002 roku na szkoły lewicowy
rząd Tony´ego Blaira. Tymczasem wpis do wspomnianego raportu może mieć olbrzymi
wpływ na dziecko w późniejszym czasie. Może ono mieć problemy z dostaniem się do
innej szkoły bądź na studia czy też ze znalezieniem pracy (w planach jest bowiem
udostępnienie rejestru przyszłym pracodawcom). Ponadto – jak zauważają
przeciwnicy tego pomysłu – w ten sposób nauczyciele nie dają dzieciom dobrego
przykładu, ucząc ich niemoralnych zachowań, donoszenia itp. Dlatego też
stowarzyszenie "Manifesto Club" zwróciło się do rządu Davida Camerona, by zniósł
te absurdalne i ograniczające wolność dzieci przepisy rodem z Orwellowskiej
powieści, które tak naprawdę lekceważą "rzeczywisty problem rasizmu i homofobii".
"Dzieci powinny móc swobodnie się bawić i uczyć nowych słów bez strachu, że
zostaną za to zgłoszone ministerstwu edukacji" – pisze stowarzyszenie w raporcie
cytowanym przez portal LifeSiteNews. "Domagamy się, by konserwatywny rząd Davida
Camerona zniósł te kretyńskie przepisy, które ograniczają wolność dzieci" –
czytamy dalej.

 

Marta Ziarnik

drukuj