Ta kadencja rządu będzie krytyczna
Z Bartłomiejem Radziejewskim, politologiem, redaktorem naczelnym
"Rzeczy Wspólnych", rozmawia Agnieszka Żurek
Jak ocenia Pan wymiar ideologiczny exposé premiera?
– W sensie politycznym widoczny jest dryf Platformy Obywatelskiej w lewo. Jednym
z częściej padających słów podczas exposé była solidarność wobec najuboższych.
Gdy Tusk o niej mówił, a także gdy wspominał o ukróceniu przywilejów
emerytalnych duchownych, zbierał największe brawa. Przedstawiając zmiany
obyczajowe, symbolizowane przez Ruch Palikota, jako obiektywny proces, do
którego powinniśmy się stopniowo dostosowywać, bronił m.in. fatalnej ustawy "o
przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie". Nie znaczy to, że PO stanie się wkrótce
typową lewicą, a jedynie, że będzie stopniowo odchodziła od wrażliwości
konserwatywnej. Pomysł "szerokiego centrum", jakim ma się stać PO, to zarazem
kontynuacja dotychczasowego kursu, w ramach którego partia premiera będzie się
przedstawiać jako stronnictwo "wszystkich rozsądnych Polaków", jedyna
alternatywa dla "radykałów z prawa i z lewa". Charakterystyczne w exposé Tuska
było równoczesne podkreślanie potrzeby łączenia tradycji z nowoczesnością i
budowania jedności narodowej.
Budowanie Frontu Jedności Narodu kojarzy się dość złowrogo. Czy premier
będzie nadal próbował tłumić głos opozycji, wzywając do "budowania zgody" i
"zachowania spokoju"?
– Spodziewam się, niestety, dalszego ograniczania naszej wolności politycznej.
Po próbach cenzurowania internetu, nagonkach na opozycję czy ograniczeniu
dostępu do informacji publicznej mamy kolejne sygnały o tym świadczące: niejasną
i potencjalnie niebezpieczną sytuację wokół najważniejszych antyrządowych mediów
oraz dążenie do cynicznego wykorzystania wydarzeń z 11 listopada. Jeszcze nie
opadł kurz po warszawskich zamieszkach, a już politycy PO zapowiedzieli zmiany
przepisów, które pod pretekstem zapewnienia bezpieczeństwa mają ułatwić
rozwiązywanie lub finansowe "podcinanie" organizacji pozarządowych. I,
oczywiście, prawie nikt o tym nie mówił. Sądzę więc, że będziemy w najbliższym
czasie zmierzać dalej w stronę postpolitycznej tyranii. Możemy się też chyba
spodziewać kontynuacji dotychczasowej, fatalnej polityki zagranicznej. Wczoraj
Tusk to zasugerował, zostawiając szczegóły ministrowi Sikorskiemu. Mamy za
wszelką cenę być "w centrum Europy", co wedle dotychczasowej wykładni oznacza
popieranie decyzji podejmowanych przez Niemcy i Francję i przedstawianie tego
jako polskich sukcesów.
Czy dla Tuska skończył się czas działań pozorowanych?
– Prawdopodobnie tak. Najbliższa kadencja rządu będzie bowiem krytyczna.
Zdecyduje o tym sześć podstawowych czynników: kryzys finansów publicznych i
przekroczenie progów ostrożnościowych, gigantyczny wzrost bezrobocia –
szczególnie wśród młodych ludzi, koniec "dopalaczy" w postaci środków z
prywatyzacji i z głębokiego budżetu unijnego, nadejście drugiej fali światowego
kryzysu finansowego, załamanie się infrastruktury energetycznej i transportowej
oraz potężny wzrost cen prądu w związku z unijnym pakietem klimatycznym. Te
wszystkie czynniki zdecydują o tym, że dotychczasowy model rozwoju stanie się
nieaktualny i konieczne będzie wymyślenie i wdrożenie nowego.
Do tego doszedł nowy układ na krajowej scenie politycznej. Po klęsce wyborczej,
sukcesie Palikota i secesji "ziobrystów" PiS jest znacznie słabsze i trudno
wyobrazić sobie kolejne lata rządów legitymizowanych głównie strachem przed
Kaczyńskim. Nawet z czysto propagandowego punktu widzenia sytuacja PO jest więc
znacznie trudniejsza. Tusk najwyraźniej ocenia, że stanął przed dylematem, który
nieco przekornie można określić jako: przyspiesz albo giń. Inaczej mówiąc, ma
wybór między przedzierzgnięciem się w reformatora a polityczną śmiercią, gdy
dopadną go skumulowane skutki wieloletnich zaniechań i błędów.
Stąd zapewne wynikają próby zmiany retoryki szefa PO?
– Jest dla mnie pewną zagadką, dlaczego dzieje się to dopiero teraz, a nie od
razu po wyborach. Być może chodziło o to, żeby dać sobie czas na konsolidację
władzy poprzez pacyfikację wewnątrzpartyjnej opozycji, z Grzegorzem Schetyną na
czele.
Tusk jako inteligentny i sprawny gracz może teraz próbować ukraść swojemu
głównemu przeciwnikowi, to jest PiS, program naprawy państwa i gospodarki, wraz
z popierającym go elektoratem. Szef PO zaczął mówić także o walce z korupcją,
nawet wtedy, kiedy pojawi się ona w jego własnej partii. W rzeczywistości
kwitnie ona tam od dawna. Zatem zainteresowanie, jakie przejawia tym zjawiskiem
premier, wynika raczej z obaw przed utratą popularności i kontroli nad własną
formacją niż z odzyskania przez niego wrażliwości moralnej.
Co charakterystyczne, premier przedstawił bardzo dokładne plany dotyczące
likwidacji ulg i podwyżek danin, był natomiast dość ogólnikowy w sprawach
deregulacji. A radykalne uwolnienie gospodarki jest obecnie konieczne. Można
dostrzec pokusę przerzucania kosztów reform na przeciętnego Kowalskiego i
zarządzania państwem jak upadającą firmą – poprzez mechaniczne cięcia po
dziesięć procent w każdej dziedzinie.
Sytuacja międzynarodowa nie będzie dla nas korzystna.
– Kryzys może radykalnie przebudować scenę europejską. Nie wiemy, jaka dokładnie
będzie jego skala, ale wiemy, że nawet w optymistycznym wariancie będzie on
bardzo trudny do rozwiązania. Może wiązać się z rozpadem strefy euro, który
będzie bardzo kosztowny dla wszystkich. Ale samo tylko ewentualne bankructwo
Włoch doprowadzi do zapaści europejskiego systemu bankowego, co boleśnie
odczujemy także w Polsce.
Ostatni pakiet pomocowy dla Grecji jest dalece niewystarczający. Żeby zaradzić
sytuacji, potrzebne by były sumy sięgające setek miliardów euro. Potrzebne
byłyby także odważne reformy strukturalne, takie jak radykalne podniesienie
rezerw banków, co de facto oznaczałoby zmianę modelu kapitalizmu.
Aby móc zaradzić kryzysowi, potrzebna jest żelazna wola polityczna elit
europejskich. A tej, jak dotąd, nie widać. Władza nad Europą została w zasadzie
oddana Niemcom. Angela Merkel rządzi dziś Unią w dużej mierze dlatego, że nikt
inny nie ma ochoty się tego podjąć.
Nie będzie to zapaść li tylko gospodarcza. Już pierwsza fala kryzysu pokazała,
że solidarność europejska jest fikcją, za którą kryje się de facto
wewnątrzeuropejska kolonizacja. Grecji zaproponowano pod hasłami solidarności
kroplówkę finansową w zamian za podmiotowość. Nasuwa się pytanie, czy jeśli
Polska znajdzie się w takiej samej sytuacji jak Grecja – a prawdopodobnie tak
się stanie – otrzyma taką samą ofertę "pomocy". Być może Polska jest krajem zbyt
dużym, żeby zostać potraktowana tak protekcjonalnie, niczego jednak nie można
wykluczyć.
Jak możemy temu zapobiec?
– Wymaga to radykalnego przyspieszenia politycznego. Musimy wyprzedzać
zagrażające nam procesy. Z jednej strony, już teraz, nie czekając na głęboką
recesję, radykalnie reformować gospodarkę, z drugiej – budować państwo zdolne do
prowadzenia podmiotowej polityki. Słowem: postępować dokładnie odwrotnie niż
rząd Tuska do tej pory.
Przykładowo, skoro liczymy się, sądząc po wypowiedziach ministra Rostowskiego, z
ryzykiem wybuchu wojny w Europie, to dlaczego zdemontowaliśmy armię? Samo
przestawienie się na model wojska ekspedycyjnego, w sytuacji gdy najwięksi
sąsiedzi utrzymują pobór, jest absurdalne. My tymczasem nie dość, że znieśliśmy
pobór, to nie budujemy w zamian armii profesjonalnej z prawdziwego zdarzenia i
wycofujemy się z misji zagranicznych. To szaleństwo!
Prawa strona sceny politycznej spodziewa się, że kryzys spowoduje, iż
ludzie otworzą oczy i zwrócą się w kierunku opozycji. Pytanie tylko, czy
rzeczywiście zyska na tym prawica, a nie na przykład Palikot.
– Jarosław Kaczyński, powołując się na Victora Orbána, nie powinien zapominać,
że Orbán nie czekał na nadejście kryzysu, ale organizował oddolnie działania
Fideszu – budując sprawną, szeroką partię mogącą być jedyną alternatywą dla
rządu.
Kto mógłby stać się bazą do budowania takiej partii?
– Obywatele. Ruchy społeczne, niezależne organizacje – w wielu z nich aż kipi od
pomysłów i działań, energii, która pozostaje w dużym stopniu niewykorzystana.
Obecny premier Węgier przez wiele lat budował swój obóz bardzo szeroko. Nad
Dunajem tzw. społeczeństwo obywatelskie było bardzo rachityczne, a nagonka
medialna na Fidesz była podobna do tej, jakiej podlega PiS. Wobec braku własnych
mediów i słabości struktur Orbán sięgnął po ludzi i zbudował ogólnokrajową sieć
klubów obywatelskich. Paradoksalnie odgórnie zainicjował oddolne tworzenie się
społeczeństwa obywatelskiego, wykorzystując je następnie jako politycznego
sojusznika. Organizacja w większym stopniu oparta na wolnej, oddolnej
inicjatywie i otwarta na współdziałanie z zewnętrznymi podmiotami jest w sumie
znacznie skuteczniejsza od ściśle scentralizowanej, pomimo formalnie słabszej
pozycji szefa. To pewien paradoks współczesnej władzy: lider obozu politycznego
zbudowanego nieco bardziej na zasadzie sieci, choć ma mniejszą formalną władzę
niż przywódca partii o strukturze piramidy, ma zarazem większy wpływ na
rzeczywistość.
Aktywni obywatele muszą się jednak gdzieś spotykać, dyskutować,
przekonywać innych do swoich racji. Tymczasem wydaje się, że kulturotwórcza rola
miast w Polsce zanika. Z czego to wynika?
– Z bardzo wielu powodów. Miasta to przede wszystkim ludzie. A człowiek
współczesny w dużej mierze wycofał się w prywatność. Postrzega świat głównie
przez pryzmat swoich spraw i swojej osobowości, będąc często zwyczajnie
niezdolnym do rozumienia abstrakcyjnych pojęć i relacji, które leżą u podstaw
sensownej polityki. Redukuje więc tę ostatnią do gry emocji i estetyki,
zrozumiałej w kategoriach prywatnych, a więc w istocie do marnego spektaklu.
Co gorsza, owa prywatność jest dziś zdominowana przez konsumpcjonizm, który jest
w istocie rodzajem wewnętrznej niewoli – tryumfem "niższych części duszy" nad
rozumem. Człowiek opętany żądzą konsumpcji jest zaś niezdolny do uczestnictwa w
prawdziwej kulturze ani do życia obywatelskiego.
Na całym Zachodzie jest dziś problem osłabienia klasy średniej, potęgowany przez
współczesny model kapitalizmu, preferujący własność oderwaną od zarządzania i
związanych z nim szerszych, wspólnotowych obowiązków.
Osobna sprawa to szczególna słabość polskiej klasy średniej. Polskie miasta
zamieszkują ludzie pochodzący w przeważającej mierze ze wsi. Już nie chłopi,
jeszcze nie mieszczanie. Są pozbawieni etosu klasy średniej, zakompleksieni i
podatni na socjotechnikę. Z łatwością "kupują" więc dominujący przekaz,
redukujący szczęście do kredytu i grilla, a obywatelstwo – do głosowania raz na
jakiś czas na aktualnie najmodniejszą partię.
Do tego należałoby dodać chaos przestrzenny polskich miast, zdominowanych przez
bałagan, centra handlowe i biurowce. To nie jest żywa przestrzeń publiczna, lecz
głównie terytorium pospiesznego przemieszczania się w trójkącie: dom – praca –
supermarket.
Miasta są zasadniczo w stanie degeneracji. Pewne obszary żywej przestrzeni
publicznej jednak w nich przetrwały, powstają też nowe. Być może te wysepki będą
kiedyś zaczynem odrodzenia.
Jak to zmienić, jak wzmocnić w Polakach poczucie własnej wartości, które
pomoże im uodpornić się na manipulacje?
– O ile w dłuższej perspektywie nie będzie zbyt wielu gwałtownych tąpnięć
gospodarczych, polskie mieszczaństwo z czasem okrzepnie. Natomiast na pytanie:
skąd wziąć dobrych, odpornych na manipulacje obywateli, odpowiedź brzmi: trzeba
ich wychować. Młodzi ludzie takie mają mniemanie o sobie i świecie, jakie im
wpojono. Takich dokonują także wyborów politycznych. W Polsce, choć nie tylko,
są to wybory dość infantylne, co pokazuje wynik ostatniej elekcji. Traktowanie
Palikota jako poważnego polityka jest tego przykładem.
Jeśli demokracja ma mieć sens, wszystkich mających prawa wyborcze należy od
najmłodszych lat kształcić politycznie, wyrabiając w nich cnoty publiczne i
rozumienie bardzo złożonych mechanizmów współczesnej polityki. Dziś szkoły,
rodziny, media wychowują obywateli, którzy zazwyczaj są nimi tylko z nazwy,
poruszając się w sferze publicznej jak dzieci we mgle. Nie rozumieją jej reguł,
przez co są łatwym celem demagogów i manipulatorów.
W pewnym momencie młodzież jednak będzie musiała stanąć oko w oko z
rzeczywistością i zacząć działać. Czy nadchodząca fala kryzysu wyzwoli w
Polakach aktywność obywatelską?
– Do roku 2015 na rynek pracy wejdzie ponad 1,5 mln uczniów i studentów. Przy
obecnej niezdolności do wchłonięcia przez ten rynek dużej liczby nowych,
zwłaszcza młodych i niedoświadczonych pracowników, bezrobocie wśród młodych może
przekroczyć 60 procent. To dawka wybuchowa. Historia pokazuje, że rewolucje i
wielkie wojny mają miejsce zwykle właśnie przy dużej nadwyżce młodych
bezrobotnych na rynku pracy.
Na to nałoży się kryzys gospodarczy, o którym mówiliśmy wcześniej. W połączeniu
z wyjątkowo niestabilną i potencjalnie niebezpieczną sytuacją międzynarodową w
Europie jest to dużym zagrożeniem dla Polski. Większość wysiłku politycznego
powinna być ukierunkowana na jego neutralizację, jeśli chcemy uniknąć degradacji
o trudnej do przewidzenia skali.
Jeśli po ujawnieniu się namacalnych skutków tego kryzysu będziemy jeszcze w jako
takiej formie, i nawet to nie zbudzi Polaków, zwłaszcza młodych, z
postpolitycznej drzemki, w której tkwią od kilku lat, zmuszając ich do myślenia
w kategoriach państwa i narodu. Kryzys – oprócz tego, że grozi degradacją – jest
jednak zarazem szansą na przesilenie.
Dziękuję za rozmowę.
