Syndrom Palikota
Z prof. Jackiem Bartyzelem, specjalizującym się w zagadnieniach filozofii
politycznej, historii idei i teatrologii, rozmawia Piotr Falkowski
Co Pan Profesor sądzi o liście europosła Kamińskiego?
– Aż mi się nie chce wierzyć. Przeczytał mi pan list Michała Kamińskiego?
Tak, na pewno jego.
– Ten list jest daleko posuniętym aktem wrogości. Jeżeli polityk, który
wcześniej podkreślał swoje związki z Kościołem czy w ogóle swoją religijność,
wyraża się o jakimkolwiek kapłanie katolickim per "biznesmen", to daje dowód
swojej arogancji i prymitywnego antyklerykalizmu. Po drugie, gdyby nawet wziąć
te słowa na serio, to dlaczego w podręcznikach historii wychwala się księży,
którzy byli aktywni na polu społeczno-gospodarczym. Ksiądz Stanisław Staszic,
twórca przemysłowej Fundacji Hrubieszowskiej, czy ks. Wacław Bliziński –
działacz gospodarczy, organizujący Polaków w warunkach zaboru pruskiego, pionier
ruchu spółdzielczego. Było takich więcej i są uważani za bardzo zasłużone osoby,
właśnie dlatego, że nie poprzestawali na tym, do czego zostali powołani z natury
funkcji kapłańskiej, ale byli też promotorami samoorganizacji społeczeństwa czy
rozwoju gospodarczego. Więc dlaczego dzisiaj miałoby to być okolicznością
obciążającą?
Dlaczego politycy, i to wywodzący się z prawicy, sięgają po antyklerykalizm?
– Najbardziej charakterystycznym przejawem antykościelności (bo nawet nie
antyklerykalizmu) jest przyjmowanie takiego stanowiska, że Kościół zajmuje się
nie tym, czym powinien, albo tym, czym powinien, zajmuje się źle. Występowanie w
roli życzliwych, ale wiedzących lepiej, co potrzeba Kościołowi. To bardzo
wygodna pozycja i nie dziwię się, że atakują Kościół w ten sposób ludzie od
niego odlegli albo wręcz mu wrodzy. Natomiast, gdy tego języka zaczyna używać
polityk, który wielokrotnie podkreślał, że identyfikuje się z Kościołem i
religią katolicką, to jest to głęboko zasmucające. Różni ludzie, w różne strony
uciekają i oczywiście myślą, jak znaleźć się na jakiejkolwiek liście.
Potwierdziło się to, co mówiłem kilka miesięcy temu, także w wywiadzie dla
"Naszego Dziennika", że PJN to tylko przedsięwzięcie ratunkowe dla pewnej grupy
ludzi. Okazało się przeciekającą łajbą, więc panuje tam zasada "Ratuj się, kto
może", i każdy, gdzie może, ucieka. Nawet w kierunku antyklerykalizmu. Głęboko
zasmucający jest przypadek posła Jana Filipa Libickiego, którego kiedyś bardzo
ceniłem. Jego zachowanie było bardzo dziwaczne. Nie rozumiem, jak będąc
katolickim tradycjonalistą, można znaleźć się w jednej partii z Joanną
Kluzik-Rostkowską. Potem doszły inicjatywy przeciw Radiu Maryja. Najwyraźniej
Michał Kamiński do niego dołączył.
Jakie są szanse znalezienia poparcia dla takich polityków?
– Ten list Kamińskiego świadczy o tym, że chciałby odgrywać rolę Palikota
prawicy. Jeśli tak, to z równie marnym skutkiem. Powinien to potraktować jako
przestrogę, że to nie przynosi profitów. Michał Kamiński kilkakrotnie w swoim
życiu odcinał się od tego, co robił wcześniej, jak choćby jego kajanie się przed
"Gazetą Wyborczą" z powodu wizyty u gen. Pinocheta [w 1999 roku, gdy Pinochet
został aresztowany w Wielkiej Brytanii – przyp red.]. Ale tak desperackie kroki
prowadzą do przepaści.
Pretekstem do napisania przez Michała Kamińskiego listu była propozycja
podpisania przez wszystkich polskich europosłów apelu "o niewykorzystywanie w
kampanii wyborczej argumentów nacjonalistycznych i ksenofobicznych". Jaki sens
mają tego typu inicjatywy?
– To typowy przykład demoliberalnej nowomowy. Są słowa klucze, które mają
stygmatyzować kogoś, ale tak naprawdę nie wiadomo, co one oznaczają.
"Nacjonalizm" jest po prostu jednym z kierunków myśli politycznej, do czego
dodano ksenofobię, termin kojarzony jednoznacznie pejoratywnie. Wzmianka o
"grupach regionalnych" ma z pewnością związek z pewnymi poglądami czy sympatiami
pana doktora Migalskiego w kierunku Ruchu Autonomii Śląska. Ja uznaję prawo pana
Migalskiego do takiej identyfikacji, natomiast inni mają prawo do wyrażania
niepokoju z powodu nastrojów separatystycznych, zwłaszcza wypowiedzi
wyrażających nie tylko dystans, ale i wrogość wobec polskości czy państwa
polskiego. Pomyślmy jednak, czym jest w istocie ten apel, który wyraża dążenie
do autocenzury. Jeżeli nie odwołujemy się do żadnych zasad albo wartości
narodowych (lub religijnych), to pojawia się pytanie, do czego właściwie wolno
się odwoływać w polityce. Tylko do kwestii materialnych? Czyżby przedmiotem
debaty publicznej miała być tylko ekonomia? To byłby absurd. Wymiar duchowy,
narodowy, państwowy i religijny – to są podstawowe tryby egzystencji człowieka.
Dlaczego mają być eliminowane z polityki? Dlaczego mają być eliminowane jako
przedmiot debaty? Oczywiście mam na myśli debatę uczciwą, a nie jakąś
demagogiczną. Więc taki apel, gdyby go potraktować na serio, prowadzi do
niesłychanej prymitywizacji debaty publicznej, do materialistycznego
redukcjonizmu. Natomiast jest on deklaracją lojalności wobec urzędowej
ideologii, która panuje w Europie.
Dziękuję za rozmowę.
