Promowanie marginesu

Elżbieta Jakubiak deklaruje w imieniu secesjonistów z PiS: "Chcemy być
nowoczesną chadecją". Po raz kolejny "nowoczesność" w wydaniu polskich polityków
oznacza kroczenie kilka lat w tyle za Europą Zachodnią, której chadeccy
przywódcy właśnie zaczynają dostrzegać potrzebę większej wyrazistości i
podejmują próby powrotu do ideowych źródeł swoich ugrupowań. "Nowoczesna
chadecja" na Zachodzie z powodu braku trwałych fundamentów i rozumnych idei
bankrutuje.

Joanna Kluzik-Rostkowska błąka się od redakcji do redakcji, próbując
zaistnieć w szeregu politycznych liderów. Jak na razie jej hasłowe wypowiedzi
stanowią kanwę mglistych rozważań o przyszłym programie rozłamowców. Z ust tej
grupy polityków nie schodzi słowo "rodzina". Dla Kluzik-Rostkowskiej wizja
polityki prorodzinnej zawsze koncentrowała się wokół wsparcia matek pracujących,
otwierania nowych przedszkoli i podnoszenia wskaźnika "użłobkowienia" kraju.
Wszystko rzekomo dla dobra rodziny. Także in vitro czy poparcie dla ustawy "antyprzemocowej"
ograniczającej pod państwową kontrolą i przymusem prawa władzę rodziców i prawo
do wychowania swoich dzieci. Tak zdefiniowana prorodzinność to próba
przeniesienia skrajnie socjalnego tzw. skandynawskiego modelu polityki
społecznej, niosącego, pomimo pozorów ogólnej sprawności systemu, szereg
niebezpiecznych patologii. "Prorodzinność" rodem ze Szwecji to nauka
bezrozumnego posłuszeństwa biurokratycznemu aparatowi. W przypadku
zachodnioeuropejskiej chadecji fundament gospodarczy nie wystarczył, aby
zbudować silne wspólnoty zdolne stawiać czoła wyzwaniom współczesności. Trudno
brać za wzór zatomizowane, wyludniające się społeczeństwa Zachodu składające się
z zagubionych jednostek niepotrafiących budować trwałych więzi, uciekających w
kokon prywatności i wiecznego infantylizmu. Czy są jakieś inne treści niż
lewicowo-liberalne, którymi byłaby w stanie posługiwać się Kluzik-Rostkowska,
mówiąc o rodzinie, jej roli w budowaniu narodowej wspólnoty? Nie ma.
Kluzik-Rostkowska nie operuje siatką skojarzeń właściwą konserwatystom, nie
rozumie przemian cywilizacyjnych i kulturowych, które dokonują się w
"pozapaństwowym" wymiarze tożsamości, a które wymagają pociągającej
kontrpropozycji prawicy. Z jednej strony to wynik ewidentnie lewicowych ciągot,
z drugiej – kwestia jej politycznego formatu, który nie predestynuje jej do
bycia "polską Margaret Thatcher". Mimo usilnych medialnych kreacji
Kluzik-Rostkowska pozostaje jedynie człowiekiem do zadań technicznych.
Polityczne wizjonerstwo jest zarezerwowane dla innych. Deklarowana
"centroprawicowość" Kluzik-Rostkowskiej zawiera także entuzjastyczne podejście
do tematu parytetów płci na listach wyborczych, czyli kolejnej ingerencji
państwa w nasze życie i ustawowego regulowania rzeczywistości. Jest to przykład
na to, że protagonistom postępu nie wystarczy już wolność i demokracja, ale
prawo musi "korygować" i na nowo kształtować system społecznych odniesień, ról i
postaw. Do tego dochodzi puszczanie oka do środowisk homoseksualnych. Na ile
przekonania Kluzik-Rostkowskiej wejdą w skład przyszłej oferty programowej
secesjonistów? Czy wszyscy bez wahania podpiszą się pod jej lewicowym credo? O
programie rozłamowców na razie nie wiemy nic. Zróżnicowany skład personalny
nowego politycznego bytu powoduje, że trudno wyrokować zarówno o jego ofercie
programowej, jak i szansach utrzymania się na politycznej scenie. Jaki jest
stosunek tej grupy polityków do Unii Europejskiej, suwerenności gospodarczej,
bezpieczeństwa energetycznego, problemów funduszy emerytalnych? A cały segment
polityki zagranicznej: jaka jest wizja nowego ugrupowania w odniesieniu do
integracji europejskiej, w tym priorytetów zbliżającej się polskiej prezydencji,
do rządowej wizji odwrotu od polityki Lecha Kaczyńskiego i budowy bloku z Rosją
i Niemcami? Czy najbardziej doświadczony w tych kwestiach Paweł Kowal po prostu
wniesie swoje dotychczasowe przekonania, z którymi reprezentował PiS, czy może
je zmieni? A jeśli tak, to które są prawdziwe? A co z sektorem bezpieczeństwa, z
rolnictwem itd.? Pojawia się kolejne ugrupowanie, które obok Platformy
Obywatelskiej będzie starało się bazować na krytyce Prawa i Sprawiedliwości i
Jarosława Kaczyńskiego, co będzie o tyle trudniejsze, że krytyka ta jest w
ustach dotychczasowych najbliższych współpracowników prezesa PiS zupełnie
niewiarygodna. Czyżby liderzy PJN liczyli na wyborców, którym może zaimponować
zdrada i nielojalność? Uwagę zwraca duże zainteresowanie mediów poczynaniami
grupy dysydentów z PiS. Kiedy partię Jarosława Kaczyńskiego opuszczał z grupą
zwolenników Marek Jurek, został on szybko spisany przez czołowych komentatorów
na straty jako polityczny margines i praktycznie zapomniany. Tym razem mamy też
do czynienia z zespołem rozłamowców, a przy tym złożonym ze znacznie mniej
wyrazistych postaci. Tymczasem ich los jest od kilku tygodni pożywką dla
wszystkich niemal mediów, w której cieniu odbywają się wybory samorządowe, trwa
spór rządu z OFE, a Unia Europejska na nowo definiuje sposób funkcjonowania
wspólnej waluty euro. Ostatnie głosowania w sprawie finansowania partii
politycznych nieco odsłaniają rąbka tajemnicy. Stowarzyszenie
Kluzik-Rostkowskiej pozycjonuje się jako "przystawka" Platformy. Liderzy tej
grupy powinni jednak wiedzieć lepiej niż ktokolwiek inny, jaki jest w Polsce los
takich klientystycznych partyjek.

Beata Falkowska

drukuj