Polskie Gospodarstwo, czyli Wspólnota „w pokorę zamożna”
Ewa Polak-Pałkiewicz
Na powstanie i rozwój Radia Maryja warto spojrzeć praktycznie. Tak jak patrzą na nie jego wrogowie. Ich nie interesują słowa, lecz ich skutki. Obserwując koleje losu dzieła powstałego jako owoc modlitwy – u swego zarania, modlitwy jednego tylko człowieka, który tym wyróżniał się pośród współbraci, że miał wizję (podobną do wizji św. Maksymiliana Marii Kolbego) – można widzieć także realne i trwałe skutki ewangelizowania Polski. To fakt, który w najwyższym stopniu niepokoi przeciwników Kościoła. W Polsce dokonuje się widoczna zmiana. Polacy skupieni wokół Radia myślą niezależnie i potrafią działać, nie boją się trudów i ofiar, angażują się, są coraz bardziej twórczy i samodzielni w swych inicjatywach. Podobny duch ożywia wspólnotę Polaków rozrzuconych po całym świecie. Radio żyje już nie tylko poprzez słowo unoszone przez eter. Żyją instytucje kulturalne, oświatowe i naukowe oraz inicjatywy gospodarcze – jedna za drugą powoływane do życia. Każda z nich jest swego rodzaju odrębnym cudem. Nie tylko z uwagi na okoliczności ich powstania, dzięki zaufaniu i ofiarności Polaków i geniuszowi twórców, którzy się nie upierają, że to oni muszą mieć we wszystkim rację („Panie, jeżeli chcesz”). Także dlatego, że w świecie, który ceni nade wszystko efekciarstwo skrywające intelektualny i organizacyjny nieład, są one symbolem rzetelności i dalekowzroczności jako wręcz wzorcowe instytucje katolickie.
Naczelną ich zasadą jest szacunek wobec Prawdy i szacunek wobec człowieka. A więc to, czego współczesnemu światu najbardziej brakuje.
Tu dygresja: jak często katolicy nie robią nawet jednego kroku w kierunku jakiegoś narzucającego się wręcz, paląco potrzebnego dobra, z góry przesądzając, że „to za trudne”, „zbyt ryzykowne”, „to się nie może udać”. Twórcy i słuchacze Radia Maryja takiego problemu nie mieli. Ale też nie liczyli tylko na swoje siły.
Rozwój Radia Maryja i towarzyszących mu inicjatyw przypomina rozwój rodzinnego gospodarstwa. Oto było sobie kiedyś ubogie gospodarstwo. Z pola zbierano jednak skrzętnie każdy kłos, a na rżysku wypatrywano każdej słomki, by ją podnieść. W ogrodzie pielono starannie rośliny. Podwórko było zamiatane. Płot i dach naprawiane z cierpliwością i sumiennością. Narzędzia utrzymywano w czystości. A gospodarz nie żałował czasu na przemyślenie, jak wykorzystać dobrą pogodę, czym obsiać za rok pole, jak usprawnić pracę. I gdy zakończono kolejne żniwa, w stodole pojawiły się obfitsze zbiory. Można było dokupić ziarna, zaorać nieużytki, wymienić zużyte narzędzia, powiększyć stado inwentarskie. Gospodarstwo krzepło z roku na rok. Nie było już najmniejsze w wiosce. Sąsiadów frapowała sprawa pomysłowych, robionych w domu narzędzi. Zdumiewali się różnorodnością upraw i hodowli, eksperymentami i innowacjami, jakich nie bał się wprowadzać gospodarz. A on, stając na wzgórzu i podziwiając falujące łany, nie czuł rozpierającej pierś dumy, że „to wszystko on sam, tymi rękami”, lecz wzniósł w głębi serca dziękczynny hymn ku Bogu.
Skrzętność – iście gospodarska, typowo polska – w rozwijaniu każdego, najmniejszego nawet dobra i pilne baczenie, by nic się nie zmarnowało, a każdy dar został zagospodarowany z miłością i wdzięcznością dla ofiarodawcy, jest szczególną cechą twórcy tego Polskiego Gospodarstwa, z którego plonów korzysta tak ogromna rzesza ludzi i które potrafi – to już dziś pewne! – wyżywić jeszcze więcej osób spragnionych zdrowego duchowego i intelektualnego pokarmu. A gospodarstwo jak gospodarstwo – potrzebuje rąk do pracy. Potrzebuje uczciwych i fachowych doradców i wytrwałych robotników, którzy rozumieją cud życia i kochają pracę na roli. Ludzi, którzy nie przestraszyliby się nowych ról, gdyby nagle na terenie gospodarstwa odkryto, dajmy na to, ogromne pokłady złota czy ropy naftowej. Którzy z radością daliby się temu faktowi zaskoczyć. I – to sprawia panujący tu ład i pogoda ducha Gospodarza – takich ludzi znajduje. Wędrują kilometrami dróg, by wspomóc je swoją cichą, codzienną pracą, pokorną modlitwą.
Ta nieoczekiwana żyła złota czy też fontanna ropy naftowej tryskającej spod ziemi to setki audycji, które niejednego uratowały od rozpaczy i poczucia bezsensu, uwolniły od lęku, od duchowych, a nawet fizycznych chorób. To bezcenne książki – te, które się wydaje i które przywraca się pamięci. To absolwenci jednej z najlepszych w kraju uczelni. To informacje, które nie poszerzają kręgu pesymizmu, tylko dodają skrzydeł. Potwierdzają bowiem zapomnianą prawdę, że światem rządzi Pan Bóg, a trudy są po to, byśmy je pokonywali i w ten sposób się doskonalili. To komentarze, które sięgają sedna zjawisk i prawdziwie odkrywcze analizy – dziś potrzebne jak woda i powietrze, bo ludzie, którzy nie rozumieją rzeczywistości, są łatwym łupem. Kto mógłby zastąpić profesora Jerzego Roberta Nowaka w tropieniu historycznych fałszerstw? A przede wszystkim, komu ze współczesnych historyków, mówiąc trywialnie, chciało by się angażować z taką pasją w tak „niedochodową imprezę”, jaką jest bronienie polskości na tak licznych frontach? Kto mógłby dorównać ścisłości, precyzji i pięknu analiz filozoficznych i tych dotyczących historii myśli, kultury łacińskiej profesorom: Piotrowi Jaroszyńskiemu, Tadeuszowi Guzowi, Henrykowi Kieresiowi? Kto mógłby z takim wdziękiem jak profesor Bogusław Wolniewicz skłonić do myślenia na własny rachunek, nie według sztampy? To nie są osoby „do zastąpienia”. To są wojownicy Prawdy, przypominający rycerzy wypraw krzyżowych. W niczym niepodobni do szarego i smutnego, choć krzykliwego stada „publicystów”, które obsiadło rozgłośnie komercyjne i „naucza maluczkich” w duchu najmodniejszych i najlepiej sprzedających się medialnych teorii (mają one jedno zadanie: uczynić ze słuchaczy ludzi niesuwerennych, nieodpowiedzialnych i bezgranicznie nudnych).
Świat Radia Maryja, niczym rozległe falujące pole, jest barwny i bogaty, bo tworzą go ludzie barwni, wewnętrznie bogaci. I wolni. Swoich zasiewów dokonują z myślą o drugim człowieku. By był mężny. I by nie był naiwny, bo wtedy uczynią go niewolnikiem ci, których czyny zaprzeczają w sposób wręcz doskonały temu, co sami deklarują – z namaszczeniem, w długich przemówieniach. „Spisane będą czyny i rozmowy…”. Z uwagi na prostego człowieka, który doznaje krzywdy. Na jego ból i zatrutą nadzieję. Radio Maryja nie jest od okazywania nikomu niechęci, nie formułuje aktów oskarżenia. Modli się także za tych, którzy mają na jego punkcie obsesję. I to jest jego główny szaniec. To jest pole, gdzie będą kwitnąć i owocować najpiękniejsze rośliny.
Być może dzięki niemu dokona się owe zapowiedziane rozproszenie „dumnych myśli głów pychą nadętych” i złożenie z tronów „wyniosłych”.
