Polska rodzinna

Czy istnieje jeszcze Naród Polski? – pytał niedawno jeden z publicystów prawicowych. Nie zamierzał epatować efektownym sformułowaniem, pytał na serio. Był po lekturze nowej książki prof. Ryszarda Legutki „Esej o duszy polskiej”, która podsumowuje ostatni okres historyczny w kontekście nowej kultury i systemu wyznawanych przez Polaków wartości. Książka pokazuje zjawisko przenikania mentalności obcej naszym historycznym wzorcom i tradycjom cywilizacyjnym. Mentalności, którą lansuje warstwa najkorzystniej usytuowana w życiu społecznym, i która – dzięki mediom – ma szczególne wzięcie. A raczej: szerzy się jak zaraza. Pokonuje nadwątlone bastiony wychowania rodzinnego, bez trudu zdobywa pokruszone twierdze szkół i uniwersytetów, hula po zgliszczach instytucji zaufania społecznego, jaką były kiedyś (np. przed wojną, w czasie „Solidarności”) media. Artykuł z dramatycznym pytaniem i książka mają wydźwięk pesymistyczny. Zmuszają jednak do spojrzenia z całą powagą, bez różowych okularów na środowisko, w którym żyjemy. Jeszcze Polska, czy już obca planeta, ziemia niczyja? Czy nadal istnieje coś poza językiem i terytorium, co nas łączy? Czy jest już tylko złom najprostszych czynności warunkujących fizyczne przetrwanie? Międzyludzka sieć handlowo-usługowa…

Wędrujemy jeszcze ze starą mapą po znajomych szlakach, z trudem rozpoznając coś, co było niegdyś kwitnącym gajem, pełnym miejsc świętych. Dziś jest hałaśliwym rynkiem. Arabsko-azjatyckim dusznym targowiskiem. Owszem, zamiatanym czasem, skrapianym wodą. Są tabliczki, szyldy, drogowskazy. Ruchome schody, windy i metro. Brakuje światła, w którym rozpoznawaliśmy się nie jako funkcjonujące tu trybiki, lecz podmioty wspólnego życia. Członkowie wspólnoty, której marzenia zaczepione były nie o zakupy, opał i elementarną higienę, lecz o chmury, o wierzchołki najwyższych szczytów. Czuli na piękno, nienawidzący prostactwa i kłamstwa pod każdą postacią.
Czy istnieje jeszcze Naród Polski? Taki Naród, dla którego – i dzięki któremu – pisali Mickiewicz, Norwid, Sienkiewicz, tworzył Chopin, walczył Piłsudski, umierali powstańcy warszawscy, powstawała i trwała Armia Krajowa, Polskie Państwo Podziemne i WiN (Zrzeszenie „Wolność i Niezawisłość”). Czy to możliwe, że ktoś porozkręcał w nim wszystkie wewnętrzne mechanizmy i on już „nie działa”, choć oddycha jeszcze? Że zużył się i trzeba go wyrzucić na śmietnik jak zepsutą zabawkę?
Czy zazdrośnicy – którzy nie mogli znieść świadomości, że w tym miejscu świata istnieje społeczność, której nie zadowala „pełne koryto”, która poszukuje wciąż znaków na niebie i dźwięków muzyki sfer – mogą już spać spokojnie? Czy ich sumienia wreszcie przestał niepokoić ten „mały naród”, który – jak pisały angielskie gazety w drugiej połowie 1939 roku – „prowadzi swoją prywatną wojnę z Rosją”, ku utrapieniu „rozsądnych państw”, które wolą prowadzić rokowania? Wolny i swobodny, zawsze wyrywał się do przodu, zamiast stać grzecznie w szeregu, i nie reagował na tupnięcia carów i cesarzy, którzy mieli ochotę po prostu go połknąć. Którego formowane w każdych okolicznościach historycznych i przez ludzi najrozmaitszej kondycji (także przez poetów) oddziały zbrojne, gdziekolwiek na świecie by się znalazły, rwały się do walki niczym roje ostrych w słowie i szybkorękich Michałów Wołodyjowskich, niezważających na mizerność własnej postury, liczbę formacji i słabość oręża. Zawsze gotowi, zawsze na służbie.
Taka Polska była problemem i skandalem. Kulą u nogi pragmatycznych europejskich dyplomatów, śliskich mistrzów układów. Z nią ani żądni wygód, wpływów i korzyści protestanci, ani pogrążeni w duchowym chaosie prawosławni, ledwo dyszący pod butem carów, nie byli w stanie ułożyć sobie życia. Zawsze potrafiła zaleźć za skórę – ze swoim niewyparzonym językiem, gromieniem przy każdej okazji Turków i Tatarzynów. I z tą nieprawdopodobną – gdy już było w zasadzie po wszystkim, szwedzki potop rozlewał się szeroką, tłustą falą i zalewał wrzące ogniska oporu – obroną Jasnej Góry.

Non possumus

W ostatniej pielgrzymce na Jasną Górę wspólnoty skupionej wokół Radia Maryja uderzający był fakt, że słowa najtrafniej opisujące sytuację, w jakiej znaleźliśmy się jako Polacy, pochodziły z ust profesorów filozofii. Zarówno prof. Bogusław Wolniewicz, jak i prof. Piotr Jaroszyński mówili właśnie o tym. Pojedynek pomiędzy pesymistyczną wizją filozofa z Krakowa Ryszarda Legutki, autora gorzkiej diagnozy zawartej w ostatniej książce, a tezami profesora z Warszawy Bogusława Wolniewicza rozegrał się – symbolicznie – właśnie u stóp Jasnej Góry. Pojedynek nie tyle na argumenty, ile na nastroje, odgadywania, wezwania. Na obrazy, jakie stają przed oczyma, gdy myśli się o przyszłym dniu. Stary profesor z Warszawy i młody z Krakowa mają odmienne wizje przyszłości, bo inna każdemu z nich przyświeca nadzieja. Ciekawe. Ale słowa prof. Wolniewicza nie są pohukiwaniem starej sowy ani pomrukami rozdrażnionego niedźwiedzia, któremu przerwano drzemkę. To jest program. Bardzo konkretny. Jasny. Gotowy, by go wprowadzić w życie. Przypomnijmy: Polacy skupieni pod Jasną Górą zostali nazwani „awangardą Narodu w jego walce o zachowanie własnej duszy”. Skupia się ona dziś wokół Kościoła i „od niego oczekuje wskazań i wskazówek”. W sytuacji, w jakiej znaleźliśmy się jako chrześcijanie, „nawoływania do „dialogu” to podstęp”, twierdzi profesor. Stroną atakującą jest bowiem „międzynarodówka lewackiego libertyństwa”. Profesor Wolniewicz podsumowuje „agresję bezbożnictwa”, która jest jak na razie bezkarna i „przez swoją bezkarność odniosła nowe nad nami zwycięstwo”. To znaczy: sami pozwoliliśmy na to. Okazaliśmy się spętani poprawnością polityczną, sparaliżowani zatrutym żądłem fałszywego języka liberalizmu i groteskowymi werdyktami podkupionych prawników, którzy dyktują nowe, nieznane w naszym obszarze świata rzekome „normy”: że wolno profanować świętość, wolno bluźnić i wyśmiewać się z tego, co dla Polaków zawsze było najdroższe. Że każdy do tego „ma prawo”. Że „można sobie wyobrazić” – to już moja interpretacja – jakiś wyabstrahowany świat, urojoną ziemię, na której nikogo to nie będzie obchodzić. Ta wyspekulowana sytuacja staje się nagle podstawą wyroków instancji, dla których chrześcijaństwo, Dziesięcioro Przykazań, zwykła ludzka przyzwoitość – a każdy człowiek wie, co to przyzwoitość – po prostu nie istnieje. I w ten zupełnie fantastyczny i upiorny zarazem świat, istniejący w zimnej, chorej wyobraźni prawniczej, chce się Polaków wmontować. Wygnać ich tam z własnej ziemi, ogołocić z wszystkiego, co składało się na naszą tradycję prawniczą, na ducha praw Rzeczypospolitej. (Mówił o tym w następujący sposób Adam Mickiewicz w III wykładzie w CollÝge de France w 1841 roku, analizując specyfikę wolnej elekcji: „Według tradycji chrześcijańskiej, według pojęć polskich(…)elekcja w pojęciu Kościoła i narodu polskiego była aktem religijnym, uważano ją za bezpośrednie zrządzenie Boże, słowem za cud. Poczytywano więc za grzech wszelkie środki przedsiębrane z góry dla wywarcia wpływu na wynik elekcji, dla sprzeciwiania się – jak mówiono – dziełu Ducha Świętego”. I dalej: „Ilekroć więc chodziło o ustanowienie silnej władzy, a choćby tylko o nałożenie podatków, trzeba było odwołać się do uczuć szlachetnych, do tego, co w narodzie było wielkoduszne”).
I tam, na tej prawdziwie nieludzkiej i niepolskiej ziemi, narzucając nam pogańskie prawo, chce się nas sądzić. „Nie jest to nawet sąd tylko niesprawiedliwych”, mówił profesor. „Taki sąd to jest sąd krzywoprzysiężny”.
Czy można wobec tego wszystkiego nadal pozostawać biernym? Czy można udawać, że się na to godzimy, że nas to nie obchodzi lub obchodzi tylko odrobinę albo – co najwygodniejsze – że „nie stać nas” na żadną reakcję, i nadal pozostawać Polakami? Oto główna oś starcia. Oto płaszczyzna pojedynku największych umysłów w Polsce. A jeżeli do reakcji wzywa już nie polityk, nie działacz społeczny, nie parlamentarzysta, nawet nie autor poczytnych książek, ale uczony, to sytuacja jest naprawdę wyjątkowa. Profesor nie łudzi, że to jakiś stan przejściowy, przeciwnie, to zło, które „jest plenne – jak perz”, powstrzymać może „tylko siła: murem nieugiętego oporu, o który roztrzaska sobie w końcu swój łeb”. To zło ma bowiem do dyspozycji „cały system jakiejś upiornej pedagogiki społecznej” – obejmujący wszystkie pokolenia, stany i instytucje – którego celem jest „tresować Naród w lekceważeniu i pogardzie dla chrześcijańskiego dziedzictwa naszej cywilizacji”.
Co zatem robić? Jak działać? Jednoczyć się, odpowiada filozof. Być blisko siebie. Nie dać się podzielić. Rozumieć wyjątkowe – jak może nigdy jeszcze w naszej historii – znaczenie tej jedności. (To samo, przypomnijmy, zalecał i o to samo drżał w czasach jakże odległych i jakże zarazem analogicznych Adam Mickiewicz). Przeciwnik wprawdzie szczerze „nienawidzi tej siły, to jasne, ale musi się z nią liczyć”, lecz „widzi, że jeszcze nie na wszystko wobec Kościoła może sobie pozwolić”.
Te same zatem znaki, sytuacje i zjawiska, opisane i nazwane bez pardonu, w całej ich złowieszczej krasie, które wywołują przygnębienie Ryszarda Legutki, w ujęciu Bogusława Wolniewicza są zapowiedzią zwycięstwa. To nie jest sprawa retoryki, lecz oczu. Spojrzenia, które widzi na horyzoncie – lub nie dostrzega – rysujący się zamgloną linią kres barbarzyńskiej nawałnicy.

Szczęście bycia wspólnotą

Istnieje rzeczywiście jakaś nadprzyrodzona tajemnica w więzi między osobami, jakie tworzą rodzinę. A naród jest właśnie czymś na jej kształt. Sformułowana u zarania dziejów rozgłośni Ojców Redemptorystów zasada jednoczenia się Polaków wokół Radia Maryja „jako rodzina” stała się tratwą ratunkową. Dzięki wysokiej kulturze i prawdziwie ewangelicznej, ojcowskiej postawie zakonników, duchowych synów św. Alfonsa Marii de Liguoriego – tego szermierza nad szermierze w zmaganiach z naporem libertynizmu swoich czasów – tworzą oni atmosferę ciepła, bliskości, bezpieczeństwa, niezawodnej pomocy w potrzebie, której rzesze Polaków łakną dziś bardziej może jeszcze niż chleba. I to właśnie oni, ze swoją modlitwą i gotowością do służby ludziom najbardziej skrzywdzonym przez poniewieranie Prawdy, nie pozwalają Polakom „żyć tak, jakby Bóg nie istniał”.
Małe miasteczka i wioski. Tak często przez nie przejeżdżam. Utrudzone, spracowane, wtulone w pokomunistyczne ruiny nieistniejących zakładów i wytwórni, które państwu „opłacało się sprzedać”, zapomniane przez Bardzo Ważne Osoby, które odwracają wzrok, spieszą do Bardzo Ważnych Spraw. Do samolotów, gabinetów, parlamentów. Pełna pogarda dla tych pozornie tylko małych, lecz arcyważnych, bo ludzkich spraw. Tu przez długie lata cała kultura sprowadzała się do sklepu z piwem i do remizy oraz dyskoteki. A tymczasem Polska prowincjonalna to właśnie Polska prawdziwa. Dziś się odradza. Ma coraz większe poczucie swojej godności – w ogromnym stopniu dzięki Radiu Maryja. Tu są korzenie polskości. „Dawno już zauważono, że Sarmaci nie mieli swojego Paryża – stolicy, skąd moda i poglądy promieniowałyby na prowincję. Wszystko bowiem, co najważniejsze dla polskiej kultury tamtej epoki – działo się właśnie na prowincji. Tak pisał w roku 1648 Łukasz Opaliński w łacińskiej „Obronie Polski” (przekład Kazimierza Tyszkowskiego): „Szlachta polska nie mieszka po miastach, to zostawia kupcom i rzemieślnikom. Każdy mieszka na wsi w posiadłościach ojcowskich, co jest wielką ochroną, jak zobaczymy, cnoty i poczciwości. Jakkolwiek siedzimy na wsi, życie nie mija nam w bezczynności, zajmujemy się sprawami Rzeczypospolitej lub pracami domowymi”” (Jacek Kowalski „Podług nieba i zwyczaju”, „Polonia Christiana”, nr 8/2009).
To tutaj do dziś drzemią niezgłębione pokłady ludzkiej życzliwości – z której tak łatwo wyzuły się wielkomiejskie tłumy, ale i zdrowego rozsądku, statecznej gospodarskiej mądrości. Kiedyś widok tych miejsc był smutny, bo wydawało się, że rządzi tam niepodzielnie klan prymitywnych wójtów, potomków azjatyckich kacyków ustanowionych przez partię. Dziś widać w nich promieniowanie ciepła i zaradności rodzin. Tak wiele z nich ogłasza tuż przy drogach, że tu słucha się Radia Maryja, że tu jest się jego rodziną. A to słowo w Polsce nigdy nie ma treści banalnej. Nawet brytyjski historyk Norman Davies zauważył, że Polacy w Europie wyróżniają się swymi niezmiernie ciekawymi historiami rodzinnymi. Niemal każda z nich to wielka epopeja wojenna i międzywojenna, pełna ucieczek, powrotów, cudownych ocaleń, odnajdywania się po latach, cichego bohaterstwa, uporu i nadziei. Pola i drogi usiane najpiękniejszymi w Europie kapliczkami są tego świadectwem. Mówią o tym, jak potrafiliśmy Panu Bogu dziękować za te cuda i prosić o nie. I ta historia naszej wdzięczności i wznoszenia błagalnych próśb ku niebu nie trwa od wczoraj czy od paru pokoleń. (Tak jak chcieliby nam wmówić wszyscy liczący na to, że naszą pamięcią ledwo jesteśmy w stanie musnąć ostatnie dziesięciolecia, sięgnąć do ostatniej wojny; a najlepiej byłoby, gdyby pamięć nasza zatrzymała się na Okrągłym Stole). Ona trwa od tysiąca lat.

Najtaniej w Rodzinie

Prowincją w stosunku do takiej Warszawy czy Krakowa jest również Toruń. Ale zaskakujące i nowoczesne pomysły pochodzą właśnie stąd. Ostatni pomysł to niespodzianka dla wszystkich zainteresowanych utrzymaniem pozorów wolnego rynku w naszym kraju. Pokazuje on mianowicie, że w Polsce nie było prawdziwie wolnego rynku w dziedzinie telefonii komórkowej. Nie działały mechanizmy rynkowe, tylko koteryjne. Telefonia komórkowa jest u nas bowiem jedną z najdroższych na świecie. Tak się robi biznesy w Polsce. Eliminuje się konkurencję. (A jednocześnie firmy te bezczelnie reklamują swoje produkty w kontekście życia rodzinnego i religijnego – „Pierwsza Komunia – pierwsza komórka”). Namawiają też księży proboszczów do stawiania masztów na wieżach kościołów, co jest lekceważeniem ich wyjątkowego charakteru – traktuje się świątynię w sposób „użytkowy” – niszczeniem architektury, krajobrazu, i co stwarza zagrożenie dla zdrowia ludzi). A tymczasem telefonia komórkowa może być tania i w ten sposób bardziej dostępna dla rodzin, służyć im. Ojciec Tadeusz Rydzyk stworzył istotną konkurencję dla potentatów w tej dziedzinie. Ktoś się odważył. W ten sposób człowiek, któremu od lat zarzuca się, że „jest socjalistą” i „miłośnikiem socjalizmu”, dba w Polsce o rozwój normalnego kapitalizmu. Pokazuje, że można tu iść własną, niezależną drogą. Że wolny rynek może być uczciwy, a zyski godziwe. Wystarczyło przyjąć do wiadomości, że telefon komórkowy może być tani, jeżeli nie będzie się ludzi wikłało w sieć fantomów nowoczesności, wykorzystując ich naiwność, albo idiotyczną pogoń – niedużej zresztą części klientów, głównie nuworyszów – za nowinkami (wciąż pojawiające się telefony „nowej generacji” z tysiącem funkcji, których żaden normalny człowiek nie ma czasu nawet wypróbować). Poprzez oferowanie telefonów z różnymi dziwacznymi usługami uzależnia się ludzi, zwłaszcza młodych, od mediów, które one niosą. Ukrytym celem zaś tej operacji marketingowej jest prolongata umów. Relatywnie niską cenę tych telefonów rekompensuje się poprzez systematyczne zwiększanie kosztów usług.
Cóż, kłopoty to moja specjalność, mógłby powiedzieć dyrektor toruńskiej rozgłośni. I znajdywanie takich rozwiązań, by kłopoty – oraz prawdziwe ciernie, których nie uniknie się w działalności biznesowej – przekuć na sukcesy gospodarcze. Być może kolejny wydział na toruńskiej uczelni będzie kształcić wszystkich pragnących pracować w dobrze prosperujących rodzinnych biznesach. A dziedzina ta jest mocno pilnowana – nawet nie słychać o dalszym rozwoju myśli jednego z laureatów Nagrody Nobla w zakresie ekonomii – kilkanaście lat temu uznanego za geniusza – który stworzył pojęcie kapitału rodzinnego i zapoczątkował badania nad nim.
Niewątpliwie rodzina jest przyszłością i przyszłość jest w rodzinie. Rodzina Radia Maryja jest tą rodziną, której powiększanie się idzie w parze z coraz lepszym samopoczuciem jej członków (jak dzieje się w każdej dobrej rodzinie). Obrócić w żart zniewagę potrafią tylko ludzie o dużym poczuciu własnej wartości i najwyższej kulturze osobistej. A to właśnie te dwie wartości tak bardzo chciano nam odebrać, byśmy przestali przypominać naród. Pozornie drobny zabieg zamiany „beretów” na „bereciki” i wykorzystanie czyjegoś grubiaństwa dla stworzenia wzruszającego i zabawnego zarazem symbolu to przejaw zdrowej reakcji, typowo polskiego bycia p o n a d trywialnością i prostactwem – bo tym jest próba żartowania ze starszych ludzi. To znak witalności i siły. Skoro potrafimy się śmiać z impertynencji, jakie nas spotykają, zniewagi zaś zamieniamy w splendor – to znaczy, że Naród Polski bez wątpienia istnieje.
Ten sam, który pośród ruin Warszawy układał kiedyś „zakazane piosenki” i jadowite dowcipy o Radiu Erewań. Ten, z którym nie wygrał zakon krzyżacki i który – upokorzony w Jałcie i przy Okrągłym Stole – wierzgnął dziś raz jeszcze, wybierając w sposób wolny „katolicki głos w Twoim domu” (zamiast 24 godzin prania mózgów).
I w ten sposób zrzuca właśnie pęta nałożone przez najbardziej „jedwabny” z ustrojów, jaki wymyślono przeciwko człowiekowi – pogański liberalizm.


Ewa Polak-Pałkiewicz
drukuj