PO nie może lekceważyć wschodniej Polski
Z posłem Stanisławem Ożogiem (PiS) z sejmowej Komisji Samorządu
Terytorialnego i Polityki Regionalnej rozmawia Mariusz Kamieniecki
Wyniki wyborów pokazują, że wieści o "śmierci PiS" były mocno przesadzone…
– Tak, i to mocno przesadzone. Nieduża różnica pomiędzy PO i PiS wskazuje na
potężne problemy ugrupowania Donalda Tuska. Te problemy będą tylko narastać, bo
nie da się faktami medialnymi przykryć polskiej rzeczywistości i opłakanych
skutków nieudolnych rządów Platformy. Kolejnym, bardzo ważnym sygnałem, który
powinien w sposób właściwy zostać odczytany przez większość parlamentarną oraz
rząd PO – PSL, jest to, że w żadnych okolicznościach nie wolno lekceważyć dużej
liczby mieszkańców Polski na wschód od Wisły i zapominać o ich problemach. To
jest żółta kartka dla polityki rządu koalicyjnego. Dalsze działania na szkodę
obywateli będą skutkować wykluczeniem. Należy w sposób zdecydowany powiedzieć
"nie" koncepcji polityki rozwoju gospodarczego kraju w oparciu o tzw. lokomotywy
rozwoju. Mieszkańcy Polski Wschodniej w wyborach dali temu wyraz, mówiąc "nie".
Trzeba jednak zadać pytanie koalicyjnemu wobec rządu PSL-owi, czy to ugrupowanie
jest za zrównoważonym rozwojem kraju, czy jest za rozwojem polskiej wsi, małych
miasteczek, miast powiatowych, czy też, trwając w koalicji z PO, jest za inną
koncepcją. Przyszedł najwyższy czas, aby w sposób jednoznaczny PSL odpowiedziało
na to pytanie Polakom.
Odejście z partii środowiska związanego z Joanną Kluzik-Rostkowską nie
zaszkodziło PiS?
– To, co obserwowaliśmy w ostatnich tygodniach, było moim zdaniem zaplanowane, a
poszczególne role rozpisane w scenariuszu. Skutkiem tego było rozchwianie i
upust emocji na scenie politycznej, zresztą umiejętnie podsycany przez niektóre
media. Osobiście doświadczyłem tego na spotkaniach z wyborcami, gdzie ludzie
także o to pytali. Na kilka dni przed wyborami na Podkarpaciu czy w woj.
lubelskim emocje ucichły, a ludzie zrozumieli, na czym ta gra polegała. Tym
samym nie miało to wpływu na wynik wyborczy. Myślę, że w innych regionach kraju
mogło to mieć wpływ na poziomie 3-5 procent.
Podkarpacie określane mianem bastionu PiS wciąż takim pozostaje, ale są
miasta jak Rzeszów czy Krosno, które dla Pana formacji wciąż są nie do zdobycia.
Co o tym decyduje?
– W Rzeszowie mimo przegranej wynik kandydata PiS Jerzego Cyprysia jest
doskonały (prawie 35 proc.), zważywszy na krótką kampanię wyborczą. Natomiast
kompromitująco niski wynik kandydata PO Andrzeja Deca (7,59 proc.) spowodował,
że przy tej krótkiej kampanii dotychczasowy prezydent Tadeusz Ferenc, wywodzący
się z lewicy i popierany przez nią, na nieszczęście dla Rzeszowa będzie
sprawował ten urząd następną kadencję. Popełniliśmy błąd, zbyt późno
przystępując do kampanii wyborczej na prezydenta Rzeszowa. Natomiast wyniki do
rady miasta ugrupowania "Rozwój Rzeszowa" prezydenta Ferenca (32,59 proc.) nie
odzwierciedlają rezultatu tego kandydata. Tymczasem wynik w Krośnie, gdzie
dotychczasowy prezydent uzyskał ok. 80 proc. głosów, dowodzi, że nasze
ugrupowanie powinno wypromować dobrego kandydata, który w kolejnych wyborach
pokusi się o wygraną w tym mieście i jest to do zrobienia.
Wstępne wyniki do sejmiku pokazują, że PiS wciąż wiedzie prym na Podkarpaciu,
ale Platforma powoli odrabia straty…
– Jestem przekonany, że rządy PiS nadal będą skutecznie działać na rzecz rozwoju
Podkarpacia. Natomiast czy rzeczywiście PO odrabia straty? Jeżeli już, to jakim
kosztem się to odbywa? Przypomnę desant na ostatniej prostej kampanii, gdzie na
Podkarpacie ściągnęli: premier Tusk, prezydent Komorowski, a nawet
przewodniczący Parlamentu Europejskiego Jerzy Buzek. Ile ci ludzie musieli się
nagimnastykować, nakombinować, naobiecywać, by omamić wyborców…
Dziękuję za rozmowę.
