Pistoletem i piórem
Sergiusz Piasecki – pisarz, który pokochał Wilno i Wileńszczyznę.
Lato 1937 roku było dla Sergiusza Piaseckiego chyba jednym z szczęśliwszych w
jego życiu. Właśnie wtedy wyszedł na wolność z ciężkiego więzienia na Świętym
Krzyżu w Górach Świętokrzyskich. Miał za sobą jedenaście lat odsiadki, która
według zasądzonego wyroku miała skończyć się 30 września 1941 roku.
Najprawdopodobniej, w surowych warunkach na Świętym Krzyżu, Piasecki nie
przeżyłby, ze względu na gruźlicę.
Można powiedzieć, że zawdzięczał wolność Melchiorowi Wańkowiczowi, któremu
wysłał rękopis swojej powieści "Kochanek Wielkiej Niedźwiedzicy". Wańkowicz,
jako reporter i kierownik literacki warszawskiego wydawnictwa "Rój", odwiedził
Piaseckiego na Świętym Krzyżu w lutym 1937 roku. Panowie podpisali umowę na
wydanie książki, Wańkowicz obiecał, że będzie się starał o przedterminowe
zwolnienie Piaseckiego z więzienia.
Już po powrocie do Warszawy Wańkowicz otrzymał list, w którym autor
"Kochanka…" pisał m.in.: "Dziękuję, bardzo dziękuję za wieczne pióro. Cieszę
się niem jak dziecko. Doprawdy… Wieczorem myślę, że jak wstanę, to będę niem
pisał… i bardzo podejrzliwie patrzę na każdego, kto na nie spogląda. Więcej
mnie cieszy, niźli kiedyś broń…".
Komedia edukacji
Sergiusz Piasecki używał dwóch dat swoich urodzin: 1 czerwca 1899 roku i 1
kwietnia 1901 roku. Bardziej prawdopodobna jest ta druga data. Pewne jest to, że
przyszedł na świat w Lachowiczach, w powiecie Baranowicze, w województwie
nowogródzkim (obecna Białoruś).
Był nieślubnym dzieckiem urzędnika pocztowego Michała Piaseckiego i białoruskiej
wieśniaczki Klaudii. Wychowywał go ojciec, o matce Sergiusz mógł powiedzieć
bardzo niewiele, ponieważ w ogóle jej nie znał.
Żył w kulturze rosyjskiej, uczył się w rosyjskich szkołach. Czytał nie tylko
Gogola i Czechowa, ale też rosyjskie przekłady Hugo, Scotta, Dumasa oraz
Sienkiewicza. Do dwudziestego roku życia nie znał języka polskiego. Jednak, gdy
w 1915 roku trafił do szkoły we Włodzimierzu nad Klaźmą, jego koledzy przezywali
go: "Lach" i "Polacziszka".
Właśnie w szkole pierwszy raz trafił za kraty. Miał 17 lat, gdy – jak pisał –
"komedia mej edukacji skończyła się tragedią". Swoje przestępstwo pisarz
określił jako "zbrojny zamach na inspektora gimnazjum i gospodarza klasy". Nie
na darmo poszła lektura "Hrabiego Monte Christo", ponieważ przyszły pisarz
uciekł z więzienia i jak sam wspominał po latach, rzucił się wtedy w "wir życia
awanturniczego i rewolucji".
Od wywiadowcy do bandyty
To chyba nie przypadek, że ci, którzy widzieli z bliska narodziny sowieckiego
komunizmu, gdy stali się już literatami, walczyli z bolszewizmem piórem przez
całe swoje życie. Wystarczy tylko wspomnieć Józefa Mackiewicza czy Ferdynanda
Goetla. Nie inaczej było z Sergiuszem Piaseckim, który przebywał jakiś czas w
Moskwie ogarniętej rewolucyjnym zamętem. Piasecki, zanim sięgnął po ołówek i
pióro, zwalczał komunizm pistoletem. Na pewno walczył w białoruskiej partyzantce
antykomunistycznej. Pod koniec swego życia myślał nawet o zbeletryzowaniu tego
etapu w swoim życiu. Niestety, nie zdążył.
Była jesień 1919 roku, gdy młody Piasecki zaciągnął się do oddziałów
białoruskich przy polskiej armii. Ukończył podchorążówkę w Warszawie i w tym
stopniu walczył podczas wojny polsko-bolszewickiej w 1920 roku.
Po zdemobilizowaniu w maju 1921 roku zamieszkał w Wilnie i pokochał to miasto,
choć jak sam przyznawał, żyło mu się w nim wtedy marnie. Bieda pchnęła
Piaseckiego na szlaki przemytnicze na granicy polsko-sowieckiej. Były partyzant
i żołnierz, który lepiej posługiwał się językiem rosyjskim niż polskim, był
wymarzonym pracownikiem dla polskiego wywiadu wojskowego, tzw. "Dwójki".
Jako wywiadowca ciągle uprawiał przemyt przez granicę, co dawało mu nie tylko
krociowe zarobki, ale również budowało "legendę", choćby w oczach sowieckich
pograniczników. Jeżeli zamykano go wtedy do więzień na terytorium Związku
Sowieckiego, to za działalność przemytniczą, a nie wywiadowczą. Choć
najprawdopodobniej był świetnym agentem, to z jakichś powodów został zwolniony
ze służby na początku 1926 roku. Być może poszło o awanturniczy charakter
Piaseckiego, a co za tym idzie, jakiś konflikt z przełożonymi.
Po powrocie do w cywila Piasecki znów nie miał z czego żyć. Wpadł nawet na
pomysł, by zaciągnąć się do francuskiej Legii Cudzoziemskiej czy pracować dla
wywiadu francuskiego. Nic z tego nie wyszło. Głód i nędza popchnęły go kolejny
raz na drogę przestępstwa. Tym razem pistolet nie służył do walki i obrony, ale
do sterroryzowania Bogu ducha winnych ludzi i kradzieży.
Najpierw 27 lipca 1926 roku obrabował kupców żydowskich jadących na targ. Z
łupem, na który składał się m.in. złoty zegarek oraz około jednego tysiąca
złotych, udał się do Nowogródka. Tam spotkał kolegę, z którym dokonał drugiego
napadu 22 sierpnia, tym razem, jak relacjonował "Dziennik Wileński", "na
wagonetkę konnej kolejki podjazdowej z miasteczka Wasiliszki do stacji
Skrzybowce".
Piasecki i jego kolega zostali zatrzymani pod koniec sierpnia. Podczas rozprawy
Piasecki wziął całą winę na siebie. Oskarżeni tłumaczyli, że do napadu skłoniła
ich niemożność jakiegokolwiek zatrudnienia po tym, jak znaleźli się w cywilu.
Wówczas przy niespokojnych wschodnich granicach Rzeczypospolitej sprawami
napadów, morderstw i sowieckich band dywersyjnych zajmowały się sądy doraźne,
które wydawały surowe wyroki. Nie inaczej było w przypadku Sergiusza Piaseckiego
i jego kolegi. W warunkach stanu wyjątkowego wyrok brzmiał: kara śmierci. Gdyby
do takiego napadu doszło w głębi Polski, Piasecki otrzymałby najwyżej wyrok od 3
do 5 lat pozbawienia wolności. Dzięki wstawiennictwu "Dwójki" zasądzona kara
została zamieniona przez sąd doraźny na 15 lat więzienia.
W całym swoim życiu Sergiusz Piasecki spędził w więzieniach 14 lat. Z
ostatniego, piętnastoletniego wyroku, odsiedział 11. "W tym okresie – ostatnim –
byłem dziesięciokrotnie przenoszony z więzienia do więzienia – odbyłem pięć lat
w celach pojedynczych, sześć lat we wspólnych. Przesiedziałem w karnej izolacji
prawie dwa lata. Jeden raz bez przerwy jedenaście miesięcy. Odbyłem wiele
tygodni karcerów w wielu więzieniach" – pisał po latach Piasecki.
Trzykrotne podziękowania
Piasecki zanim trafił na Święty Krzyż, miał już za sobą próby literackie, jednak
nigdy nie opuściły one murów więziennych. Dopiero powieść o przemytnikach na
pograniczu polsko-sowieckim trafiła do Melchiora Wańkowicza. Ten zachwycił się
piórem pisarza samouka i rozpoczął starania o przedwczesne zwolnienie
Piaseckiego z więzienia. Wańkowicza wsparli dziennikarze, literaci i publicyści
o różnych poglądach, m.in. Stanisław Cat-Mackiewicz czy Juliusz
Kaden-Bandrowski. Działało też wydawnictwo "Rój", w jego imieniu mecenas Adam
Pragier złożył do prezydenta Polski apelację, a sam Piasecki również słał
kolejne pisma o wcześniejsze zwolnienie. W końcu zapadła pozytywna decyzja.
Piasecki, autor świetnie przyjętego przez czytelników i recenzentów "Kochanka
Wielkiej Niedźwiedzicy", opuścił więzienie na Świętym Krzyżu 2 sierpnia 1937
roku.
Na wolności, przed bramą zakładu karnego, czekał na niego dziennikarz Eugeniusz
Żytomirski, przedstawiciel dwóch redakcji: "Expressu Porannego" i "Gazety
Polskiej", który po latach wspominał tamten dzień w londyńskich "Wiadomościach":
"Wyszedł wysoki, bardzo chudy mężczyzna i niepewnie się obejrzawszy, zaczął iść
w moim kierunku. W jednej ręce trzymał paczkę, drugą zaś przyciskał do piersi
plik papierów. Po tym go właśnie poznałem (…). Podbiegłem mu naprzeciw i
przedstawiłem się. Nic nie odpowiedział i nie od razu wiedział, co ma robić z
wyciągniętą ku sobie ręką". W końcu Piasecki przemówił: "Przepraszam. Jestem
trochę oszołomiony. Odzwyczaiłem się od… no, od normalnego życia. Musi mi pan
darować".
Nieco później pisarz zdradził dziennikarzowi, w jakich warunkach tworzył:
"Powieści moje pisałem w celi więziennej, w strasznych warunkach, gdyż w małej
salce siedziało razem kilkunastu więźniów, którzy nie zawsze chętnie użyczali mi
skrawka stołu".
Piasecki mógł pisać tylko w jednym zeszycie z ponumerowanymi kartkami, a po jego
zapełnieniu dostawał dopiero kolejny brulion.
Zanim wyruszył pociągiem z Kielc do Warszawy, nadał na poczcie telegram do
Melchiora Wańkowicza z tekstem: "Za zdjęcie z krzyża dziękuję, dziękuję,
dziękuję", a swoim kolegom z więzienia wysłał paczkę z prowiantem, machorką i
wędzonym boczkiem.
Na wolności
Wkrótce po dotarciu do Warszawy Piasecki odwiedził Wańkowicza. Pisarza
przywitała żona autora "Na tropach Smętka", której podarował dwa prezenty.
"Przyniosłem państwu Pismo Święte, które nie opuszczało mnie przez jedenaście
lat, i szalik zrobiony z wydzierganych z koszul więziennych nitek, który dla
mnie zrobili współwięźniowie".
W tych pierwszych dniach wolności, choć po raz pierwszy od jedenastu lat mógł
swobodnie oglądać swe ukochane gwiazdy, nie czuł się zbyt dobrze. Tak było
choćby wtedy, na obiedzie u państwa Wańkowiczów, gdy przeprosił za to, że nie
będzie jadł nożem i widelcem, tylko łyżką. Jednak wciąż krępowały go piękna
zastawa i atmosfera, do jakiej nie był przyzwyczajony. Aby rozładować nastrój
Wańkowicz postawił na stole butelkę wódki i kieliszki. To również krępowało
byłego przemytnika, który jeżeli pił dawno temu mocny alkohol, to wprost z
butelki. W końcu napiętą atmosferę złagodziły dzieci Wańkowiczów, które
zaproponowały, by Piasecki poszedł z nimi do zoo.
Przez dwa lata Piasecki pisał, zawierał nowe znajomości, choćby z Witkacym czy
Henrykiem Worcellem, podróżował i odpoczywał. Dziesięć lat temu, na łamach
dziennika "Rzeczpospolita", profesor Kazimierz Iwanowski opisał swoją
młodzieńczą znajomość z Piaseckim.
"Lato 1939 roku jak zwykle spędzałem w rodzinnym majątku Lebiodka, niedaleko
miasteczka Wasiliszki w ziemi lidzkiej. (…) W centrum Lebiodki stał wspaniały
dom, w którym gospodarzył mój ojciec i jego siostra Helena. Latem miewała ona
różnych gości. W lipcu 1939 roku pojawił się u niej Sergiusz Piasecki. Odnowiłem
naszą znajomość i poznałem pisarza bliżej. Opalaliśmy się na łące. Fascynował
mnie jego wielki brauning (model Hiszpan), z którym się nie rozstawał. Dziwiło
mnie trochę, że człowiekowi skazanemu kiedyś na karę śmierci dano pozwolenie na
broń, ale zachowałem te uwagi dla siebie".
Do wybuchu II wojny światowej ukazały się trzy powieści Piaseckiego: "Kochanek
Wielkiej Niedźwiedzicy" (1937, 1938), "Piąty etap" (1938) i "Bogom nocy równi"
(1939), wszystkie w Towarzystwie Wydawniczym "Rój". Były one również tłumaczone
na wiele języków. Maria Danilewicz-Zielińska w swoich "Szkicach o literaturze
emigracyjnej" wspomina, że krążyła wówczas pogłoska o tym, jakoby jury Nagrody
Nobla brało pod uwagę Sergiusza Piaseckiego.
Po latach ostatnie przedwojenne lato Piasecki opisał w nieco przemilczanej, a
świetnej powieści "Adam i Ewa", która była drukowana w "Dzienniku Polskim i
Dzienniku Żołnierza" w 1963 roku, a przypomniało ją w 1999 roku wydawnictwo LTW.
Książka "miała być ilustracją polskiej krzywdy i moralnym aktem oskarżenia
systemu przemocy (…). Na przykładzie losów zakochanej pary, na tle wizerunku
pięknego miasta Wilna i okolicy, autor zamierzał pokazać, jak system polityczny
zabija szczęście wartościowych jednostek" – napisał w przedmowie Ryszard Demel.
Sam Piasecki mówił o tej książce w jednym z wywiadów, że jest to historia nie
tylko jednej miłości, lecz dwóch: "Wzajemnej miłości Adama i Ewy, i miłości
autora powieści do Wilna i Wileńszczyzny, które nam wydarto. Ale były nasze i
będą nasze! Moje słowa potwierdzą i ludzie żywi, i nagrobki tych, którzy leżą na
cmentarzach wileńskich".
Po stronie honoru
Są trzy ważne książki o zajęciu Wilna przez Litwinów w 1939 roku i o pierwszej
sowieckiej okupacji Wileńszczyzny (1940-1941): "Prawda w oczy nie kole" oraz
"Droga donikąd" Józefa Mackiewicza i "Człowiek przemieniony w wilka" Sergiusza
Piaseckiego. Bez znajomości tych książek trudno zrozumieć, czym tak naprawdę był
komunizm, który jak rak toczył Polskę przez pół wieku (1939-1989).
Sergiusz Piasecki od lutego 1940 roku do lutego 1945 roku współpracował ze
Związkiem Walki Zbrojnej, a następnie z Armią Krajową, choć nigdy nie złożył
przysięgi, co tłumaczył w ten sposób: "Chciałem mieć zaufanie bez przysięgi i je
miałem".
Początkowo działał w tzw. legalizacji, odpowiadał za pozyskiwanie oryginalnych
dokumentów wytwarzanych przez okupantów, na ich podstawie wykonywano fałszywki.
Na początku 1943 roku otrzymał bardziej odpowiedzialne zadanie.
W całej okupowanej Polsce działały egzekutywy, których zadaniem było wykonywanie
wyroków śmierci, zatwierdzonych przez polskie sądy podziemne, nie inaczej było w
Wilnie, ale tam działalność egzekutywy była mizerna. Na polecenie Komendy
Piasecki zbadał przyczyny marazmu, a kilka miesięcy później objął kierownictwo
egzekutywy. Między innymi przygotował zamach na Czesława Ancerewicza, redaktora
gadzinówki "Gońca Codziennego". Wyrok wykonali Sergiusz Kościałkowski i Witold
Milwid w przedsionku kościoła św. Katarzyny. Wkrótce drogi Sergiusza Piaseckiego
i Józefa Mackiewicza przecięły się, choć z pewnością panowie znali się już przed
wojną, choćby z redakcji "Słowa", w której Józef pracował, a Sergiusz bywał.
W 1943 roku rozpętała się w Wilnie akcja przeciwko Józefowi Mackiewiczowi jako
zdrajcy kolaborującego z Niemcami. Sprawa była nakręcana przez komunizujących
przeciwników autora "Buntu rojstów". Zapadł wyrok skazujący Mackiewicza na
śmierć. Jednak swoje weto w tej sprawie postawiło kilku ważnych członków AK.
W tym czasie w ręce gestapo wpadł Zygmunt Andruszkiewicz, szef Biura Informacji
i Propagandy Okręgu Wileńskiego AK. Wszystkie ważne dokumenty trzymał on nie w
domu, ale w… miejscu pracy, czyli w litewskiej administracji upaństwowionych
kamienic. Piasecki, znający przecież fach złodziejski z lat młodzieńczych, w
niedzielę, 13 czerwca 1943 roku, wykradł archiwum Andruszkiewicza z jego biurka.
Wśród dokumentów znajdowały się m.in. odwołanie wyroku na Józefa Mackiewicza,
dokumenty dotyczące przyszłego autora "Kontry" oraz rzeczy przywiezione przez
niego z Katynia.
Okupację niemiecką Wileńszczyzny Sergiusz Piasecki opisał w powieści "Dla honoru
organizacji", a Józef Mackiewicz w książce "Nie trzeba głośno mówić". Właśnie w
tej powieści można znaleźć scenę, w której panowie spotykają się w ogrodzie
miejskim. My, czytelnicy, możemy się tylko domyślać, że do takiego spotkania
naprawdę doszło. Piasecki miał wtedy przywitać Mackiewicza słowami: "Można
powiedzieć, że uratowałem panu życie".
Już po wojnie, gdy Piasecki znalazł się we Włoszech, złożył oświadczenie, w
którym bronił Józefa Mackiewicza przed zarzucaną mu kolaboracją z Niemcami.
Zanim skończyła się wojna, Sergiusz Piasecki w 1942 roku przeszedł z prawosławia
na katolicyzm. Dwa lata później, w czerwcu 1944 roku, urodził się Władysław –
syn pisarza i Jadwigi Waszkiewicz. Gdy w Europie kończyła się wojna, Piasecki 8
maja 1945 roku opuścił ukochane Wilno i rodzinę. Niecały rok później, z końcem
kwietnia 1946 roku, pisarz wyjechał z kraju na Zachód, a swoją decyzję o
emigracji tłumaczył w następujący sposób: "Zmusiła mnie do ucieczki z Polski ta
okoliczność, że jako literat, który ceni swobodę słowa, nie mogłem w Polsce
wydrukować ani jednego własnego słowa. Zbiegłem do Europy, aby mieć możność
pracować tu literacko i w miarę sił przyczynić się do uwolnienia od okupantów
naszego nieszczęśliwego Kraju".
Zanim przekroczył granicę, napisał w nocy list otwarty do Karola Kuryluka,
redaktora tygodnika literackiego "Odrodzenie", któremu dał tytuł "Sto pytań pod
adresem obecnej Warszawy". W jakim tonie pisał? Za przykład niech wystarczą
tylko trzy pytania:
"Dlaczego partyzantka rosyjska za okupacji niemieckiej na Wileńszczyźnie paliła
polskie dwory i osiedla, rabowała i okrutnie mordowała Polaków? To się działo
nie samowolnie, ale taktycznie. Na to są dowody. Natomiast nie szkodziła załogom
niemieckim".
"Dlaczego powracający z Rosji Polacy, wywiezieni tam z Polski przez bolszewików,
przyjeżdżają w stanie zastraszającym? Bolszewicy dumnie oświadczają, że
pozwolili wywieźć z Rosji po sześć ton bagażu. Kpiny! Ci ludzie wracają owinięci
w gałgany, bez obuwia, chorzy i nędzni. Upiory, nie ludzie!".
"Dlaczego w lipcu 1945 r. w Toruniu na Stawkach wojskowi sowieccy zgwałcili
kobietę. Polkę, która miała amputowane obie nogi? Jaki zwierz, prócz bolszewika,
tego by dokonał?".
Piasecki nigdy nie doczekał się odpowiedzi na swój list, ale krążył on po kraju
odpisywany i powielany. Jego fragmenty publikowały pisma emigracyjne, zaś we
Włoszech ukazał się w całości jako broszura.
Na emigracji
Przez Włochy (II Korpus Polski) Piasecki trafił do Anglii. Tam ostatecznie (w
1955 roku) zamieszkał w miejscowości St. Leonards-on-Sea. Cały czas pisał, z
kraju zabrał ze sobą niekompletny "Żywot człowieka rozbrojonego", opowieść o
żołnierzu, który walczył w wojnie 1920 roku, a po zdemobilizowaniu, ze względu
na brak perspektyw i biedę stał się przestępcą. Książkę zaczął pisać jeszcze na
Świętym Krzyżu. Przywiózł ze sobą również pierwszy i rozpoczęty drugi tom
"trylogii złodziejskiej" ("Jabłuszko", "Spojrzę ja w okno…", "Nikt nie da nam
zbawienia"), której akcja rozgrywa się pod koniec drugiej dekady dwudziestego
wieku w Mińsku Litewskim.
Piasecki pisze na emigracji również "7 pigułek Lucyfera" o powojennej Polsce i
"Zapiski oficera Armii Czerwonej", obie w formie satyry politycznej.
"Zapiski…" jak chyba żadna inna książka ukazują rozdwojenie jaźni, jakie
dotyczyło obywateli Związku Sowieckiego. Bo przecież, zanim doszło do układu
Ribbentrop-Mołotow, Hitler był największym dla nich wrogiem, a od lata 1939 roku
stał się przyjacielem Stalina. Wszystko zmieniło się dwa lata później, gdy
Niemcy rozpoczęły wojnę ze Związkiem Sowieckim. Wtedy "faszystowska" Anglia
stała się nagle przyjacielem Kraju Rad. Jedynie Polacy zawsze byli wrogami
bolszewizmu.
Piasecki pisał nie tylko powieści. W pismach emigracyjnych można było przeczytać
jego opowiadania oraz teksty publicystyczne. Między innymi przestrzegał swych
rodaków na obczyźnie przed powrotem do totalitarnej Polski, przeciwstawiał się
oskarżeniom Polaków o antysemityzm, ale jego najbardziej znany tekst
publicystyczny to "Były poputczik Miłosz". Powstał on zaraz po tym, jak Czesław
Miłosz wybrał emigrację i zaprzestał swojej pracy dla dyplomacji Polski Ludowej.
Piasecki tak pisał w przedostatnim akapicie swego tekstu:
"Uważam, że Miłosz nadal jest niebezpieczny dla sprawy polskiej i sprawy wolnego
świata, walczącego z bolszewizmem. Może bardziej niebezpieczny teraz niźli na
poprzednim stanowisku dyplomaty régime’u warszawskiego. Jeśli wówczas szerzył
informacje o tym, że Polska ma obecnie ustrój demokratyczny i dąży ku
socjalizmowi, dawnej zaś była zacofana i półfeudalna – mogło to być uważane za
propagandę urzędową. Jeśli teraz będzie szerzył takie pojęcie o Polsce – będzie
to brzmiało jak prawda". Do sprawy Miłosza Piasecki wracał jeszcze dwukrotnie, w
dwóch listach do redakcji i w jednym artykule. W liście do redakcji "Dziennika
Polskiego i Dziennika Żołnierza" pisarz jeszcze raz tłumaczył swoje stanowisko:
"Ja protestowałem przeciw temu, że Miłosz obecny ustrój w Polsce nazywa
'demokracją ludową’ i 'drogą do socjalizmu’. Bo uważam, że obecny ustrój w
Polsce jest katownią dla narodu, morderstwem najlepszych dzieci Polski, ogólną
eksploatacją, tyranią i rusyfikacją. I nie drogą do socjalizmu, lecz drogą do
łagrów, więzień, powszechnego ubóstwa i niewolnictwa". Stanowisko Piaseckiego
nie było odosobnione, podobne zdanie o poecie mieli np. Mieczysław Grydzewski
czy Michał K. Pawlikowski.
Józef Mackiewicz w recenzji "Kochanka Wielkiej Niedźwiedzicy" napisał: "Piasecki
był naprawdę człowiekiem odważnym. Nie jest blagą, co pisze". Ten "odważny
człowiek" odszedł 12 września 1964 roku.
Sebastian Reńca,
pisarz, publicysta
Korzystałem m.in. z pracy K. Polechońskiego "Żywot człowieka uzbrojonego",
Warszawa – Wrocław 2000, oraz S. Piaseckiego "Autodenuncjacja", Warszawa 2002.
Autor opublikował w ubiegłym roku "Z cienia. Powieść o żołnierzach wyklętych"
(Wydawnictwo Fronda). Książka została nominowana do tegorocznej Nagrody
Literackiej im. Józefa Mackiewicza.
