Parulski: Mogli nas deportować

Ustne uzgodnienia dokonane ze stroną rosyjską tuż po katastrofie Tu-154M w
Smoleńsku nie dawały polskim śledczym pewności, że przed oficjalnym przyjęciem
wniosku o pomoc prawną zostaną dopuszczeni do czynności na terenie katastrofy.
Jak sugerował gen. Krzysztof Parulski, zastępca prokuratora generalnego, podczas
wysłuchania przed senacką Komisją Obrony Narodowej, "polscy śledczy jako
umundurowani oficerowie NATO mogli być deportowani w momencie postawienia stopy
na rosyjskim gruncie".

Tuż po przylocie polskich prokuratorów wojskowych do Smoleńska, w nocy z 10 na
11 kwietnia 2010 roku, odbyło się posiedzenie, w którym oprócz polskich
prokuratorów uczestniczyli po stronie polskiej funkcjonariusze Agencji
Bezpieczeństwa Wewnętrznego i szef Wydziału Dochodzeniowo-Śledczego Komendy
Głównej Żandarmerii. Spotkanie miało na celu określenie ram współpracy ze stroną
rosyjską. W tym czasie wprawdzie wniosek o pomoc prawną był już sformułowany,
jednak nie został jeszcze przesłany faksem stronie rosyjskiej. Tymczasem
działania strony polskiej miały być nim mocowane. – A więc wszystko, co
czyniliśmy, to były wstępne ustne uzgodnienia, które miały nam zapewnić niejako
możliwość jak najbardziej skutecznego działania w interesie Polski –
relacjonował gen. Krzysztof Parulski. Wśród tych ustnych uzgodnień znalazło się
zapewnienie Rosjan, że polscy oficerowie mają prawo do udziału w czynnościach na
miejscu katastrofy oraz to, że śledczy w ogóle mogą przebywać na terenie
Federacji Rosyjskiej. – Byliśmy przecież umundurowanymi oficerami NATO i
mogliśmy być po prostu deportowani w momencie postawienia stopy na rosyjskim
gruncie. A zostaliśmy przyjęci jako partnerzy do rozmów – mówił gen. Parulski.
Strony podczas spotkania pod przewodnictwem Aleksandra Bastrykina, pierwszego
zastępcy prokuratora generalnego, ustalili zakres działań i Rosjanie m.in.
zgodzili się na propozycję strony polskiej, by ze wszystkich zwłok pobierać
podwójne próbki do badań genetycznych (na potrzeby badań genetycznych w Polsce i
Rosji). Co ciekawe, Rosjanie już wówczas byli pewni, że katastrofa nie była
efektem działania osób trzecich. Jak jednak zapewnił gen. Parulski, dla polskich
śledczych ta sprawa wciąż nie jest zamknięta. – Ja żadnych porozumień z
Rosjanami, mówiących o tym, że wykluczamy kwestie zamachu, nie zawierałem (…)
polska prokuratura prowadzi niezależne śledztwo i już w pierwszych dniach
przekazywaliśmy, że jedną z wersji tego śledztwa jest kwestia zamachu. My tego
nie negowaliśmy – zaznaczył. Jak uznał, Rosjanie w swoich działaniach już w
pierwszych dniach przeprowadzili ekspertyzy, które miały potwierdzić albo
wykluczyć użycie odpowiednich materiałów wybuchowych na pokładzie samolotu
Tu-154M. Śladów takich materiałów na elementach wraku badania rosyjskie nie
wykazały.
W ocenie mec. Bartosza Kownackiego, pełnomocnika kilku rodzin ofiar katastrofy,
sam fakt, iż zezwolono polskim oficerom na wjazd na teren Federacji Rosyjskiej i
dopuszczono ich do prac na miejscu katastrofy, bazując tylko na ustnych
ustaleniach, pokazuje, że sprawnie działając w tej wyjątkowej sytuacji, można
było wiele uzyskać od strony rosyjskiej. Jak ocenił, wypowiedź gen. Parulskiego
przed senacką komisją była zbyt pochopna. Jeśli byłoby inaczej, to powstaje
pytanie o podejście polskich śledczych do wykonywanych w Smoleńsku czynności. –
Sytuacja była wyjątkowa i należało wypełniać swoje obowiązki jak najlepiej. Mogę
tylko wyrazić moją nadzieję, że prokuratorzy nie kierowali się obawą o
deportowanie czy zatrzymanie przez stronę rosyjską. Byłoby bardzo źle, gdyby tak
się działo. Taka sytuacja mogłaby ograniczać zakres podejmowanych przez nich
działań. Mam nadzieję, że żaden z prokuratorów na poważnie nie brał pod uwagę
takiej okoliczności – ocenił. Jak zaznaczył mec. Kownacki, zawsze najważniejsze
jest dobro śledztwa i nie można go ważyć np. z groźbą deportacji. – Lepiej jest
się narazić, liczyć się z deportacją, ale należy skrupulatnie wykonywać swoje
obowiązki. Zresztą nie sądzę, by Rosjanie posunęli się do takiego rozwiązania.
Mielibyśmy wówczas bardzo jasną ocenę ich intencji – dodał.

 

Marcin Austyn

drukuj