Obrona euro wbrew logice
Najważniejsi politycy europejscy, jak kanclerz Angela Merkel czy prezydent
Francji Nicolas Sarkozy, wciąż powtarzają, że będą bronić euro, gdyż ich zdaniem
wspólna unia walutowa jest fundamentem sukcesu gospodarczego i symbolem
politycznej jedności kontynentu. Stąd wysuwają kolejne pomysły, które mają
uratować tę walutę przed całkowitym upadkiem.
Ubiegłotygodniowe oświadczenie prezydenta Francji i niemieckiej kanclerz, którzy
zaproponowali m.in. utworzenie europejskiego rządu gospodarczego i konstytucyjne
ograniczenie zadłużenia, wpisuje się w scenariusz, który jest nam dobrze znany z
przeszłości – wystarczy w wyrażeniu: "Socjalizmu będziemy bronić aż do
ostatniego tchu", zamiast "socjalizmu" wpisać słowo "euro" i mamy w zasadzie
pełny obraz sytuacji. Euro musi upaść, pytanie tylko, jak długo politycy będą
podtrzymywać agonię tego kuriozalnego pomysłu politycznego przeniesionego na
życie gospodarcze, które rządzi się innymi prawami niż wola polityków i dekrety
Komisji Europejskiej.
Upadek euro już dziś zaoszczędziłby podatnikom krajów strefy euro, a być może
również i tym państwom Unii Europejskiej, które nie należą do strefy euro, góry
pieniędzy, które zostaną wpompowane w ratowanie czegoś, co jest i tak nie do
uratowania.
Projekt, który nie ma racji bytu
To, że projekt polityczny o nazwie "wspólna waluta" nie może się powieść z
przyczyn czysto ekonomicznych i matematycznych, nie było tajemnicą. Właściwie od
momentu powstania strefy euro wybitni ekonomiści przepowiadali mu klęskę.
Laureat Nagrody Nobla z ekonomii z 2002 roku prof. Vernon Smith z George Mason
Univeristy, który gościł kilka lat temu w Polsce, w jednym z wywiadów w
kontekście starań Polski do wejścia do strefy euro (zgodnie z zapowiedziami z
początku kadencji od 1 stycznia przyszłego roku mieliśmy zacząć płacić w euro,
pozbywając się złotego – na szczęście kolejna zapowiedź rządu Donalda Tuska
pozostała niezrealizowana) mówił, że "strefa euro to system, gdzie niestety
słabe kraje żyją na koszt tych rozwiniętych. Nie rozumiem, jak kraj, który chce
się rozwijać i jest w dobrej kondycji, mógłby chcieć dołączyć do strefy euro".
Inny laureat Nagrody Nobla, nieżyjący już prof. Milton Friedman, przed kilkoma
laty twierdził, że euro nie przetrwa do 2010 roku albo nie przeżyje pierwszego
poważniejszego kryzysu finansowo-gospodarczego. Zdaniem Friedmana, Europa
doskonale radziła sobie gospodarczo, gdy nie było wspólnej waluty, a jej
wprowadzenie spowoduje, że kraje słabiej rozwinięte nie będą w stanie sprostać
wymaganiom stawianym przez kraje silniejsze, co ostatecznie doprowadzi do napięć
politycznych, a co za tym idzie – do rozpadu strefy euro. Opinia prof. Friedmana
była o tyle prawdziwa, że uważał, że nikt z polityków, widząc nieuchronny upadek
tego projektu, nie zaryzykuje trwania przy nim wbrew logice. W przypadku
obecnych przywódców europejskich noblista – jak widać – jednak się mylił.
Jeden z najciekawszych i najpopularniejszych niemieckich ekonomistów, tamtejszy
guru inwestorów prof. Max Otte, pisze wprost, że euro czeka Armagedon. Otte nie
obwinia o kryzys europejskiej waluty przekrętów budżetowych Greków czy
nieudolności Portugalczyków. Według niego, kłopoty tych krajów to wierzchołek
góry lodowej, której fundament stanowią te same mechanizmy, które wysadziły w
powietrze finanse Ameryki. Nie chodzi tym razem oczywiście o kredyty, ale o
instrumenty finansowe, które tworzą instytucje giełdowe, finansiści i bankowcy,
a także miliarderzy zainteresowani przejmowaniem plajtujących podmiotów.
Wreszcie laureat Nagrody Nobla z ubiegłego roku prof. Christopher Pissarides
niedawno stwierdził, że o ile Unia Europejska była jeszcze w stanie uratować
przed bankructwem Grecję (choć twierdził, że zarówno dla Greków, jak i dla Unii
zdecydowanie korzystniejszym i tańszym rozwiązaniem było dopuścić Grecję do
bankructwa i pozwolić jej na wyjście ze strefy euro), czy będzie w niedalekiej
przyszłości w stanie uratować Portugalię, o tyle nie ma najmniejszych szans, aby
pomóc takim państwom jak Hiszpania czy Włochy, które w razie problemów
potrzebowałyby gigantycznych sum pieniędzy.
PIIGS a Polska
PIIGS – od ang. świnie – to grupa państw, które są zagrożone bankructwem ze
względu na wysokość zadłużenia oraz ogólną kondycję finansową. Do tej grupy
zalicza się: Portugalię (Portugal), Irlandię (Ireland), Włochy (Italy), Grecję
(Greece) i Hiszpanię (Spain).
Grecja, która stanowi zaledwie 3 proc. PKB całej Unii, otrzymała pomoc o
wartości 300 mld euro. Jej dług publiczny przekroczył 100 proc. PKB, deficyt
budżetowy od wielu lat wynosił grubo ponad normy określone dla państw strefy
euro (np. maksymalnie 3-procentowy deficyt), w 2009 roku deficyt wynosił już 15
procent. W 2010 roku Grecji było ciężko sprzedać obligacje, mimo że były
oprocentowane na 8 proc. (dla przykładu, w tym samym czasie obligacje niemieckie
były oprocentowane na 3 proc.). To zresztą pokazuje, że niedawne deklaracje
premiera Tuska, że nie ma co obawiać się scenariusza greckiego w Polsce, gdyż
nie mamy kłopotu ze sprzedażą obligacji, to jest o tyle niefortunny argument, że
Hiszpanie czy Włosi do dziś nie mają kłopotów ze sprzedażą obligacji, podobnie
jak Grecy (tyle że na wysoki procent), co jasno udowadnia, że sprzedaż lub nie
obligacji nie jest wyznacznikiem zaufania do gospodarki i finansów Polski. Dla
porównania: dług publiczny Grecji wynosi 300 mld euro, dług publiczny Polski,
zaokrąglając, niemal 900 mld złotych, czyli 225 mld euro – przy kursie euro
równym 4 zł, więc mówienie, że nie grozi nam scenariusz grecki, jest kompletnie
pustym sloganem, niemającym pokrycia w liczbach. Deficyt budżetowy w 2010 roku
był najwyższy w ostatnich 20 latach i większy od dotychczas największego z 2004
roku aż o 22 proc., a wszystko zapowiada, że tegoroczna dziura będzie jeszcze
większa… Jeśli liczby nie kłamią, a nie kłamią, to co robią premier i minister
finansów, którzy uspokajają, że wszystko jest pod kontrolą?
Irlandia i Portugalia otrzymały dotąd po mniej więcej 85 mld euro pomocy, ale
nie są to na tyle duże gospodarki, aby Niemcy z Francją nie były w stanie ich
uratować. Problem będzie z pozostałymi państwami grupy PIIGS, czyli Włochami i
Hiszpanią – odpowiednio czwartą i piątą gospodarką unijną. Dług publiczny
Hiszpanii sięga już niemal 600 mld euro (60 proc. PKB), a deficyt budżetowy jest
na poziomie niemal 10 procent.
Włoskie zadłużenie wynosi 120 proc. PKB, ale struktura tego długu jest inna niż
w przypadku pozostałych państw tej strefy, bo ok. 90 proc. długu w postaci bonów
i obligacji zostało wykupione przez samych Włochów lub włoskie banki. Nie
zmienia to jednak faktu, że w pewnym momencie ten dług musi eksplodować, tym
bardziej że nie ma tam żadnej dyscypliny finansowej, a duża część PKB wytwarzana
jest w szarej strefie.
Lekarstwa gorsze od choroby
Po ubiegłotygodniowym spotkaniu Sarkozy i Merkel napisali, że Francja i Niemcy
jeszcze raz proponują zmianę zarządzania strefą euro w ramach istniejących
traktatów. O jakie propozycje chodzi? Jednym z nich jest pomysł powołania
specjalnego rządu gospodarczego dla państw strefy euro, który oprócz tego, że
wygeneruje koszty utrzymania kolejnego ciała biurokratycznego, nie będzie miał
się czym zajmować i tym bardziej nie będzie miał żadnego znaczenia ekonomicznego
ani politycznego, gdyż o wszystkim i tak będą decydować politycy z rządów
poszczególnych państw.
Jednak o wiele groźniejsze są pozostałe pomysły. Pierwszy to obłożenie dochodów
banków specjalnym podatkiem, z którego miałby powstać fundusz pomocowy na
wypadek sytuacji kryzysowych. W samych Niemczech tamtejszy minister finansów
Wolfgang Schäuble zakłada pozyskanie w ten sposób 1,2 mld euro. Kto zapłaci za
ten podatek w rzeczywistości? Niemieccy podatnicy, bo nie należy mieć
wątpliwości, że banki ewentualnego podatku nie wezmą na siebie, tylko obciążą
nim swoich klientów.
Kolejny pomysł to konstytucyjne ograniczenie zadłużenia. Pomysł całkiem słuszny,
ale w realnym życiu pozostanie tylko zapisem na papierze. Przecież wszystkie
państwa strefy euro, wstępując doń, musiały spełnić kryteria konwergencji
(inflacja i deficyt budżetowy poniżej 3 proc.), które były notorycznie łamane
przez niemal wszystkie państwa strefy euro. Skoro te kryteria i zasady nie są
przestrzegane, dlaczego nowe nagle miałyby być już przestrzegane?
Pomysł euroobligacji został na razie porzucony, ale niewykluczone, że wkrótce
powróci. Ewentualne przeforsowanie tego pomysłu nie może być lekiem na obecną
chorobę. Przecież to właśnie m.in. nadmierne zadłużenie poszczególnych państw
spowodowało dzisiejszą sytuację. Zadłużanie całej strefy euro to pomysł podobny
do tych, które proponują leczenie choroby środkami wywołującymi ją.
Wreszcie ostatni punkt, o którym mówili Merkel i Sarkozy, czyli "większa
integracja ekonomiczna w strefie euro". Nie do końca wiadomo, co mieli na myśli,
ale można przypuszczać, że jednym z pierwszych posunięć będzie to, o czym mówi
się już od dawna przy okazji kolejnych kryzysów, czyli o ewentualnej
harmonizacji podatkowej państw strefy euro, która niestety zamiast być pomocą,
będzie gwoździem do trumny projektu euro.
Nic dziwnego, że reakcje na propozycje kanclerz Niemiec i prezydenta Francji
były natychmiastowe. Simeon Dankow, minister finansów Bułgarii, która aspirowała
do wejścia do strefy euro, stwierdził, że "nie zgadza się na przystąpienie do
strefy euro w jej obecnym stanie i bezterminowo, do czasu wyjaśnienia się
sytuacji gospodarczej strefy euro Bułgaria rezygnuje z chęci wejścia". Podobnie
zareagował rząd Czech, jeden z jego ministrów powiedział, że "systemy podatkowe
poszczególnych krajów członkowskich powinny pozostać elementem konkurencji
gospodarczej". Nawet minister spraw zagranicznych Włoch Franco Frattini
powiedział, że na tak daleko idącą integrację jest w tej chwili za wcześnie.
Upadek nieuchronny
Strefa euro musi upaść, bo nie ma uzasadnienia ani ekonomicznego, ani
logicznego. Kiedy to się stanie, w tej chwili trudno wyrokować, gdyż nie sposób
przewidzieć, jak długo politycy będą chcieli podtrzymywać ten polityczny projekt
przy życiu. Ponieważ wszystko wskazuje na to, że mamy do czynienia z kolejnym
spowolnieniem gospodarczym, pieniędzy na ratowanie euro będzie coraz mniej.
Kiedy jednak przywódcy powiedzą stop, nie sposób przewidzieć. Dla Polski nie ma
wielkiej różnicy, czy strefa euro upadnie za rok, czy za pięć lat, bo sami
jesteśmy na prostej drodze do zostania kolejną Grecją. Jest jeszcze szansa, aby
z tej drogi zawrócić, ale czy to jest możliwe, pokaże najbliższy czas.
Paweł Toboła-Pertkiewicz
