Niech Skrzypczak przekona Lamlę

Z gen. dyw. dr. Romanem Polką, byłym dowódcą jednostki specjalnej GROM,
rozmawia Piotr Czartoryski-Sziler

Minister obrony Tomasz Siemoniak powiedział, że samoloty dla VIP-ów nie
wyznaczają prestiżu Polski.

– Owszem, to oznacza prestiż, jak zresztą wiele innych rzeczy, np. posiadanie
armii. Po to się organizuje różnego rodzaju defilady, parady, w których bierze
się udział, że stanowią one o zewnętrznej oznace tego prestiżu. Rządowa flota to
sygnał dla naszych partnerów, że nie jesteśmy jakimś malutkim państwem, którego
na nic nie stać, ale krajem, który przede wszystkim ma szacunek dla swoich władz
państwowych. Państwem, które zapewnia godne środki transportu dla własnego
prezydenta i premiera, by we właściwy sposób mogli nas reprezentować. Jako
obywatel Rzeczypospolitej będę źle się czuł, gdy prezydent mojego kraju poleci
do Stanów Zjednoczonych liniami Delta czy Lufthansą.

Tomasz Siemoniak twierdzi jednak, że wizyt prezydenta i premiera w USA jest
mało, a dyskusja powinna toczyć się w oparciu o argumenty bardzo praktyczne,
tzn. co ile kosztuje i czego nam tak naprawdę potrzeba.

– To jest jakieś kolejne kuriozalne tłumaczenie, bo kontakty transatlantyckie są
dla nas bardzo ważne ze względu na nasze bezpieczeństwo. Stany Zjednoczone są
ważnym partnerem NATO, sojusznikiem, który dysponuje potężną siłą. Kraj ten
wspierał nas w obaleniu systemu komunistycznego, a później nasze ambicje, gdy
wstępowaliśmy do NATO. Z pewnością trzeba dążyć do tego, żeby tych wizyt było
jak najwięcej, by poza prestiżem wypełniać pewne standardy dyplomatyczne. Tak
jest, gdy prezydent takiego kraju jak Polska, który ma duże ambicje, przylatuje
do USA własnym, wojskowym środkiem transportu, pilotowanym przez zaufanego
pilota. Samolotem, który posiada takie systemy i środki łączności, które
zapewniają w trakcie lotu tajną korespondencję. To powoduje, że prezydent cały
czas jest osiągalny i może prowadzić pracę, nie bojąc się o to, że ktoś będzie
nasłuchiwał czy nagrywał te rozmowy.

Minister sprawia jednak wrażenie, jakby nie miało to dla niego większego
znaczenia.

– Odpowiem bardzo brutalnie: prestiżu osoby urzędującej na stanowisku ministra
obrony narodowej nie wyznacza zdolność do rozwiązywania specpułku i zwalniania
generałów. Naprawdę nie trzeba wiele wysiłku, żeby rozwiązać 36. SPLT. Ważna zaś
jest zdolność do budowania. Pan minister mógłby zatroszczyć się o to, żeby w
Polsce zbudować flotę. Tu przecież chodzi o bezpieczeństwo najważniejszych osób
w państwie, by nie latały one tanimi liniami lotniczymi czy jeszcze w jakiś inny
dziwny sposób. Te osoby muszą poza tym być mobilne, wtedy kiedy ważą się gdzieś
za granicą interesy światowe, a Polska ma ambicję, żeby być aktywnym graczem na
arenie międzynarodowej. Problemem nie może być to, w jaki sposób dotrzemy na
takie spotkanie, by przekazać swoje stanowisko. Jeżeli w dzisiejszym świecie nie
będziemy mieć własnej floty, to nie będziemy poważnie traktowani przez
partnerów. Powiemy im – gdy będą chcieli w jakimś krótkim czasie się spotkać –
że nie mamy środków transportowych?

Ale minister zapewnia, że najważniejsze osoby w państwie są zadowolone z
umowy z LOT.

– Trudno te słowa nawet komentować. Co to znaczy, że są zadowolone? Minister w
zasadzie bazuje na tym, że żaden z VIP-ów nie wychyli się poza oficjalną linię
swojej partii. A tu nie chodzi o partię ani o to, że ktoś jest zadowolony czy
nie, bo to ma drugorzędne znaczenie. Tu chodzi o wspomniany prestiż. Załóżmy, że
prezydent np. chciałby zrezygnować z ochrony, wynająłby sobie agencję ochrony
zamiast BOR i powiedziałby, że jest bardziej zadowolony. Ja jednak nie chcę,
żeby prezydenta chroniła agencja Zubrzycki czy inna. Chcę, żeby go chroniły
nasze służby, pewne i sprawdzone. Naprawdę nie chodzi tu o zadowolenie, bo nie
rozmawiamy o gadżetach. Mowa tu o ważnych sprawach państwowych, jak
dyspozycyjność, mobilność, zapewnienie godnej oprawy VIP-om podczas spotkań
dyplomatycznych. A przede wszystkim chodzi o bezpieczeństwo.

GROM leciał do Iraku samolotem prezydenckim?
– Tak, i przez to, że to był samolot prezydencki, udało się zachować tajność
tego lotu, bo nikt specjalnie nie próbował wnikać, kto nim leci, dokąd i gdzie
miał międzylądowanie. Wtedy kiedy przychodziło niejednokrotnie udzielać pomocy
humanitarnej na Haiti czy polskim obywatelom w ewakuacji, ta flota była
niezbędna. Tu naprawdę nie chodzi o jakieś zbędne luksusy, tylko o to, co
powinno po prostu być i funkcjonować.

Wybrano jednak wariant czarteru…
– Idźmy dalej tym tropem i wyczarterujmy całe państwo, wybierzmy najtańszą
agencję ochrony i zlikwidujmy BOR, i tak Janicki za nic de facto nie odpowiada.
Po co nam BOR, które w tej chwili nie wiem, za co odpowiada. Za ochronę
parasolek przed uderzeniem jajka? Z pewnością byłaby wówczas taka dyrektywa, by
ministrowie mówili, że są zadowoleni, a minister Siemoniak i minister spraw
wewnętrznych i administracji zapewnialiby wszystkich, że to wystarczy. To jest
niepoważne, aż trudno to komentować. Powinno się koniecznie kupić nową flotę.
To, co się dzieje, to spychanie znów w jakąś odległą przyszłość tematu, który i
tak musi zostać podjęty i rozwiązany, bo tak nie da się funkcjonować. Skoro
minister Siemoniak uważa jednak, że można, to niech rząd jeździ taksówkami, bo
to mniej więcej do tego można porównać.

Tupolew powinien być sprzedany, jak chce MON?
– Decyzję o sprzedaniu przecież początkowo głosił minister Klich. Nie wiem,
dlaczego się z tej decyzji wycofał. W tej chwili rzeczywiście poszliśmy w
koszty. Najpierw mieliśmy go sprzedać, później okazało się, że zapadła decyzja,
aby go zostawić, a teraz znów nie wiem, w którym kierunku to zmierza. Trzeba
jednak zadać pytanie, kto poniesie konsekwencje za koszty, które zostały wydane
na tupolewa. Kogoś należy rozliczyć, jak sądzę ministra Klicha albo ministra
Siemoniaka.

Szef MON mówi o zmianach w systemie dowodzenia – że będzie stawiał na
konsolidację, łączenie wielu dowództw w jedno. Jak Pan to ocenia w kontekście
odejść z armii ważnych generałów, jak gen. Pawła Lamly, szefa Szkolenia Wojsk
Lądowych?

– Ich odejścia to dla armii duża szkoda. Znam Pawła Lamlę, to odważny i
doświadczony oficer. Problem w tym, że odchodzą najbardziej ambitni, ci, którzy
nie chcą "stukać obcasami" i mówić "tak jest" wtedy, kiedy nie dzieje się
dobrze. To ludzie, którym w armii o coś chodzi. Przy katastrofie smoleńskiej
mieliśmy pretensje do generałów, że "stukali obcasami". Naprawdę trzeba wracać
do tych generałów, którzy mówią prawdę, jak jest i co trzeba zmienić. W wojsku
nie można robić rewolucji, bo ono nie lubi rewolucji. Jeżeli zmieniamy system
dowodzenia, to musi to być wypracowane w spokojny, czytelny sposób, nie można
tego robić na jakiś użytek PR-owski. Poza tym mamy w tej chwili w armii dużo
więcej problemów, a trzeba sobie jasno powiedzieć, że od mieszania herbaty łyżką
ona nie stanie się słodsza.

Ma Pan na myśli budżet?
– Owszem. W armii bez budżetu i odważnych decyzji, jak likwidacja niektórych
zbędnych garnizonów, nic się nie zrealizuje. Trzeba byłoby zlikwidować chociażby
taki zbędny twór jak Korpus Powietrzno-Zmechanizowany, który niczym nie dowodzi,
tylko batalionem dowodzenia i służy do zabezpieczenia uroczystości
patriotycznych. Mamy w tej chwili w armii doświadczonych oficerów, którzy
przeszli misję w Iraku i Afganistanie, to jest naprawdę duży potencjał, warto go
zagospodarować. Szkoda, że z armii odchodzą kolejni generałowie, jak to dziś ma
miejsce, którzy chcieliby jeszcze służyć i robić coś dobrego dla armii. Generał
Lamla długo pracował z gen. Skrzypczakiem, który jest teraz doradcą ministra
Siemoniaka. Mam nadzieję, że Skrzypczak porozmawia z Lamlą, by nie odchodził z
wojska. Z pewnością ich decyzje o odejściu są reakcją na rządy Siemoniaka. Było
to łatwe do przewidzenia, bo to nie jest silny minister i rzeczywiście w tej
chwili zajmuje się bardziej destrukcją niż budowaniem, a to do niczego nie
prowadzi. Chciałbym, żeby minister Siemoniak pokazał, co zrobił dla armii, a nie
co znów rozwiązał i kogo zwolnił.

Prezydent zapowiedział "korektę liczebności" kontyngentu w Afganistanie. Jaka
powinna być jego przyszłość?

– Z wojskowego punktu widzenia rezygnacja z misji ONZ-owskich to bardzo poważny
błąd. To misje ONZ-owskie przygotowały mnie do tego, że mogłem dowodzić
skutecznie w Kosowie po wstąpieniu do NATO i dobrze przygotować później GROM do
misji w Iraku i Afganistanie. To są misje, za które otrzymujemy zwrot pieniędzy,
które budują nasz prestiż na arenie międzynarodowej. Te umiejętności, których
żołnierze uczą się na poligonie, są sprawdzane na takich misjach, armia musi
wyjść w pole, bo inaczej będzie postępowała degradacja.
 

Dziękuję za rozmowę.


Z armii odchodzą oficerowie, którzy nie chcą "stukać obcasami" i mówić "tak
jest" wtedy, kiedy dzieje się źle

 


Prestiżu ministra obrony narodowej nie wyznacza zdolność do
rozwiązywania specpułku i zwalniania generałów

drukuj