Nie znamy nawet sekwencji faktów
Z prof. Genowefą Grabowską, wykładowcą na Wydziale Prawa i Administracji
Uniwersytetu Śląskiego, ekspertem w zakresie prawa międzynarodowego, rozmawia
Paulina Jarosińska
Eksperci w dziedzinie prawa międzynarodowego podkreślają, że konwencja
chicagowska wraz z załącznikiem 13 nie była najlepszą podstawą śledztwa
smoleńskiego.
– Powiem tak. Podstawą prawną śledztwa w sprawie katastrofy smoleńskiej mogła
być każda odpowiednia umowa międzynarodowa, na którą zgodę wyraziłaby obie
strony. To była sytuacja precedensowa i nie było żadnego wskazania, że powinno
się zastosować akurat konwencję chicagowską, która stwarza pewne problemy, jako
że ma zastosowanie wyłącznie do katastrof samolotów cywilnych. A to nie był lot
cywilny, ale państwowy. Do szczegółowego procedowania przyjęto w konsekwencji
jej załącznik nr 13. Nie wybrano jako podstawy prawnej porozumienia z 1993 r.,
do którego rzeczywiście nie ma oprzyrządowania prawnego, tj. przepisów
wykonawczych. Była jednak inna możliwość: można było skorzystać z porozumienia z
1993 r. tylko w zakresie powołania wspólnej komisji polsko-rosyjskiej, natomiast
jej procedowanie oprzeć na wymienionym wyżej załączniku nr 13. Wymagało to
oczywiście wspólnych polsko-rosyjskich uzgodnień i potwierdzenia takiej decyzji
na piśmie. W stosunkach międzynarodowych takich spraw jak wybór podstawy prawnej
nie załatwia się "na gębę". Odnoszę wrażenie, że gdyby na samym początku sprawa
była dobrze przemyślana, to dziś zupełnie inaczej wyglądałby stan śledztwa
smoleńskiego. Są to jednak tylko teoretyczne dywagacje oparte na zasadzie "co by
było, gdyby…". Zdaję sobie także sprawę z tego, że 10 kwietnia wszyscy byliśmy
w szoku. Jednak Rosjanie byli świetnie przygotowani, a nasza strona wydawała się
kompletnie zaskoczona, służby prawne najprawdopodobniej zaspały. Rozumiem, że
politycy mogli się wówczas pogubić, ale przecież każdy rząd powinien mieć do
dyspozycji zespół ekspercki, który w każdej, zwłaszcza kryzysowej sytuacji jest
w gotowości i wie, co należy robić. W przypadku katastrofy smoleńskiej zabrakło
rozeznania, w jaki sposób działać i jakie kroki podjąć. Ale jest jeszcze jeden
błąd popełniony przez polską stronę…
Jaki?
– Błędny był sposób powołania naszej wewnętrznej komisji do zbadania
okoliczności katastrofy. Dmitrij Miedwiediew, prezydent Rosji, powołał państwową
komisję, na czele której stanął premier Władimir Putin, który z kolei scedował
sprawę śledztwa na MAK, kierowany przez Tatianę Anodinę. Natomiast strona polska
powołała komisję, której przewodniczy minister spraw wewnętrznych. Jakiż to
partner dla premiera Rosji? W stosunkach międzynarodowych panuje zasada
symetrii. Jeżeli w Rosji takiej komisji przewodniczy premier, to w Polsce
również na jej czele powinien stanąć premier. Gdyby coś było nie tak w
śledztwie, to ewentualne wyjaśnienia, rozmowy toczyłyby się na równym poziomie,
rozmawiałby premier z premierem. Tak jednak nie jest. Obecna sytuacja bardzo
utrudnia procedowanie polskiej komisji, zwłaszcza w dostępie do informacji i
dowodów. W wielu sytuacjach strona rosyjska w ogóle nie reaguje na wnioski
polskich organów. A gdyby na czele polskiej komisji stał premier, z pewnością
miałby większe "przebicie", inaczej wyglądałyby rozmowy. W stosunkach
dyplomatycznych różnica pomiędzy ministrem a premierem jest różnicą całej klasy.
Proszę jednak zauważyć, że śledztwo polskiej komisji jest już niemal zakończone,
teraz czekamy na jej raport. Pracuje jeszcze prokuratura. Wydaje się jednak, że
pełnej informacji o wynikach polskich śledztw szybko nie uzyskamy.
I znów wracam wstecz, gdyby Polska i Rosja powołały wspólną komisję do ustalenia
faktów i okoliczności katastrofy (nie mówię o ustalaniu odpowiedzialności,
ponieważ ona jest konsekwencją stanu faktycznego), sprawę można by było wyjaśnić
i łatwiej, i szybciej. Teraz jest to jednak bardzo utrudnione. Obecnie spór
dotyczy właśnie stanu faktycznego, są rozbieżności w ocenie: stanu lotniska,
działania służb naziemnych, kontrolerów, przygotowania wizyty itp. Nie ma co do
tych spraw jasności. Jak można więc mówić o przyczynach katastrofy, o ustalaniu
odpowiedzialności, skoro nie znamy wszystkich faktów? W takiej sytuacji nie
mógłby procedować żaden sąd! Okoliczności sprawy, fakty – to podstawa. W
sytuacji katastrofy polskim służbom powinno w najwyższym stopniu zależeć na tym,
aby w pierwszej kolejności ustalić fakty. A tego – niestety – nie udało się nam
osiągnąć do chwili obecnej.
Na jakiej podstawie prawnej Edmund Klich zgodził się na aneks 13 do konwencji
chicagowskiej?
– O tym dość enigmatycznie mówi raport MAK. Otóż, czytamy w nim, że "polska
strona przyjęła do wiadomości" i "wspólnie uzgodniliśmy". Tylko obydwie strony
powinny wskazać podstawę prawną, na jakiej oparto to uzgodnienie. Nie ma mowy w
raporcie MAK o wyborze konwencji chicagowskiej jako podstawy prowadzenia
śledztwa. Przeszkodą w takim wskazaniu był jej art. 3. Mówi się natomiast o tym,
że śledztwo będzie prowadzone w oparciu o załącznik nr 13. W raporcie MAK jest
zdanie, że polska strona przystała na ten załącznik. Oczywiście, że strony mogły
się tak umówić! Tylko że jako prawnik chciałabym widzieć dokument, który to
potwierdza. Takiego dokumentu w ogóle nie ma, i to jest poważny błąd! W
stosunkach międzynarodowych tak ważne sprawy załatwia się na piśmie. Ustne
wyrażanie zgody na podstawę prawną funkcjonowania komisji to sprawa zupełnie
bezprecedensowa. W efekcie nie bardzo nawet wiemy, kto podjął taką decyzję.
Czy można mówić o delikcie na gruncie prawa międzynarodowego w kontekście
śledztwa smoleńskiego i jego podstaw prawnych?
– W prawie międzynarodowym nie ma jeszcze ogólnej konwencji o odpowiedzialności
państw, którą można by stosować do wszystkich spornych sytuacji. Są natomiast
konwencje regulujące zasady odpowiedzialności w poszczególnych segmentach
działalności państw. Również w konwencji chicagowskiej są pewne elementy
odpowiedzialności za katastrofy lotnicze, ale zamieszczone głównie pod kątem
poprawy bezpieczeństwa lotów międzynarodowych. Konwencja nie określa natomiast
szczegółowych zasad odpowiedzialności państw za katastrofy lotnicze. Dlatego
trudno liczyć na aktywność ICAO w sprawie katastrofy smoleńskiej. Organizacja
odniosła się wyraźnie do tej sprawy, odpowiadając ustami swojego rzecznika, że
ICAO nie jest właściwą instytucją odwoławczą. Artykuł 3 tej konwencji mówi, że
nie stosuje się jej do lotów państwowych. A to z pewnością był lot państwowy, a
nie cywilny, skoro statek powietrzny był wojskowy, załoga i lotnisko również.
Start także był z naszego lotniska wojskowego.
Czyli, według Pani, nie ma szans na to, aby ICAO odniosła się w jakikolwiek
sposób do katastrofy?
– Moim zdaniem, nie ma na to szans. Po pierwsze, jest to sprawa również
polityczna, Rosjanie mają swojego przedstawiciela w radzie ICAO. Oczywiście
byłby on wyłączony, gdyby ICAO miała się tą sprawą zająć. Wiadomo, że jeżeli w
danej organizacji państwo ma swojego przedstawiciela, to w punkcie wyjścia jest
ono lepiej reprezentowane. Formalnie jednak to znaczenia nie ma. Zwróćmy jednak
uwagę, że ICAO ma świetną podstawę, żeby się od tej sprawy uchylić – wspomniany
już artykuł 3 konwencji. Poza tym, pamiętajmy, że ICAO nie jest od określenia
odpowiedzialności za katastrofę. Ta organizacja zajmuje się zdefiniowaniem zasad
i formułowaniem zaleceń bezpieczeństwa w ruchu lotniczym. Z raportów z katastrof
lotniczych ma formułować wskazówki, według których państwa powinny postępować
tak, by zapewnić bezpieczną żeglugę powietrzną. Nie sądzę więc, żeby ICAO miała
prawny pretekst, aby zostać arbitrem w tej sprawie. Poza tym, proszę pani,
jeszcze formalnie nie ma sporu pomiędzy Polską a Rosją. Przecież Rosja nie
odniosła się do raportu MAK. Ja przynajmniej nie słyszałam żadnej oficjalnej
wypowiedzi władz rosyjskich w tej kwestii. Oczywiście zawsze mogą powiedzieć, że
czekają na ustalenia rosyjskiej prokuratury. Jednak raport Anodiny powstawał w
ramach komisji państwowej Putina, a więc powinno do Polski trafić wyraźne
stanowisko najwyższych przedstawicieli państwa rosyjskiego. Konferencja MAK nie
miała nic wspólnego z tym, co można nazwać przekazem-kanałem dyplomatycznym.
Miało to wydźwięk wyłącznie medialny, tak jak wideokonferencja specjalistów
rosyjskich od lotnictwa. Jeśli chodzi o sam komitet Anodiny, to jego status był
nawet w Rosji mocno oprotestowywany. Jest nawet uchwała Dumy Państwowej, w
której stwierdzono, że MAK nie działa należycie i powinno w nim dojść do
rozdzielenia kompetencji, ponieważ MAK zarówno certyfikuje lotniska, jak i potem
bada przyczyny techniczne katastrofy.
Czy możliwe byłoby powstanie międzynarodowej komisji ds. zbadania przyczyn
katastrofy smoleńskiej?
– W stosunkach międzynarodowych wszystko jest możliwe, trzeba tylko dobrej
woli…
Jak wobec tego wyglądałaby ścieżka prawna powołania takiego ciała?
– Byłoby to możliwe, gdyby doszło na tym gruncie do formalnego sporu pomiędzy
Polską i Rosją. Jednak, co podkreślę, obydwie strony musiałyby wyrazić na to
zgodę, a więc Rosja musiałaby zgodzić się na to, aby ten spór rozstrzygać przed
sądem. W prawie międzynarodowym jest taka zasada , że "równy nie może sądzić
równego". Państwa są równe, więc za zgodą możliwy jest arbitraż, trybunały
międzynarodowe, komisje badawcze czy pojednawcze mogą funkcjonować tylko za
zgodą obu zainteresowanych stron. Te sposoby załatwiania sporów międzynarodowych
określa od roku 1907 konwencja haska. Ona dotyczy wszystkich sporów między
państwami i daje odpowiednie oprzyrządowanie do ich rozwiązywania, ale –
podkreślmy to jeszcze raz – zawsze obydwa państwa muszą się zgodzić. Moim
zdaniem, w tej niezwykle trudnej sprawie należy przede wszystkim uruchomić
kanały dyplomatyczne. Można poprzez pokazanie na arenie międzynarodowej, że nie
ma dobrej współpracy w kontekście danej sprawy, wywierać nacisk. Takie
wyeksponowanie sprawy na forum międzynarodowym czasem przynosi lepsze efekty niż
występowanie przed sądem. Na ogół jeśli już idzie się do sądu, to strony są tak
skonfliktowane, że rzadko kiedy dochodzi do konsensusu. Natomiast na tym etapie,
kiedy nie mamy jeszcze żadnego formalnego sporu pomiędzy Polską a Rosją, właśnie
narzędzia dyplomatyczne powinno się włączyć. Oczywiście zająć musiałby się w
takim wypadku polski rząd.
Czy Rosjanie mieli prawo przejąć czarne skrzynki na samym początku śledztwa?
– Otóż tak. Załącznik 13 konwencji chicagowskiej stwierdza, że badający
przyczyny katastrofy dysponuje wrakiem, rejestratorami i tym wszystkim, co jest
niezbędne do ustalenia jej przyczyn. Jednak robi to w czasie niezbędnym do
przeprowadzenia badań. Wydawało mi się, że jeśli MAK już oficjalnie przedstawił
swój raport, to wyczytał wszystko z czarnych skrzynek i nie będą one już
potrzebne stronie rosyjskiej. Prokuratura rosyjska powinna oprzeć się na
ustaleniach MAK w tym zakresie. Po badaniu komitetu Anodiny czarne skrzynki
powinny natychmiast wrócić do Polski. Rosja, nie podając konkretnych przyczyn,
dlaczego tak z tym odwleka, zachowuje się co najmniej niedyplomatycznie.
Dziękuję za rozmowę.
