Nie terapia, a radykalny eksperyment na genomie

Na rozpoczynającym się dziś posiedzeniu Sejmu posłowie będą debatować nad
legalizacją technologii sztucznego rozrodu. Debata na ten temat wciąż w dużej
mierze opiera się na emocjach z pominięciem faktów. Entuzjazm towarzyszący
technologii wspomaganego rozrodu jest nieuzasadniony. Wprowadza ona nowe zmiany
w genomie, których znaczenia biologicznego nie znamy.

Z dr. hab. med. Andrzejem Kochańskim, genetykiem, profesorem UKSW i Instytutu
Medycyny Doświadczalnej i Klinicznej Polskiej Akademii Nauk, rozmawia Paulina
Jarosińska

Czy można już dziś mówić o zaburzeniach genetycznych w technologii
wspomaganego rozrodu, w tym w procedurze zapłodnienia pozaustrojowego metodą in
vitro?

– Tak jak zwiększa się skala zjawiska, które zaczyna dotyczyć już znacznego
odsetka populacji, tak też pewne rzeczy zaczynają się ujawniać, i to nie tylko w
skali pojedynczych chorób genetycznie uwarunkowanych, ale całego genomu
człowieka. Aby zobaczyć to, co ta technologia wprowadza, co zmienia, trzeba
bardzo systematycznie obserwować jej skutki, i to w dostatecznie długim czasie.
To znaczy, że od momentu narodzenia dziecka trzeba byłoby przez wiele lat
obserwować jego rozwój i porównywać z rozwojem dzieci w populacji ogólnej. To
byłby stan zbliżony do idealnego. Problem jednak polega na tym, że takie
obserwacje są prowadzone tylko w niektórych krajach i mają bardzo ograniczony
charakter. Są najczęściej finansowane z projektów badawczych, które po kilku
latach wygasają. Obserwacja więc się kończy, wyniki są publikowane i nie ma
kontynuacji. Jednak nawet korzystając z obserwacji, które są wycinkowe, widać
wyraźnie, że niestety u dzieci, które zostały poczęte przy zastosowaniu tych
technologii, pojawiają się problemy natury medycznej. Wady wrodzone występujące
u tych dzieci spotyka się również u reszty populacji, ale znacznie rzadziej.
Podam przykład: bardzo poważny zespół wad, a mianowicie zespół
Beckwitha-Wiedemanna, występuje znacznie częściej w przypadkach zastosowania
technologii wspomaganego rozrodu.

Dlaczego tak się dzieje?
– Otóż jest taka szkoła, która uczy, że osoby, które mają zaburzenia płodności,
są zainteresowane tą technologią i z powodu ich już istniejącej choroby czy
zaburzenia genetycznego mogą występować zaburzenia genetyczne u ich dzieci. Ale
nie jest to do końca prawda. Owszem, ci ludzie często mają już pewne problemy
"natury genetycznej", ale poddając się nowej technologii, która ingeruje w genom
ich dzieci, narażają swoje potomstwo na skutki nieodwracalnych uszkodzeń genomu.
Mamy wobec tego dwa problemy: pierwszy to wspomniane problemy medyczne, które
występują dużo częściej w tych przypadkach niż u reszty populacji. Druga kwestia
dotyczy "uszkodzeń genów", które wprowadza sama technologia.
Problem z technologią wspomaganego rozrodu, a właściwie z jej skutkami na
poziomie ludzkiego genomu streszcza się w trzech pytaniach: nie wiadomo, co
badać, jak badać i w jakim zakresie.

Jesteśmy w stanie zdiagnozować tylko zewnętrzne skutki, bez diagnozowania np.
funkcji wątroby, serca itd.?

– Tak, mówimy o wierzchołku góry lodowej. Mówimy cały czas o wadach wrodzonych,
które są uchwytne "nieuzbrojonym okiem", jednak nie jest to dobra obserwacja.
Każda dobra obserwacja jest systematyczna i dokładna. Dopiero po takim badaniu
mielibyśmy prawdziwe wyniki tego eksperymentu. Problem jednak polega na tym, że
ten eksperyment odbywa się na ludziach, w związku z tym trudno sobie wyobrazić,
że matkę dziecka, która chce ukryć fakt sposobu jego poczęcia, będziemy zmuszać
do tego, aby przychodziła do specjalistów w różnych dziedzinach medycyny na
kontrolę co miesiąc po to, aby wszystkimi możliwymi sposobami zbadać to dziecko
w celu uzyskania wartościowych wyników.
Nie możemy z oczywistych względów stygmatyzować tych dzieci tylko dlatego, że
ich rodzice zdecydowali o innym niż naturalny sposobie poczęcia. Tutaj właśnie
rodzi się problem. Jeśli na przykład odniesiemy te badania do modeli
zwierzęcych, to zawsze pojawi się zarzut, że nie jest to odpowiedni sposób – że
nie ma tu pełnej analogii.

Jakie rozwiązanie widzi Pan w tej sytuacji?
– Niezwykle ważne jest, aby nasze badania nad zaburzeniami genetycznymi w
technologii wspomaganego rozrodu prowadzić w sposób bardzo delikatny, z
poszanowaniem ludzkiej godności. Jeśli tego zabraknie, to możemy spodziewać się
matek "wyszukujących" u swoich dzieci różnych chorób.
W ogólnym ujęciu nie za bardzo jesteśmy przygotowani do badania tego zjawiska.
Technologia wspomaganego rozrodu czyni coraz większe postępy nie w sensie
pozytywnym, ale przez to, że jest coraz bardziej powszechna. Nawet jeśli
będziemy mieli dostęp do tej grupy docelowej, to nawet wówczas – przy
przeróżnych rygorach ze strony komisji bioetycznych – na tę chwilę nie bardzo
wiemy, w jakim zakresie należy prowadzić badania. Pamiętajmy, że jest to
nieznane zjawisko. Nie wiemy, jak wygląda prawidłowy, dynamicznie zmieniający
się genom zdrowego człowieka (epigenom), dlatego tak trudno przy braku punktu
odniesienia oceniać odchylenia od stanu prawidłowego. Właściwie jest to
niemożliwe.
Jeśli więc pojawi się u dziecka jakaś bardzo poważna wada, to wtedy jest to
odnotowywane. Pojawia się jednak pytanie, co z resztą "mniej widocznych"
odchyleń od stanu prawidłowego lub tych, które ujawnią się dopiero u ludzi
dorosłych albo w kolejnych pokoleniach.

Proces rozpowszechniania metod wspomaganego rozrodu można jeszcze zahamować?
– Powinniśmy przede wszystkim zmienić podejście do tej metody. Nie można jej
traktować jako bezpiecznej terapii. Należy zauważyć w technologii wspomaganego
rozrodu istotny aspekt eksperymentu biomedycznego. Lekarze, którzy wykonują te
procedury, powinni zrozumieć, że w tej metodzie znaczące miejsce wciąż zajmuje
eksperyment o nieznanych skutkach. Nie można w nim pominąć faktu, że jest on
przeprowadzany na człowieku. Aby zbadać jego skutki, trzeba mieć dostęp do
wyników systematycznej obserwacji. Myślę jednak, że bardzo optymistyczne jest
to, że w ostatnim czasie w wiodących ośrodkach medycznych na świecie – jak np. w
Filadelfii – problem ten jest podejmowany i prowadzone są obserwacje w skali
tysięcy genów, które można traktować jako miarodajne. Wyniki tych badań
jednoznacznie wskazują, że technologia wspomaganego rozrodu prowadzi do
poważnych zmian w funkcjonowaniu licznych genów.
To nie jest wprawdzie tematyka, która dominuje w literaturze fachowej, ale
istotna jest wysoka jakość publikacji, a nie ich liczba. Jeśli dane dotyczące
zaburzeń genetycznych w technologii wspomaganego rozrodu pojawiają się w
najważniejszych periodykach medycznych świata, to jest to niewątpliwie fakt
godny odnotowania. To optymistyczne, że podejście do tej sprawy środowiska
biomedycznego staje się krytyczne, choć ten proces postępuje powoli.

Bardzo istotne wydaje się więc informowanie ludzi o ryzyku, jakie niosą ze
sobą metody wspomaganego rozrodu, co może być w dalszej kolejności krokiem ku
dostrzeżeniu najważniejszego, etycznego wymiaru tych metod.

– Oczywiście. Entuzjazm towarzyszący technologii wspomaganego rozrodu zmalałby
znacznie, gdyby lekarze informowali ludzi starających się o dziecko o ryzyku i
częstości występowania różnych chorób genetycznie uwarunkowanych związanych z
tymi procedurami – są to przecież dane dostępne dla całego środowiska
lekarskiego. Chęć posiadania dziecka nie może wykluczać stosowania zasad
zdrowego rozsądku i zasad moralnych.
Bardzo boleję nad tym, że szeroka debata na ten temat wciąż w dużej mierze
opiera się na emocjach z pominięciem faktów. Należy informować ludzi starających
się o dziecko o tym, że te procedury nie muszą zakończyć się sukcesem, a dziecko
może być dotknięte poważnymi wadami genetycznymi.
Zwolennicy takich metod powiedzą, że każda procedura medyczna niesie ze sobą
ryzyko powikłań. Pamiętajmy jednak, iż problem utrwalony w kolejnych pokoleniach
nie powinien być porównywany ze znanymi medycynie powikłaniami różnych procedur.
Uczciwość wymaga tego, aby poinformować osoby poddające się tej procedurze o
możliwych (znanych medycynie) negatywnych konsekwencjach.

Panie Profesorze, proszę w takim razie wymienić najpoważniejsze zaburzenia, o
których już medycyna może powiedzieć, że wiążą się one z technologią
wspomaganego rozrodu.

– Dziś już na pewno wiemy, że jest to technologia, która "przenosi" pomiędzy
pokoleniami uszkodzone geny. Tam gdzie natura "stawia" granicę, ta technologia
ją omija. Gamety, w których znajdują się "uszkodzone" geny, są przenoszone na
kolejne pokolenia. Mamy więc do czynienia z przenoszeniem "starych" mutacji,
które w normalnym procesie byłyby unieszkodliwione. Ta technologia oprócz
przenoszenia "starych" mutacji wprowadza nowe zmiany w genomie, których
znaczenia biologicznego nie znamy i nie potrafimy powiedzieć, jakie choroby
genetyczne mogą być ich skutkiem.
Wiemy także o tym, że technologia ta ma związek ze zwiększoną zapadalnością na
niektóre nowotwory. Przykładem jest siatkówczak złośliwy.
Jest również faktem, że sprzyja ona częstszemu występowaniu niektórych zespołów
wad, takich jak zespół Angelmana, zespół Silvera-Russella, zespół
Beckwitha-Wiedemanna. Sądzę, że ta lista jest niepełna, i obawiam się, że jest
to tak naprawdę początek długiej listy ciężkich, po części zupełnie nam
nieznanych chorób genetycznie uwarunkowanych. Bardziej wiarygodne wyniki
będziemy mieć za kilkadziesiąt lat. Mamy tu do czynienia z dość radykalnym
oddziaływaniem na ludzki genom, czyli z nowym problemem.

Czy uważa Pan za zasadne twierdzenie, że technologie, o których rozmawiamy,
są formą eugeniki?

– Niestety, eugenika, o której wielu przedstawicieli genetyki i medycyny sądzi,
że należy do przeszłości i kojarzy ją tylko z nazistowskimi Niemcami, obecnie
istnieje i ma się dobrze. Oczywiście eugenika związana z technologią
wspomaganego rozrodu nie jest tą eugeniką, z którą mieliśmy do czynienia
kilkadziesiąt lat temu. Obecnie spotykamy się z nowymi, "subtelnymi" formami
eugeniki, co jednak nie zmienia istoty rzeczy.
W odniesieniu do technologii wspomaganego rozrodu trzeba zauważyć, że osoby,
które przystępują do tej procedury, są zainteresowane zmniejszeniem ryzyka
wystąpienia różnych zaburzeń genetycznych. Ośrodki, które będą chciały świadczyć
tego typu usługi, dołożą wszelkich starań, aby zarodki, które są obciążone
"błędem genetycznym", wyeliminować. Będzie to więc typowe działanie eugeniczne.
Paradoksalnie poprzez zwiększenie liczby mutacji w puli genów człowieka
technologia wspomaganego rozrodu w pewien sposób kłóci się z ideą eugeniki.
Drugą z kolei, i wydaje się, że groźniejszą, formą eugeniki w technologii
wspomaganego rozrodu jest próba projektowania własnego potomstwa np. w
odniesieniu do intelektu, poprzez dobór odpowiednich gamet. Po części są to
sprawy, które należą jeszcze do fantastyki medycznej, ale przy takim "rozwoju"
tej technologii, dlaczego pominąć ten aspekt? W Stanach Zjednoczonych swego
czasu powstał bank nasienia noblistów. Jeśli cały czas będziemy mieli do
czynienia z takim rozwojem technologii, to przez "sito eugeniczne" przemkną się
tylko nieliczne zarodki.
Podsumowując: uważam, że technologia wspomaganego rozrodu sprzyja rozwojowi
klasycznych i nowych form eugeniki. Eugenika znów "zakwitnie".

Niepłodność nie zawsze jest możliwa do wyleczenia. Sztuczne zapłodnienie jest
w tej sytuacji ominięciem pewnej naturalnej bariery, ma jednak swoje
konsekwencje…

– Taka refleksja rzeczywiście się pojawia. Dzieje się niestety tak, że
niepłodność męska wywołana znacznie zmniejszoną liczbą lub wręcz brakiem
plemników często idzie w parze z występowaniem uszkodzeń w materiale genetycznym
mężczyzn. Można więc sobie wyobrazić, że ten materiał genetyczny nie jest
"przeznaczony" do przekazania. Natomiast jeżeli z tych plemników wydobędzie się
pojedyncze i różnymi metodami doprowadzi się do połączenia z komórką jajową, to
w tym momencie przekraczamy potężną barierę natury. Przecież fizjologiczny
proces zapłodnienia wymaga pokonania rozlicznych barier hormonalnych,
immunologicznych oraz genetycznych.
To jest proces o dużych "wymaganiach" biologicznych. Ta technologia omija
naturalne bariery, przenosząc gametę wprost do komórki jajowej. Zdarza się
oczywiście, że przy zapłodnieniu naturalnym dochodzi do przedostania się gamet
nieprawidłowych, ale ta technologia potęguje proces występujący w naturze
nadzwyczaj rzadko.
Nie do przyjęcia dla lekarza jest pozyskiwanie gamet niedojrzałych, które nie
nadają się do zapłodnienia. Wiadomo z badań prowadzonych na zwierzętach, że
gamety dojrzewają w najądrzach. Jednak poprzez pozyskiwanie niedojrzałych gamet
z jądra pomija się naturalny proces ich dojrzewania. Innymi słowy, jest to próba
kierowania procesem biologicznym, który nie został poznany. Rzecz jasna, że
takim procesem sterować nie można. I tutaj tkwi ogromne niebezpieczeństwo utraty
kontroli nad technologią wspomaganego rozrodu.

Wobec tego właściwą odpowiedzią jest naprotechnologia?
– Nie jestem specjalistą w tej dziedzinie. Mogę jednak powiedzieć, że bardzo
ważne jest, aby zmienić podejście do tych technologii. Nie powinniśmy zwalczać
skutków, tylko szukać przyczyn i próbować tą drogą leczyć. Należy się
zastanowić, dlaczego akurat u tej osoby występują problemy z płodnością.
Działanie w technologii wspomaganego rozrodu jest na końcu tego procesu – jest
to próba zażegnania skutków bez pochylenia się nad przyczyną, nad etiologią.
Pamiętajmy o tym, że dzisiejsza wiedza z zakresu genetyki jest dalece
niewystarczająca do oceny negatywnych skutków technologii wspomaganego rozrodu
na poziomie genomu człowieka.
Jesteśmy świadkami narodzin epigenetyki, która niejako "spogląda" na ludzki
genom w perspektywie rozwoju organizmu, nieprawdopodobnie złożonego procesu.
Tylko w tej perspektywie można próbować badać zaburzenia genetyczne towarzyszące
technologii wspomaganego rozrodu. To wielkie dziedzictwo, jakim jest genom
człowieka, zasługuje na szacunek, i wszelkie próby wprowadzania zmian w genomie
(świadomie lub nie) są niegodziwe.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj