Nie sprzedawajmy polskiej historii
Coraz częściej słyszy się wśród wykładowców zachodnioeuropejskich nową, niemiecką wersję „narracji historycznej”
Oświadczenie rządzącej w Niemczech CDU/CSU w kwestii tzw. wypędzeń po raz kolejny wstrząsnęło polską opinią publiczną. Sugestia, jakoby kraje Europy Środkowej ponosiły odpowiedzialność za wypędzenia, oraz zapowiedź zaangażowania UE we wsparcie żądań „wypędzonych” szczególnie dotknęły nas, Polaków.
Owa deklaracja wpisuje się w kontekst projektowanego od dawna Centrum przeciwko Wypędzeniom, oprotestowanego przez Polskę. Sprzeciw jednak niczego nie dał, skoro mamy tak daleko posuniętą odezwę partii rządzącej Niemcami. Na domiar wszystkiego w tygodniku „Der Spiegel” ukazał się artykuł relatywizujący zbrodnie Niemców w czasie II wojny światowej. Stwierdzenie, jakoby cała Europa była przesiąknięta antysemityzmem, a Niemcy jedynie podłożyli lont pod ten łatwopalny materiał, jest wręcz oburzające. Polacy zostali ukazani jako zbrodniarze czyhający na życie niewinnych Żydów. Gdy skorelujemy deklarację największej niemieckiej partii z artykułem w jednym z najważniejszych czasopism w Niemczech, wyraźnie widać, jak wygląda współczesna polityka historyczna naszego zachodniego sąsiada. W tej perspektywie możemy sobie jasno uświadomić, że ciągłe posługiwanie się terminem „polskie obozy koncentracyjne” nie jest efektem przypadku czy błędu. Jest ono wpisane w pewien plan pisania historii na nowo. Praktycznie już od początku lat dziewięćdziesiątych niemiecka historiografia skupiła się na uwypuklaniu „martyrologii” narodu niemieckiego, który, w domyśle, nie z własnej woli był poddany dyktaturze Hitlera, a po wojnie został poddany zbrodniczym „wypędzeniom”. Jakby zapominano dodać, że Hitlera wybrano w demokratycznych wyborach, a zaborcze wojny i zbrodnie byłyby niemożliwe bez masowego udziału w nich zwykłych Niemców. Historię zaczęto dziś pisać selektywnie, pomijając bardzo ważne konteksty.
Pamięć kontra prawda
W tym samym czasie w Polsce mieliśmy do czynienia z procesem wręcz odwrotnym. Zupełnie nie przywiązywano wagi do Ziem Odzyskanych, polskiej obecności w dorzeczu Odry i Nysy Łużyckiej. Pojawił się cały szereg publikacji wykrzywiających naszą historię i pokazujących rzekome zbrodnie Polaków w czasie II wojny światowej. Dotyczyło to tak kwestii niemieckich, ukraińskich, jak i żydowskich. Polacy jako prześladowcy mniejszości ukraińskiej („akcja Wisła”), jako autorzy niemieckich „wypędzeń” i wreszcie jako współodpowiedzialni za holokaust mordercy – oto oficjalna wykładnia liberalnych historyków, ale przede wszystkim liberalnych mediów. Naiwność, z jaką wpisywano się w różnorodne projekty badawcze proponowane przez niemieckie ośrodki naukowe, była porażająca. Gorliwość, z jaką propagowano antypolską publicystykę historyczną Jana Tomasza Grossa, przybierała wręcz formy samobójcze. Wreszcie nieustanne relatywizowanie zbrodni OUN-UPA do dziś krzywdzi wielomilionowe rzesze polskich kresowian. Tymczasem Niemcy konsekwentnie szli w kierunku kreowania swojej paneuropejskiej historii. Rosjanie relatywizowali zbrodnie komunizmu. Ukraińcy uczynili z band UPA największych swoich patriotów. W ten sposób w opinii wielu Europejczyków staliśmy się z wolna głównymi winowajcami drugowojennej tragedii Starego Kontynentu.
Wielu współczesnych polityków, a w szczególności publicystów, stara się bagatelizować publikacje i deklaracje polityczno-historyczne w Niemczech. Twierdzi się, że owe deklaracje są związane z toczącą się kampanią wyborczą do europarlamentu i nie ma powodu do niepokoju. W ten sposób liberalni publicyści w domyśle przyznają, że kampania wyborcza rządzi się kłamstwem. Bo skoro przedwyborcze deklaracje największej partii w Niemczech są papierowymi obietnicami, to znaczy, że wyborcy niemieccy są najnormalniej w świecie okłamywani. Gdybyśmy jednak poszli nawet tym naiwnym tropem rozumowania, to przecież są jakieś granice głoszonych haseł wyborczych. Czy gdyby w Niemczech pojawiły się wyborcze hasła nazistowskie, to też byśmy to bagatelizowali, mówiąc, że po skończonej kampanii wszystko wróci do normy? Przecież owe hasła zapadają w świadomość społeczeństwa, przecież są one dyskutowane w mediach, słucha ich młodzież i kształtuje swoje polityczne i historyczne poglądy.
Co ciekawe, przyzwolenie na niemiecki kampanijno-wyborczy rewizjonizm łączy się z potępieniem tych osób w Polsce, które biją dziś na alarm z powodu agresywnej niemieckiej polityki historycznej. Mówi się, że są to grupy histeryków, którzy szkodzą naszym relacjom z zachodnim sąsiadem. Samobójczy wymiar takich opinii jest równie porażający, jak niedawne ataki na Instytut Pamięci Narodowej jako instytut rzekomej „szkody narodowej”. Czy można dziś sobie wyobrazić skuteczną polską obronę bez badań, które przeprowadził IPN? Na niemieckie oświadczenia nie jest w stanie zareagować dziś praktycznie żaden poważniejszy instytut naukowy, żadna instytucja, która, wydaje się, jest z natury do tego powołana.
Historia nie jest towarem
W powyższej problematyce kryje się szerszy kontekst. Powstaje pytanie, jaka wizja historii będzie lansowana w jednoczącej się Europie, czy, jak kto woli, w nowo powstającym superpaństwie europejskim (traktat lizboński)? Coraz częściej słyszy się wśród wykładowców zachodnioeuropejskich (również tych wykładających na naszych uniwersytetach) właśnie tę nową, niemiecką wizję historii. Można postawić pytanie, dlaczego tak się dzieje? Jeśli integracja europejska jest dokonywana za pieniądze wielkich krajów europejskich (w szczególności Niemiec), jeśli w zamian za dotacje mniejsze kraje wyprzedają kolejne atrybuty suwerenności, to przecież podobny proces może się również dokonywać na niwie kulturowej (w tym historycznej). Jeśli dalej postąpimy w swej historycznej amnezji, jeśli dalej będziemy epatować naszą opinię publiczną „historyjkami” w stylu Grossa, jeśli pobudujemy muzea nacechowane kosmopolityczną (europejską) „historyczną narracją” – to już niedługo będziemy mogli stwierdzić, że sprzedaliśmy własną historię za unijne dotacje. Przypomnę tylko, że obecna reforma oświaty marginalizująca nauczanie rodzimej historii jest robiona za pieniądze unijne. Podobnie rzecz się ma w przypadku pisania tzw. europejskich podręczników do historii opartych na zasadzie politycznej poprawności (czytaj: przemilczania niewygodnych treści). Również autorzy projektów podręczników polsko-niemieckich szukają w Brukseli lub w Berlinie finansowego wsparcia. Być może dlatego nasze elity z taką bagatelizującą „delikatnością” podchodzą do deklaracji niemieckich, gdyż gdzieś w podtekście pojawia się głos: przecież to Berlin jest największym płatnikiem netto w UE, a Polska jednym z największych biorców. Trzeba zrobić wszystko, żeby nie drażnić zanadto płatnika.
Zawsze byłem zdania, że w polityce, szczególnie tej międzynarodowej, nie ma nic za darmo. Jeśli dostajemy realne pieniądze, to sprzedajemy też realny towar (suwerenność). Przerażające jest jednak, gdy tym towarem jest nasza pamięć historyczna, jeden z najważniejszych składników narodowej tożsamości.
